To jest świadectwo Oli. Ola była jedną z najbardziej zaburzonych podopiecznych jakie kiedykolwiek miałam zaszczyt prowadzić. To co się z nią stało w tak krótkim czasie (30 dni) zakrawa na cud. Przeczytaj jej słowa skierowane do Ciebie i do swojego ciała.

Aniu, nie potrafię tak pięknie pisać jak Ty ale to zupełnie szczerze jako podsumowanie mojej pracy z Tobą.

Cześć dziewczyny i chłopaki. Jestem Ola, właśnie skończyłam 33 lata i zakończyłam pracę z Anią na mentoringu. Sięgam pamięcią wstecz próbując przypomnieć sobie jak wyglądało moje życie przed „wpadnięciem” w zaburzenia odżywiania i nagle pustka. Nie wiem. Jestem chora od „zawsze”. Nie pamiętam. Wszystko zamglone. Musiałam mieć około 11, może max. 12 lat jak zaczęłam się nieumiejętnie odchudzać, a potem to już równia pochyła do miejsca, w którym spędziłam ponad 20 lat mojego życia. Do miejsca, gdzie piekło wydaje się wybawieniem. Chorowałam ostro. Bez przerwy. Bez lepszych dni. Codziennie, po nocach i dniach, w szkole, w liceum, na studiach, w pracy, cały czas. Nawet ze swojego ślubu pamiętam głównie jedzenie, wymioty i lęk, że ubrudzę sukienkę i zniszczę makijaż. Chorowałam do krwi. Do krwi wymiotowałam, do krwi się cięłam do krwi się kaleczyłam. Moje ciało, mój wróg, odpad, który powinien być na śmietniku. Marzyłam o każdym innym ciele, moje mnie obrzydzało. Pragnęłam śmierci ale wstydziłam się leżeć taka gruba i brzydka w grobie! Wymioty, jedzenie, kombinowanie, kłamstwa, oszustwa zastąpiły mi rodzinę i przyjaciół. Było to dla mnie tak oczywiste jak mycie zębów albo zakładanie kurtki zimą. Nie znałam inaczej i pogodziłam się, że tak już zostanie, przestałam się starać, gdyż to stało się NORMĄ.

Wilczo głodną czytałam od dawna, coś tam się zmieniło na lepsze ale nie potrafiłam wcielić niczego w życie, dziewczyny opisywały swoje świadectwa, a ja nie wierzyłam, że to może mnie też dotyczyć. Ba! Ja byłam święcie przekonana, nawet zaczynając współpracę z Anią, że jestem inna niż Wy wszystkie i nic mi już nie pomoże. Bałam się, że umrę z głową w kiblu i pęknie bańka pozorów zadbanej, pewnej siebie dziewczyny, którą uporczywie grałam, jak najlepsza aktorka Hollywood. No Oskar mianowany. Tytuł: dramat obyczajowy. Obsada: ja, żarcie, kibel. Akcja toczy się 24h na dobę, ról drugoplanowych brak.

Napisałam do Ani po tym, jak siedząc sama w domu zatapiałam czas kolejnym piwem, przytulałam się blisko do kolejnego garnka syfnego żarcia zrobionego w pośpiechu. Garnka, talerzy nie używałam. Za mało się na nim zmieści. I nagle zobaczyłam kogoś z lotu ptaka, zamurowało mnie, bo zobaczyłam jakąś karykaturę człowieka, najbardziej samotną osobę pod słońcem, przeraziłam się. To byłam JA.
Ania odpisała praktycznie od razu, jak zwykle, ciepło, serdecznie, dała mi nadzieję, że też to przechodziła , i że ja też mogę być szczęśliwa. Postanowiłam spróbować. Na zasadzie eksperymentu.

I co? To, co się ze mną stało i jaką drogę przeszłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zmieniłam dosłownie wszystko! Ot tak! Nauczyłam się jeść. Tzn. dalej się uczę. Ale chodzić już umiem, na bieganie przyjdzie czas. To podstawa. Jedzenie jest dobre a restrykcje są złe, jedzenie zdrowe, nieprzetworzone ale nie tylko. Umiar we wszystkim. To takie proste a jednak taaaak trudne. Postanowiłam jeden jedyny raz zrobić coś konsekwentnie, Postanowiłam, że przez 30 dni nie będę wymiotować. To było najważniejsze, wiedziałam, że zdarzy się objeść, ale byle tylko ponieść konsekwencje, zatrzymać to, przerwać schemat powtarzany od lat. Ania towarzyszyła mi w tej drodze i dodawała sił jak było ciężko. A było. Brzuch się buntował na początku, nagle dostaje jedzenie i ma sobie z nim poradzić! Przy schylaniu wszystko się cofało. W ciągu pierwszych 10 dni miałam straszne obrzęki, przybrałam 14kg na wadze i chciałam rzucić to wszystko. Ale to eksperyment. Trwałam dalej. Ania trzymała za rękę i dawała cenne wskazówki. Obrzęk zaczął schodzić. Wielkie uff. Trzeba zaufać Ani , puścić kontrolę i nie jeść na mało. Ania wie lepiej ile to normalnie a ile nie i chce dla nas jak najlepiej, nie chce nas utuczyć!

