Dzisiaj chciałabym Ci opowiedzieć moją prywatną historię, która wydarzyła się dokładnie 20 lat temu.
Nie ma ona aż tak wiele wspólne z zaburzeniami odżywiania (no może trochę, o czym też wspomnę), ale jest po prostu bardzo droga mojemu sercu. Zawsze, kiedy sobie ją przypomnę, czuję, że jestem silną osobą i nie boję się iść do celu. I nawet jeżeli czuję się ze sobą źle (bo czasami się czuję), to nic a nic to zmienia.

To będzie historia o pierwszej miłości, odwadze i stracie. Mogę ją postrzegać jako coś pięknego, albo jak coś co zraniło mnie dogłębnie i odebrało radość z życia na wiele miesięcy. Tak to już jest; z przeszłości można czerpać siłę albo można się nią osłabiać. W przeszłości jest wszystko i to od nas zależy, co będziemy pamiętać. Ja wybieram pamięć o dobrych rzeczach.

Ciekawa? To posłuchaj.

Miałam 15 lat, kiedy poszłam do liceum. Jestem jeszcze z tych roczników, które nie załapały się na – już nieaktualną – reformę (Jezu, dinozaur) i skończyłam 8 klas podstawówki.

Wyobraź sobie jakim szokiem było przejść z towarzystwa „dzieciarni” do towarzystwa młodych, już prawie dorosłych (jak wtedy myślałam) intelektualistów. Od pierwszego dnia zakochałam się w nowym miejscu. Imponowało mi wszystko; stare mury, prestiż „liceum z tradycjami”, nauczyciele i oczywiście starsi uczniowie. A najbardziej zaimponował mi chłopak z IV A (bardzo szybko się tego wywiedziałam), którego wszyscy nazywali Jim.

Dlaczego? Bo miał grzywę jak Jim Morrison – piękne loki do ramion. A ja, żeby Ci nie skłamać, byłam absolutnie zakochana w tym właśnie (martwym od kilku dekad) wokaliście i jego muzyce.
No więc bingo, zakochałam się i w jego sobowtórze, który także był fanem zespołu. Wiedziałam to ponad wszelką wątpliwość, bo nosił on naszywkę „The Doors” na swoim plecaku kostce (czy ktoś je jeszcze pamięta?).

Jaki rozczulający jest człowiek wraz ze swoimi wyobrażeniami i marzeniami. Od września do grudnia chodziłam do szkoły jak na skrzydłach. Na każdej przerwie wypatrywałam mojego obiektu pożądania, a gdy tylko pojawiał się w polu widzenia, rzucałam mu ukradkowe spojrzenia. I on mi też. Nic więcej.
Takie to były nasze nastoletnie flirty skrępowane młodzieńczą nieśmiałością.

Nigdy nie zamieniłam z nim słowa, ale spać po nocach nie mogłam. Także niestety zaczęłam bardziej kombinować z dietą (chociaż już to robiłam od jakiegoś czasu), żeby mu się bardziej podobać – jakby to w ogóle było ważne.

No i w grudniu nie wytrzymałam. Muszę coś zrobić, tylko co???
I nagle olśnienie: prawdziwy Jim Morrison urodził się 8go grudnia. A więc przyniosę kwiatki tego dnia i złożę szkolnemu „Jimowi” życzenia! W ten sposób nawiążemy kontakt, a jako że będzie to coś odjechanego, na pewno się mną zainteresuje!

I tu muszę poświęcić chwilę na wyjaśnienie; ja nie jestem, nie byłam i nigdy nie będę osobą, której kontakt z drugim człowiekiem przychodzi jakoś specjalnie łatwo. Prawie nigdy nie zagaduję pierwsza, nie mam wielu przyjaciół i jestem po prostu typową introwertyczką w wydaniu pustelniczym.
A więc taki numer to dla mnie wyczyn, nawet dzisiaj. A weź pod uwagę, że miałam wtedy 15 lat, czyli byłam praktycznie dzieckiem – nieśmiałym, nieświadomym swojej wartości i totalnie niepewnym siebie.
No ale – kurde – cholernie zawziętym. Bo jak mi na czymś zależy, to nie ma zmiłuj; poruszę niebo i ziemię i dopnę swego – albo przynajmniej spróbuję. To mi zostało do dzisiaj.

No więc w drodze do szkoły kupiłam w osiedlowej kwiaciarni mały bukiecik margaretek i z bijącym sercem oczekiwałam długiej przerwy. Pierwsza godzina, druga, trzecia… dobra, lecimy! Ale gdzie on jest? Już prawie koniec, a jego nie ma! Jest- krzyczy Kaśka – wraca z palarni, szybko! No to ja do tylnego wyjścia, Kaśka za mną i bum! Wpadłam na niego z tymi kwiatkami.

