Istnieją takie sformułowania, które sabotują nasze wysiłki w wychodzeniu z zaburzeń odżywiania. Wyłapuję je w rozmowach z wami. One mówią mi więcej o waszej motywacji, stanie ducha i świadomości, niż tysiące słów.
Przytoczę teraz kilka z nich, z krótkim wyjaśnieniem, co tak naprawdę za nimi się kryje.

Spróbuję – i towarzyszące temu „no”, czyli no spróbuję.
Kiedy to słyszę, wiem że szanse mamy marne. Już widzę kolejny mail zaczynający się od: „Spróbowałam, ale się nie udało”.
Tu nie ma co próbować. Tu się trzeba brać do roboty. Wyjście z ED to nie łut szczęścia czy jakiś fuks; to rzetelna praca nad sobą.

Udać się – moje słowo number one. Jeżeli ktoś kiedykolwiek użył go w korespondencji ze mną, ten wie, co zawsze odpowiadam: „ Nic Ci się nie „uda”. Ty to ewentualnie zrobisz. Udać to się może wygrać w totka. Albo trafić kamieniem w płot z odległości dwustu metrów.” Tak dla przykładu.
Udają się rzeczy niezależne od nas, te od nas zależne – robimy. To ważne rozróżnienie.
Więcej tu: Się uda się.

Mieć nadzieję – Ta nadzieja, to generalnie fajny stan, ale tylko w kwestiach, które od nas nie zależą.
Mam nadzieje, że ja mu też się podobam. Mam nadzieję, że pociąg przyjedzie o czasie.
Zaś co zależy od nas… zależy od nas i albo to robimy, albo nie. Nadzieja nie gra tutaj roli.
Miej pewność, nie nadzieję. Pewność, że będziesz działać, dopóki nie osiągniesz pożądanego efektu.

Wytrzymywać, wytrwać – a co to, obóz dla rekrutów?
Jeżeli słyszę, że ktoś coś wytrzymał, albo wytrwał ( zanim się załamał), to wiem że robił coś źle.
Co takiego? Na pewno jadł zbyt restrykcje i ograniczał  jakieś makroelementu (węgle! tłuszcz!) albo kalorykę.
Bo zobacz jak brzmi takie zdanie: „Wytrzymałam dwa tygodnie, po czym rzuciłam się na jedzenie”. Czy widzisz tutaj zadowoloną kobietę jedzącą według swojego zapotrzebowania i przynajmniej 80% jedzenia nieprzetworzonego?
No właśnie, ja też jakoś nie. Widzę za to zagłodzoną, zdesperowaną bidulkę, która ostatkiem sił przełyka kolejną porcję dietetycznych wiórów.
Pamiętaj; jeżeli czujesz, że „wytrzymujesz”, robisz coś źle.

I ostateczne kombo tych czterech, finalne uderzenie w gwóźdź do trumny: Mam nadzieję, że uda mi się wytrwać.
Stwierdzenie miodzio! No chyba, że wybierasz się do tajlandzkiego więzienia na 20 lat, to rozumiem.
Jeżeli zaś planujesz wyjść z ED i odzyskać swoją wolność w swobodnym jedzeniu, to nie bardzo.
Bo pomyśl, czy normalne jedzenie jest tak odbierane przez ludzi, którzy jedzą normalnie? Zapytaj koleżankę bez ED (chociaż czasami mam wrażenie, że coraz trudniej znaleźć takie osoby) jak udało jej się wytrwać dzień bez objadania. Założę się że popatrzy na Ciebie jak na kosmitkę.
Normalne jedzenie jest jak oddychanie. To nasza naturalna potrzeba. Jeżeli przestaniesz „wiedzieć lepiej” niż Twoje ciało, już niedługo doświadczysz takiego stanu. Słowo honoru.

Walczyć – pisałam o tym nie raz.
Kiedy mówisz” walczę”, już na samym starcie programujesz się, że będzie to coś trudnego i bolesnego. Jak walka to walka, nie?
A już najlepiej powiedzieć „Walczę sama ze sobą”. No to jak wygrasz, to kto przegra? Także Ty.

Coś się pojawia. Na przykład: Gdy tylko idzie mi dobrze przez kilka dni, nagle pojawiają się głodówki.
Czuję, że będzie atak. Boję się, że pojawi się dieta.

No ale jak to się pojawi? Samo? Nagle? Jak parch na nosie? Przecież to wszystko jest w naszej mocy i to my to „pojawiamy”- albo nie.
Przestań chować się za słowami pozornie zdejmującymi z Ciebie odpowiedzialność.
Ty przechodzisz na dietę, Ty idziesz do lodówki, Ty stosujesz głodówkę. Mydlenie sobie oczu, nie zmieni twardych faktów.

Zamiast stosować takie mentalne wykręty – że to się „dzieje” bez Twojego udziału, spójrz prawdzie w oczy i powiedz sobie tak:
Boję się. Z tego strachu myślę o diecie, o głodówce. JA się boję i JA o tym myślę.
I nie, nie mam kontroli nad tym. Nie mogę decydować co wpada mi do głowy. Nikt nie może, bo to dzieje się samo. Ale mogę za to zdecydować co w niej zostanie. Tak jak każdy.
Mam moc by podjąć inną decyzję, niż ta, którą dyktuje mi strach. Jestem panią swojego życia i nie przejdę na głodówkę bo wiem że to głupie. Po prostu.
Odmawiam biegania w kółko jak chomik. Mam wolną wolę i decyduję, że tego nie zrobię, bez względu na to czy strach będzie czy nie. Ja tu steruję, a nie on.

Boję się, że to wróci – tak jak powyżej. Nic nie wróci, jeżeli Ty tego nie wrócisz. Mówiłam o tym tu:

Muszę – Muszę zrezygnować ze słodyczy, muszę wziąć się w garść.
Popatrz jaki wydźwięk ma takie stwierdzenie. Mi na samą myśl się odechciewa. Przecież to nie kara, prawda? Jesteś wolnym człowiekiem i nic nie musisz. Za to MOŻESZ wybrać.

Pozwolić sobie na coś. Do tego bezkarnie.
A czy jedzenie jest systemem kar i nagród? Mamy swój rozum i swoje lata, więc już czas wyrosnąć z bycia be albo cacy.
Jeżeli jemy odpowiednio to będziemy miały czasami ochotę na coś słodkiego, a czasami nie.
Raz wypadnie impreza z ciastem, a raz jednak bez ciasta.
To nie jest tak, że człowiek jest jak wygłodzony wilk na smyczy, że rzuciłby się na wszystkie słodycze świata, gdyby nie ta smycz. Większość ludzi tak się nie zachowuje. No chyba, że jest się uzależnionym od cukru.
Tylko w tym sęk, że nie chcesz być uzależniona, prawda?
Przestań więc mówić jak uzależniona osoba. Nie ma kar, nie ma nagród. Jesteś Ty i Twoje decyzje.

*

Takich słów jest pewnie jeszcze więcej, ale w tym momencie nic nie już nie przychodzi mi do głowy.
Napisz w komentarzu jak to wygląda u Ciebie. Czy masz jakieś swoje „ulubione”, obezwładniające powiedzonka?