Kilka dni temu dostałam bardzo ciekawy list, który zacytuję w całości poniżej.

Droga Aniu!

Piszę do Ciebie właściwie z pewnym przemyśleniem. Jeśli chodzi o mnie, to po latach zaburzeń i oglądania Twoich filmików przez kilka miesięcy, w końcu, w akcie desperacji, postanowiłam spróbować Twoją metodą, choć do końca nie wierzyłam, że u mnie ona podziała. Wydawało mi się, że moje ciało nie funkcjonuje już „normalnie”. Jednak wizja, którą opisywałaś, powrotu do żywienia intuicyjnego, jak w dzieciństwie (ach, jakie to było piękne!), była na tyle kusząca, że postanowiłam spróbować. To był marzec tego roku. Dziś czuję się jak zupełnie zdrowa osoba. Nie jem idealnie, czasem zdarza się zjeść coś słodkiego albo fast foodowego, ale nie mam żadnych wyrzutów sumienia ani skoków wagi. Ze względu na dość bogaty rozkład obowiązków, a trochę też z lenistwa, obecnie nie uprawiam żadnego sportu (raz na 2 tygodnie pójdę na basen czy na łyżwy), choć planuję to zmienić w najbliższym czasie, choćby dla zdrowia kręgosłupa. W każdym razie, mimo braku sportu, który w okresach zaburzeń stanowił dużą część mojego życia, jestem szczuplejsza niż wtedy, wyglądam lepiej. Jem, kiedy jestem głodna, w sposób intuicyjny (jak w dzieciństwie!) i nie stanowi to dla mnie obecnie żadnego problemu. Bardzo Ci za to wszystko dziękuję! I nie będzie przesadą, jeśli powiem, że gdyby Cię nie było w internecie, to prawdopodobnie dalej bym w tym tkwiła, kto wie, jak długo. Dlaczego? Właśnie dochodzę do sedna mojego listu.

Zaczynając jeść według Twoich zasad, na początku starałam się szacować posiłki, żeby oscylowały wokół 2000 kcal. Mój organizm niestety nie wiedział, ile to jest dużo, a ile mało. Jeśli czułam, że potrzebuję więcej, to jadłam więcej, więc odwrotnie jak przez resztę życia, bardziej się bałam, by nie zjeść za mało. Bardzo szybko jednak zeszłam z liczenia kalorii, jak tylko organizm trochę „zczaił”, bo stanowiło to problem w moich zaburzeniach i przeszłam na jedzenie intuicyjne. Obserwuję jednak, że zalecenia jedzenia zgodnie z zapotrzebowaniem są bardzo niepopularne. Owszem, myślałam, że tak jest w tych wszystkich środowiskach fit, ale zaskoczyło mnie, że również dietetycy, lekarze, zalecają ograniczanie jedzenia przy chudnięciu, poniżej zapotrzebowania!

Pierwszy przykład, znajomy młody lekarz, świeżo po studiach, który pracuje na oddziale, gdzie trafiają osoby z zaburzeniami odżywienia w ciężkim stanie. Ostatnio opowiadał o swojej pracy i zaczęła się rozmowa o tym, jak zdrowo schudnąć. Lekarz ten mówił, że aby schudnąć, to zamiast się wpędzać w te wszystkie zaburzenia, wystarczy jeść 500 kcal poniżej swojego zapotrzebowania, jak twierdzi ich szpitalny dietetyk i wtedy chudnie się zdrowo. Słyszałam to od żywieniowców zajmujących się fitnessem wiele razy, ale w szpitalu i to na oddziale, który zajmuje się osobami zaburzonymi w odżywianiu? Nie uczą ich jeść intuicyjnie, tylko że jak chcą chudnąć to żeby jadły 1500 kcal?