„Wszystkiego najlepszego z okazji którychś tam (już nie pamiętam) urodzin, Jim” – wypaliłam, wcisnęłam mu bukiet i uciekłam. Na tyle było mnie stać.

Nie pamiętam reszty dnia i nie pamiętam weekendu (bo to był piątek). Nie wiem czy w ogóle spałam i czy cokolwiek jadłam. Taka byłam nakręcona.

W poniedziałek emocje trochę opadły, ale zaraz znowu poszybowały w górę, bo obiekt moich westchnień wyrósł nagle przede mną. Równie nieśmiale wyjąkał, że to było fajne i w ogóle i że tego… czy pójdziemy na piwo? Oczywiście, że tak, jasne. Na piwa to ja chodzę jak stara!
A zaraz potem do Kaśki: Jezus Maria, jak ja pójdę na piwo, jak mnie mama nie puści! On jest pełnoletni to se może, ale ja?!

Ale jakoś puściła i poszłam. I tak się stało, że on zaprosił mnie na swoją studniówkę (mnie, gówniarę z pierwszej klasy!) i na Sylwestra. I to nie byle jakiego, bo Sylwestra 1999. A gdy wybiła północ i nastał rok 2000, pocałowaliśmy się po raz pierwszy i to był mój pierwszy pocałunek w życiu, o czym oczywiście nic mu nie powiedziałam.

No i było chodzenie za rączkę i piecie taniego wina (wątrobo, wybacz) na Baszcie, gdzie zsiadywały się w tamtych czasach wszystkie „alternatywne” dzieciaki Słupska.
I byłam jego Pam, bo tak nazywała się partnerka Jima Morrisona.
Chyba nie muszę Cię przekonywać, że będę pamiętać to do końca życia, tak jak chyba każda z nas pamięta swoją pierwszą miłość.

Ale happy endu tej historii nie było; mój Jim musiał się uczyć do matury i nie miał dla mnie czasu – tak mi powiedział na naszej ostatniej „randce”, na początku marca. Chociaż prawda jest taka, że nie miał ze mną o czym gadać. Ja się tak strasznie wstydziłam, tak bardzo nie byłam przy nim sobą, że nie mogłam czasami nawet słowa wydusić. Ciągle myślałam co tu powiedzieć, by nie wyjść na głupią przed starszym chłopakiem i efekt był taki, że nie mówiłam nic. Ach, ta młodość.

Płakałam bardzo długo, długo za długo jak na taką „głupotę”, aczkolwiek serce nigdy nie wie, że to takie „nic”. I złamane – zawsze boli tak samo.
Wtedy też wpadłam na dobre w zaburzenia odżywiania, nic nie jadłam, a potem zaczęłam wywoływać wymioty. Aczkolwiek to absolutnie nie jest jego wina. Na ED pracowałam już od dłuższego czasu i to był chyba ostatni gwóźdź do trumny. No cóż…

*

Co mnie urzeka w tej historii, która opowiadam z bijącym sercem i ściśniętym gardłem (aż się sama dziwię tej reakcji), to odwaga tej małej dziewczynki, którą byłam. To, że nie bałam się iść za sercem, nawet za cenę odrzucenia i śmieszności. Nawet wtedy, gdy byłam chorobliwie nieśmiała i niepewna siebie – szłam za nim jak burza. I to też nigdy się nie zmieniło do dziś, chociaż potem tak bardzo pobłądziłam.

I chciałabym Ci dzisiaj powiedzieć to samo; nie bój się i zawsze słuchaj tego, co mówi Twoje serce. Ono nigdy Cię nie zawiedzie. I ok, może nie zawsze wyjdzie tak, jak chciałaś, ale przynajmniej będziesz miała piękne wspomnienia i satysfakcję, że spróbowałaś. Czyż nie to się liczy najbardziej?

*

Ale to jeszcze nie koniec. Mam dla Ciebie mały epilog.
Po latach, spotkałam Jima w jednej z słupskich knajpek, kiedy oboje wróciliśmy ze studiów do domu na święta. Pogadaliśmy zupełnie normalnie (wiek wyleczył mnie z nieśmiałości), pośmialiśmy się, wymieniliśmy numerami i każdy poszedł w swoją stronę.
A ja do dziś, co roku 8 grudnia piszę mu wiadomość; najpierw przez smsa, a potem- wraz z rozwojem technologii – na WhatsAppie „Wszystkiego najlepszego Jim”. A on zawsze odpowiada „Dzięki, Pam”.
I to wszystko.

*
A czy Ty masz jakieś odjechane historie ze swojej młodości, które są drogie Twojemu sercu? Podzielisz się?