Pod ostatnim moim postem rozwinęła się bardzo ciekawa dyskusja pod komentarzem Marty. Pozwól, że zacytuję jego fragment.

Nie muszę się głodzić, żeby kilka razy dziennie „marzyć” o rzuceniu się w dawne nawykowe działania. Serio. Gdy mam momenty, gdy nie zależy mi na sobie, gdy nie mam komu się wyżalić albo po prostu nie mam celu i nie chce mi się działać, jedzenie jest jedynym, co przychodzi do głowy. Chcę transu, chcę się odciąć, chcę nie czuć. Chcę.
(…) nasz organizm to fabryka narkotyków (zapożyczone od Roberta Rutkowskiego), sam umie wyprodukować masę doznań – endorfin itp. (…)

Mam wrażenie, że ten temat wypływa bardzo często na naszych terapiach; Co pani kompensuje jedzeniem? Od jakich emocji pani ucieka? itd. Przerabiałaś? Ja tak.

Jak wiesz ja uważam bulimię za nałóg powstały z powodu błędnego koła diet i nie uważam że samo analizowanie tego może pomóc. Nie twierdzę jednak, że nie trzeba się tym aspektem zająć.
Trzeba, bo jest on jak najbardziej realny.

Przecież alkoholik też sięga po wódkę, aby się znieczulić i na przykład zapomnieć że ma długi czy że się wstydzi (jak Pijak z Małego Księcia).
I tak samo nasz nałóg; często służy nam by radzić sobie z życiem – taka emocjonalna proteza (jak to się stało pisałam tu)

No dobrze; fakt jest taki, że tak jak Marta, czasami traktujesz jedzenie jako regulator emocji. Ja także to dobrze znam. No i co teraz?
Moim zdaniem teraz wypada zadać sobie pytanie: Co jest do cholery takiego złego w złych emocjach?
To że są nieprzyjemne?
Ale chwileczkę, kto powiedział, że życie musi być zawsze kolorowe, a każdą plamę na tym kolorze trzeba od razu zaprać? Przecież to ludzkie czuć się czasami do dupy. Gdyby nie to, nie moglibyśmy czuć się też dobrze – na zasadzie kontrastu. Tak samo, gdyby wszystko było niebieskie, nie wiedziałabyś że istnieje i czerwone i żółte.

Ludzie od zarania dziejów borykają się ze śmiercią, chorobą, stratą, wypadkami, złym humorem czy złością. No i co? Jakoś przeżyliśmy jako rasa i nic nam się nie stało.
Dlaczego by więc tych emocji nie przeżywać? Tak po prostu? Popłakać się, osmarkać, obgryźć wszystkie paznokcie z nerwów. Odrosną, nie martw się.

Albo dlaczego by nie pójść jeszcze dalej i zająć się tą sytuacją: poszukać rozwiązania, użyć swojej kreatywności by się z niej wykaraskać.
Ja wierzę że każdy problem życiowy to nic innego jak tylko zadanie postawione przed nami aby uczynić nas silniejszym.
Tak szczerze; chciałabyś nigdy nie mieć problemów? Pomyśl kim byś wtedy była? Niedojrzałym, zepsutym dzieciakiem.
To właśnie pokonywanie przeciwności kształtuje nasz charakter.

No dobrze, przejdźmy do konkretów. Wyobraź sobie, że masz problem. Na przykład przeciekający dach. Co możesz zrobić?
Ano możesz działać zawsze tylko na dwa sposoby:

1. Usunąć usterkę ze swojego życia: zawołać ekipę remontową, spróbować naprawić to sama, wyprowadzić się.
2. Zaakceptować usterkę: podstawiać wiadro za każdym razem kiedy leje, chodzić po domu z parasolką, urządzić basen w sypialni.

Możesz także NIE działać na dwa sposoby:

1. Nie usunąć usterki przy jednoczesnym niezaakceptowaniu jej – całe życie marudzić, że to niesprawiedliwe i że jestem poszkodowana.
2. Naćpać się – leje się dalej, tylko że ja tego nie czuję.

Ci którzy działają, różnią się od tych którzy nie działają tylko jednym – braniem odpowiedzialności za swoje życie.
Tak, czasami to cholernie nieprzyjemne; naprawa dachu kosztuje i czas i pieniądze i dyskomfort zmiany. Zerwanie toksycznych relacji, zwolnienie się z beznadziejnej pracy, rzucenie nałogu – także.
Ale zaufaj mi; bardziej nieprzyjemne jest moknięcie całe życie i siedzenie w zatęchłym pomieszczeniu. Bo kiedy się odurzasz, przez moment wydaje Ci się że to piękny pałac, ale nie zmienia to faktu, że żyjesz w norze.

Żeby nie było że się wymądrzam, a nie wiem o czym mówię; ja żyłam tak całe moje dorosłe życie. Mogłam coś ze sobą zrobić, być kimś, wykorzystać swoje talenty, a tylko wegetowałam. Największym zmartwieniem było dla mnie czy wyleczę kaca do wieczora by móc znowu się napić i za co kupię żarcie.
W moim narkotycznym śnie wydawało mi się że jestem przedsiębiorczą właścicielką młodej firmy (miałam swoją działalność gospodarczą), prowadzącą bujne życie towarzyskie (grupa znajomych poznaną w hipsterskiej knajpie), a byłam ledwo wiążącą koniec z końcem bulimiczką i alkoholiczką. To była prawda, która wyzierała na wierzch gdy znieczulenie przestawało działać.

Dopiero kiedy życie zwaliło mnie na kolana – i to dosłownie, bo przez jakiś czas musiałam myć kible w Belgii – wytrzeźwiałam. Bolało? Tak, cholernie. Utrata złudzeń i odcięcie sobie drogi ucieczki zawsze boli. Widzisz wtedy, że faktycznie leje się na łeb strumieniami, ale już dłużej nie da się tego ignorować. Trzeba wyleźć na ten dach, zrobić coś, dzwonić po pomoc, naprawić.

Spójrz więc też swojej prawdzie prosto w oczy. Z czym się w istocie rzeczy borykasz? Nazwij ten problem; związek, praca, pieniądze? Tak zawaliłaś, zjebałaś, byłaś ofiarą, dałaś się wykorzystać, nie przypilnowałaś, zmarnowałaś, zniszczyłaś. Jak brzmi to od czego tak uciekasz?
A teraz weź odpowiedzialność za swoje życie i zmień to. W głębi serca od dawna wiesz co robić. A jak nie wiesz, to – zapewniam i uwierz mi – znajdziesz rozwiązanie. Ono przyjdzie samo, gdy nie będziesz fruwać po sztucznych rajach z czekolady.
Odwagi kochana, będzie dobrze.