Po tych 4 tygodniach zaczynam powoli czuć znowu głód, który przez lata ignorowałam i który w końcu zanikł, zobaczyłam, że tak samo jak inni normalni ludzie, moja przemiana materii działa i ma się o dziwo, całkiem nieźle. Słucham w końcu co moje biedne, dobre ciało ma mi do powiedzenia. Od teraz jesteśmy drużyną. Działamy razem. My. Nie patrzę na siebie z obrzydzeniem i nienawiścią tylko troską i akceptacją. Wielkiej miłości i zakochania nie ma i pewnie nie będzie ale to nic, nie jestem już tak paskudnie surowa dla siebie, nie chcę się więcej nigdy celowo krzywdzić.

Nie zmieniło się diametralnie moje ciało, ale diametralnie zmieniło się to, jak ja na siebie patrzę i co widzę. A widzę mnóstwo niedoskonałości, widzę też mnóstwo fajnych rzeczy, te „gorsze” akceptuje, nie skupiam się na jednej słabszej części (u mnie był to brzuch) tylko patrzę na całość. A jest ok! Nie to co chude jest piękne, tylko piękne jest to co jest normalne. Normalne czyli szczupłe i sprawne. Eureka. Przez 20 lat na to nie wpadłam. Z Anią ogarnęłam dosyć szybko.

Ja przez te wszystkie lat serio nie wierzyłam, że wygram normalność, że będę miała prawdziwe relacje z ludźmi, że będę mogła się skupić, pójść do restauracji i nie pierwsze co to patrzeć gdzie toaleta. Mogę dać się unieść prądowi życia a nie walczyć z nim, zachłystując się co chwila myślą, że tonę. Ze tonę w tonach żarcia. Tak uparcie walczyłam o władzę nad swoim ciałem. Odpuściłam. Ono jest mądrzejsze niż ja.

Ania zmieniła wszystko. Dała mi wiarę, ze to jak się potoczy moje życie zależy ode mnie, i że mam wybór. Zrobiła coś w 30 dni, czego nie udało się lekarzom, psychologom, terapeutom, szpitalom zrobić w ciągu tylu lat. Potrzebowałam złapania za rękę i jasnej instrukcji. Nie wygadywania o wyrzucaniu złych emocji symbolicznie poprzez wymioty. To nałóg. Ale to świetna wiadomość, z nałogów można wyjść. Myśli chorobowe mam, i co? Nazywam, je, olewam, to ten „wilczy ogon”, który jeszcze teraz jest całkiem pokaźny i gęsty ale pewnie niedługo, olewany zmaleje do niedużej kitki, a czy zniknie? Czas pokaże.

Tak więc dziewczyny i chłopaki, do dzieła! Jeśli wahacie się co zrobić, napiszcie do Ani. Ja dzięki niej zdjęłam chore klapki z oczu, przeraziłam się sobą z przeszłości, zapłakałam , spojrzałam w lustro i patrzyłam tak długo, aż spadła maska, którą zakładałam nawet przed samą sobą, i…uśmiechnęłam się pierwszy raz tak szczerze…sama do siebie. Jestem spokojna. Paradoks jest taki, że moja „idealna” waga jest bliska tej, którą tak uparcie próbowałam utrzymać chorując. Piekło już znam. Nie wrócę tam. Drzwi zamknięte. Jest tu i teraz. Ja i moje życie. I pasje, które powoli odkrywam.

Dziękuje Ci Aniu z całego serca.

normalna Ola

Na początku mentoringu dałam Oli zadanie, aby napisała list do swojego ciała. To co przeczytałam wbiło mnie w podłogę, mimo że czytałam w swoim życiu już chyba wszystko.

List do mojego ciała

Ty potworze, nienawidzę cie od zawsze, od kiedy sięgam pamięcią
porównywałam cię z innymi i zawsze wypadałeś słabo, brzydko, grubo,
obleśnie, wstrętnie. “ Ty pasztecie, Ty gruba świnio”, tak odwracaj się,
odwracaj, to o tobie mówią . Nienawidzę ciebie tak strasznie. Chce cię
napchać do bólu, podrapać do krwi, to mi sprawi masochistyczną
przyjemność. Chcę by cię bolało, chce cię ukarać za to, że jesteś takie
nieudane, nienawidzę cię w całości i w każdym detalu. Lubię jak cierpisz.
Napawam się tym, że zadaje ci ból. Nie ma zmiłuj. Chce się z tobą obchodzić
brutalnie . Ale zobacz , jestem dla ciebie nieudaczniku łaskawa, Zobacz, daje
ci szczęście, pożyczone i zwrócone. Szczęście w nieszczęściu, nieszczęście w
szczęściu. Katharsis. To takie proste. Daje ci tony szczęścia. Bydlaku.
Nienawidzę cęe, nie czuje się z Tobą jednością, jesteś obce, nie trawię twoich
krągłości, fizjologii a przede wszystkim tego że krwawisz, dobrze że udało mi
się ciebie tego oduczyć. Masz szczęście. Może cię nie ukaram dzisiaj.

