Ostatnio dostałam taki list, jeden z tysięcy podobnych:

Próbowałam wprowadzić racjonalny jadłospis ale wiesz… ja już chyba nie chcę się hamować. Jadłospis to znowu kalorie, ograniczenia. Odmawianie sobie. Nie chcę liczyć tych cholernych kalorii, odmawiać sobie ciasta bo „wybieram lepszą wersję siebie”. Chyba po prostu potrzebuje dyspensy….pozwolić sobie jeść bez ograniczeń przez jakiś czas… może się unormuje samo? Może którego dnia przestane się objadać i poczuje sytość?
Wiem, że powinnam mieć więcej dyscypliny ale ileż można? Trzy miesiące bez objadania… W stosunku do satysfakcji z objadania, poczucie satysfakcji z wyjścia z tego było minimalne. Przykre, ale prawdziwe.
Codzienna porcja ruchu? Obowiązek przez który nie miałam czasu na nic innego, bo jak wybierałam siłownię to wracałam o 20, zmęczona i wściekła (kwestia logistyki), dojazdu.
Moi rodzice trzymali zapalnilniki na moich oczach więc codziennie czułam, że coś tracę. Przykro mi ale… oprócz względów finansowych i sylwetkowych to wcale wyjście z zaburzeń mnie nie usatysfakcjonowało. Mam stwierdzona depresję i problem z odczuwaniem przyjemności więc może to kwestia tego?
Wilczyca

Postanowiłam odpowiedzieć na ten list publicznie, ponieważ pokazuje on dość częsty błąd jaki popełniamy. Mylimy wyjście z zaburzeń odżywiania (zaprzestanie obżerania się) z… kolejnymi zaburzeniami, np. ortoreksją czy po prostu ścisłą dietą, tak jak zrobiła to, niestety autorka tej wypowiedzi.
Ja także miałam kiedyś taką wizję „wolności”, jako niekończące się piekło restrykcji i ograniczeń. To ja już zawsze będę musiała pilnować zdrowych, małych posiłków co trzy godziny? Już nigdy nie zjem ciasta? Już do końca życia będę musiała się hamować i odmawiać?
E no to ja dziękuję za taki interes. Wolę mieć w takim razie bulimię i święty spokój.

A to przecież wcale nie tak.
A jak?

Jakie błędy popełniasz, jeżeli mogłabyś podpisać się pod tym listem?

Jeśli tęsknisz za objadaniem się, „potrzebujesz dyspensy”, czujesz, że coś tracisz, to jest to najlepszy dowód na to, że jesz za mało i/lub zbyt restrykcyjnie. Twój organizm jest tak wykończony ciągłą kontrolą i ciągłym odmawianiem mu wszystkiego, że nie wytrzymuje ani fizycznie, ani psychicznie. Pamiętasz, pisałam o tym nie raz: nasze ciało jest doskonale mądre i wie kiedy brakuje mu jakichś makroskładników lub po prostu kalorii.
I będzie domagać się ich DO SKUTKU. Nigdy nie powie: „Wiesz co, to moje wołanie o węglowodany, to w sumie już nie ważne. Zaraz przestanie mi się kręcić w głowie i możemy jechać dalej”. Nie! Dzień w dzień, tydzień w tydzień będzie wysyłać sygnały: O zobacz, czekolada w kuchni, na widoku, na Twoich oczach! Bierz i jedz!!! Daj mi ją! Daj mi cokolwiek!
Jeżeli masz niesamowicie silną wolę (tak jak autorka listu) może to potrwać i trzy miesiące, albo i dłużej. Ale na koniec organizm i tak dopnie swego. Dlaczego? Bo wola przeżycia jest silniejsza, niż twoja ludzka wola.
Jeżeli mu się nie uda, bo bywa i tak, to znaczy tylko jedno: awansowałaś na kolejny śmiertelny przypadek anoreksji.

Po drugie, jeżeli czujesz że trzymasz się w ryzach, to też jesz za mało i/lub zbyt restrykcyjnie.
Trzymam się w ryzach, hamuję się, wytrzymuję, wytrwałam – zwróć uwagę czy Ty tak mówisz.
A teraz pomyśl, czy musiałaś dzisiaj „wytrwać” bez załadowania sobie działki heroiny w żyłę? Albo czy musiałaś trzymać się w ryzach, żeby nie wstąpić do mijanego po drodze kasyna i nie przewalić całej wypłaty?
NO NIE! To w ogóle nie przyszło Ci do głowy, prawda?
Tak samo jest z jedzeniem. Zapytaj swojego męża jak wytrzymał dzień bez zjedzenia dwóch paczek ciastek na raz? Jak on to zrobił, że wytrwał, skubany?
Założę się że mąż popatrzy na Ciebie jak na wariatkę.

Widzisz do czego zmierzam? Normalne jedzenie jest jak oddychanie, jak spanie. Nie myśli się o tym za bardzo. Tak, trzeba zrobić zakupy i ugotować, tak samo jak trzeba pościelić łóżko, żeby w nim spać, ale czy ku temu potrzebna jest dyscyplina? Czy zdarzyło Ci się spać na podłodze, bo Ci jej zabrakło?
Jeżeli jesz normalnie, bez restrykcji i dostarczasz sobie wszystkiego, czego organizm potrzebuje, czujesz się normalnie, nie masz ciągłej ochoty na słodycze, na podjadanie, na dodatkowe porcje.
Oczywiście, na początku możesz mieć głód ekstremalny wynikający z niedożywienia, albo po prostu wyuczony odruch sięgania po słodycze. Jednak, gdy jesteś najedzona, możesz tę myśl łatwo odpędzić. Nie potrzebujesz więcej dyscypliny, pojętej jako tresowanie siebie. Potrzebujesz jej MNIEJ.

Po trzecie, jeżeli przy zaburzeniach odżywiania masz depresję to znaczy, że jesz za mało i/lub zbyt restrykcyjnie. Pisałam o tym tu: Dlaczego przy zaburzeniach odżywiania mam depresję?
Tak, możesz mieć też depresję niezależnie od ED, ale obstawiam, że tu jednak jest coś na rzeczy. Przeczytaj podlinkowany artykuł.

Po czwarte: nie słuchasz swojego ciała. Ono naprawdę nie potrzebuje „codziennej porcji ruchu” w takiej formie! Jeżeli jesteś wściekła i zmęczona (też dlatego, że nie dojadłaś) to naprawdę to nie jest czas na siłownię.
Jeżeli czujesz, że zmuszasz się do ruchu, że nie masz siły na niego, to prawdopodobnie z nim przesadzasz, albo jesz niewystarczająco by go wykonywać. Twoje ciało Ci to jasno mówi.
W ogóle organizm komunikuje Ci wszystko w jeden prosty sposób: im lepiej się czujesz, tym lepiej z nim postępujesz i vice versa. Właśnie po tym poznasz, że jesteś na dobrej drodze, a nie po tym że odfajkowałaś siłownie i jadłospis.

Czy to jasne?

Aby podsumować, odpowiem na tytułowe pytanie: Co to znaczy wyjść z zaburzeń odżywiania? To znaczy być takim jak kiedyś, jak w dzieciństwie – nie myśleć o jedzeniu, zjeść posiłek i zapomnieć aż do kolejnego uczucia głodu – bez stresu, strachu, jadłospisów, kalorii, ograniczeń, odmawiania sobie i trzymania się w ryzach, tak po prostu.