Inny przykład. Mam insulinooporność i zespół policystycznych jajników. Po przeanalizowaniu mojego życia stwierdzam, że prawdopodobnie przyczyną tego było, że tak szybko zaczęłam się odchudzać (jakieś 13-14 lat, mimo bycia szczupłą). Muszę ponowić badania, ale myślę, że odkąd jem normalnie już jest dużo lepiej, bo czuję się i wyglądam też lepiej, moje cykle też są bardziej regularne. Jakieś 3 lata temu byłam u dietetyka, który specjalizował się właśnie w pcos (zespole policystycznych jajników). Byłam wówczas bardzo aktywna, 5-6x w tygodniu dość intensywne treningi, do tego dieta 1200 na przemian z 1000 (oczywiście przez to podjadałam). Waga tanita wyliczyła mi, że powinnam przyjmować coś ok. 1850, więc Pani zaleciła, żebym na razie jadła 1400, dopóki nie schudnę tyle, ile chcę (czyli jakieś 5 kg), a potem mogę zwiększyć teoretycznie do tych 1850, ale kobietom w pcos nie zaleca się jeść więcej, niż 1600. Ja mam 160 wzrostu i to dla mnie mało, ale rozumiem że dziewczyna 180 też ma tyle jeść?

Dopiero dziś kiedy myślę o tej całej sytuacji, dociera do mnie cały ten absurd. Mój problem zaczął się od tego, że nie jadłam normalnie. Nigdy nie miałam regularnych miesiączek, jeśli nie byłam na antykoncepcji, bo jak dostałam pierwszą miesiączkę, to już się odchudzałam. Jako dziecko prawie wcale nie jadłam słodyczy i byłam okazem zdrowia, więc skąd problem z insulinoopornością? Dziś wiem, że przez to, że samej sobie ograniczałam jedzenie. Dlatego jestem w szoku, że osoby, które mają być głosem rozsądku dla takich zagubionych osób jak ja, swoimi radami tylko ciągną je na dno. Na potwierdzenie mogę jeszcze dorzucić artykuł, który został wrzucony ostatnio na forum dziewczyn z pcos, polecony jednej przez lekarza (jeśli nie jesteś zainteresowana to nie czytaj, krótko streszczę, o co mi chodzi):

https://www.forumginekologii.pl/artykul/metformina-w-leczeniu-zespolu-policystycznych-jajnikow?fbclid=IwAR0CuDFEhr_iWdZSMoSFdf5ZHTzvTI_xvAnlSj5BxVzkF-KiMdv8yA2r1sQ

W artykule stosują lek, metforminę, który ma pomagać przy insulinooporności. Rzuciło mi się w oczy zdanie:

„Glueck i wsp. zastosowali połączenie metforminy w dawce 2550 mg oraz diety (1200–1800 kcal) u 35 nastolatek z zespołem PCOS i nadwagą oraz otyłością w wieku 15–19 lat przez okres 12 miesięcy, uzyskując zmniejszenie masy ciała z 82,7 kg do 79,1 kg”.

Bardzo współczuję dziewczynom, które wierzyły, że Ci lekarze pomogą im wyzdrowieć. Bo po roku diety 1200 kcal, nie sądzę, aby pozostawili ich z czymś więcej, niż zaburzeniami odżywiania.

Tak naprawdę, poza Tobą, nie trafiłam jeszcze na ani jedną osobę, która powiedziałaby mi, żebym jadła zgodnie z zapotrzebowaniem, jeśli chcę trochę schudnąć. Teraz, po czytaniu Twojego bloga, oglądaniu Twoich filmów, wydaje mi się to takie normalne i oczywiste. Ale widzę, że świat wciąż tego jeszcze nie wie. Ciekawa jestem, kiedy to się w końcu zmieni, mam nadzieję, że jak najszybciej. Tym bardziej dziękuję Ci za to, że podzieliłaś się swoim doświadczeniem i wiedzą, i pomogłaś mi znów stać się normalną osobą.

Dziękuję!

Emilia

*

Powiedz mi, czy Ciebie też to nie dziwi? Jak to się dzieje, że lekarze i dietetycy (oczywiście nie wszyscy!) gadają takie rzeczy? Czy jest ktoś jeszcze w polskim Internecie, kto mówi oczywiste oczywistości – jedz tyle ile potrzebujesz? Dlaczego głos rozsądku nie jest popularny?

I żeby nie było, że to pierwszy taki list. Tę historię słyszę – przysięgam – z dziesięć razy dziennie, w różnych odsłonach i formach.
A na oddziale leczenia chorób metabolicznych, w jednym z dużych miast Polski, daje się pacjentom z otyłością olbrzymią dietę 1200 kcal, gdzie w kilku dniach nie ma w ogóle warzyw, za to jest makaron biały (świderki).
Czy ktoś mi jest w stanie wytłumaczyć o co chodzi?

Czy masz podobne doświadczenia?