● Jesteś jakby nie moje, jakby cudze, często patrzę na ciebie z boku albo
tak jakby z góry , patrzę jak cię gwałcą co noc a ty debilu nic nie
robisz, poddajesz się, wpuszczasz tak oo, czemu się już nie zaciskasz?
Słabiuteńko kochanieńkie i nie tłumacz się tym że jest ci potem źle i
sobie rzygniesz- jesteś dziwka i już tak zostanie. Rzygać mi się chce jak
patrzę na twoje tłuste wszystko, na te fałdy na brzuchu i wyraz twarzy
jakbyś chciała krzyczeć ale się boisz. Słabeuszu. Gruba dziwka. Jako
produkt odpadowy moje miejsce jest na śmietniku.

Na końcu mentoringu Ola sama z siebie postanowiła napisać ten list jeszcze raz…

Drogie ciało,

To ja, twoja Ola, rozumiem, że nie reagujesz na to powitanie gdyż od zawsze inaczej Cię nazywałam. Ale mówię właśnie do Ciebie… posłuchaj proszę co mam Ci do powiedzenia, gdyż przybyłam z daleka, przemierzyłam bardzo długą i trudna drogę by być w tym miejscu i do Ciebie mówić.

Nigdy nie traktowałam Cię poważnie, wydawało mi się oczywiste że jesteś i masz mi służyć. Masz działać pod moje dyktando czy Ci się to podoba czy nie. Walczyłam z Tobą od zawsze. Tak bardzo Cię za to przepraszam… a Ty, jak taki zbity wierny pies, dalej mi służyłeś.

Drogie ciało, chciałam Ci powiedzieć, że dotyk niekoniecznie musi sprawiać ból i wiązać się z cierpieniem, nie musisz się przed nim bronić, kulić, już nikt nigdy nie dotknie Cię w sposób który Ci się nie podoba. Dopilnuje tego. A zacznę od siebie. Już teraz będę cię tylko dobrze dotykać, kremować, masować, nie będę więcej zmuszać Cię do wymiotów. Choćby zdarzyło mi się jeszcze czasem dać Ci za dużo jedzenia, zostanie on w Tobie ok? Możemy pójść na taki układ?

Zobaczysz, od teraz wszystko się zmieni. Już się zmienia. Mam dalej problem z tym jak wyglądasz, ale obiecuje ze nie będę przeciwko Tobie więcej walczyć. Jesteśmy drużyną. My. Ja to Ty. Ty to ja.

Tak jak obiecuje Ci , że zrobię wszystko by lepiej o Ciebie zadbać , byś już więcej nie cierpiało, moje biedne , kruche ciało. A takie silne! Jestem pod wielkim wrażeniem co dla mnie zrobiłeś. Przeżyłeś. Inne ciało już dawno by się wypięło i zakończyło współpracę. Dawałeś mi tyle sygnałów a ja je ignorowałam , jejku tak mi przykro.

Wyniszczałam Cię fizycznie i psychicznie. Biłam, dawałam Cię bić, maltretowałam, cięłam, przypalałam, poniżałam, obrażałam, głodziłam lub napychałam do bólu i zmuszałam do wymiotów. I tak ciągle, w kółko. Przez lata. Dzień w dzien. Dawałeś mi obficie sygnały które ignorowałam myśląc sobie że stanowi to o mojej sile, jaką mam władzę nad Tobą i cieszyłam się że zrobiłam Ci na złość. Najpierw dawałeś mi sygnały głodu i zimna: z rozkoszą odmawiałam jedzenia, chciałeś odpocząć: katowałam Cię sportem do upadłego, potem zacząłeś mdleć i tym mnie wkurzać, w nagrodę dawałam Ci wielokrotne ataki obżarstwa i rzyganie, aż zacząłeś wymiotować krwią, nic mnie nie powstrzymało. Ba! Byłam z siebie dumna. Napad padaczkowy zignorowałam, zatrzymanie krążenia przez zaburzenia rytmu przestraszyły mnie tylko na chwilę. Potem przestałeś mnie informować o głodzie, jednak walczyłeś o każda kalorie zatrzymując procesy fizjologiczne, serce zwolniło , włosy powypadały, a miesiączka na lata ustala, jesteś takie mądre. Geniusz! A ja zamiast być Ci wdzięczna że żyje z upojeniem cięłam cię i patrzyłam jak krwawisz. Lubiłam jak cierpisz, patrzyłam jak próbujesz zatamować krwawienie kurcząc naczynia krwionośne gdyż ode mnie plastra nie dostałeś. Kilkakrotnie musieli Cię zszywać, nie dostałeś ode mnie znieczulenia. Przepraszam.

Inne ciało dawno by się poddało. ..
Uporać muszę się z myślą że to nie groźne wirusy ani komórki nowotworowe czy inne tajemne siły, ale ja sama doprowadziłam Cię do skrajnego wyniszczenia. Byłeś znienawidzone. Przepraszam. Mam Ciebie tylko jedyne. Jesteś moje. Ty to mój jedyny dom. Moja jedyna fizyczna forma na tym świecie. To mój prywatny cud.

Ola