Hej tu Patrycja,

Mam dwadzieścia pięć lat i od roku jestem szczęśliwą żoną, a od ponad dwóch lat całkowicie wolną od bulimii.
Chcę się z Wami podzielić moją historią, choć nie ukrywam, że ręce mi się trzęsą, gdy to piszę, a łzy napływają mi do oczu, gdy tylko myślę o tym, co ja strasznego robiłam. Ale napiszę Wam od początku jak stopniowo niszczyłam swoje ciało, zdrowie i psychikę.

Zawsze byłam szczupła, nigdy nie miałam problemów z wagą, a na bilansach zawsze Pani pielęgniarka mówiła, że mam BMI w normie. Jadłam normalne; domowe jedzonko robione przez mamę, na wakacjach-przez babcie. Prawie całe dnie spędzałam na zewnątrz, grając w klasy, gumę i chowanego z koleżankami (tak wspominam dzieciństwo).

Później, już jako nastolatka (chyba miałam wtedy 15 lub 16 lat), podjęłam pracę podczas wakacji, a mianowicie, zbierałam ogórki lub malinki na polu. Dojeżdżałam do tej pracy codziennie 5 km w jedną i druga stronę rowerem i…schudłam, zeszczuplałam. Co najlepsze sama tego nie zauważyłam, inni zaczęli na to zwracać uwagę, a mnie w sumie zaczęło się to podobać i stwierdziłam, że mogło by już tak zostać. (Schudłam przez rower rzecz jasna, nie stosowałam wtedy jeszcze żadnej diety, nawet przez myśl mi to nie przyszło).

W między czasie poznałam mojego obecnego męża. Ale cóż, wakacje się skończyły, a ja wróciłam do szkoły. W tygodniu się uczyłam, a weekendy spędzałam z chłopakiem, a że była to jesień, zima to zwykle chodziliśmy do kina lub oglądaliśmy filmy w domu, chrupiąc jakieś przekąski. I tak te kilka kilogramów, które zgubiłam we wakacje, wróciły do mnie z powrotem, tylko że tym razem było odwrotnie, nikt na to nie zwrócił uwagi oprócz mnie. I w tym momencie zaczęłam świrować.

Przestałam jeść normalnie, zaczęłam ćwiczyć, jadłam porcje jak dla niemowlaka np. jabłko na śniadanie i jogurt light na kolację. Podczas spotkań ze znajomymi, nie jadłam nic zazwyczaj a przy filmach z chłopakiem, chrupałam suche wafle ryżowe (maksymalnie dwie sztuki). I tak sobie schudłam jeszcze więcej niż podczas tamtych wakacji.

W między czasie zamieszkałam u chłopaka, a po pierwszej wigilii u przyszłej wtedy teściowej, objadłam się tak, że ledwo wstałam od stołu (pierwszy napad, tak sądzę) i wpadłam na „genialny pomysł” jak szybko pozbyć się tego jedzenia z mojego brzucha a mianowicie, odkryłam tabletki I herbatki przeczyszczające (wymiotować nie umiałam, bo próbowałam).

Zaczęłam jeść więcej, bo przecież mogłam, bo odkryłam „ekstra” sposób na pozbycie się jedzenia z organizmu. Doszło do tego, że brałam po dwadzieścia tabletek dziennie, bo jedna czy dwie już nie działały. Strasznie byłam napuchnięta, przytyłam (wtedy już inni to zauważali). Popadłam ze skrajności w skrajność, bo albo cały dzień nic nie jadłam i przesiedziałam w toalecie, albo cały dzień jadłam i przeleżałam w łóżku ledwo oddychając.
Nie wiem jakim cudem udało mi się ukryć mój problem przed chłopakiem, teraz już mężem (nie wie do dziś).

I tak mijały miesiące, a ja już traciłam nadzieję, że będzie lepiej. Wpisałam kiedyś w google hasło „jak przestać się objadać” i wyświetlił mi się blog Ani. Przeczytałam wszystkie posty i zrozumiałam co robię źle, ale tak strasznie bałam się zacząć jeść normalnie, tyle ile potrzebuję, tak jak radzi Ania. Bałam się, że przytyje jeszcze więcej. Zwiększyłam porcje, ale tylko odrobinkę, natomiast przestałam się przeczyszczać. Poczytałam też jakie skutki to za sobą niesie, a już wtedy nie było dobrze z moimi jelitami.

Pierwsze miesiące miałam straszne zaparcia, boleści brzucha itp. Jednak napady objadania nie zniknęły, bo cały czas jadłam za mało.
Znów od poniedziałku stosowałam diety, a im bliżej weekendu tym było gorzej. Pisałam do dietetyków, traciłam pieniądze na rozpiski, a napady powracały. Dopiero gdy w pełni posłuchałam Ani i swojego organizmu, zaczęłam jeść pełnowartościowe posiłki; nawet 6 lub 7 razy dziennie i napady zniknęły.
Z miesiąca na miesiąc było lepiej i lepiej. Z każdym dniem jedzenie stawało się dla mnie czymś normalnym i naturalnym. Dzisiaj jako przykładna żona, a w przyszłości mama, gotuje dla siebie i męża pyszne obiady. Wychodzi mi to coraz lepiej. Piekę ciasta na niedziele, spełniam się zawodowo, dużo spaceruję, spędzam czas w ogrodzie, wychodzę z przyjaciółką na kawę, deser i zakupy i robię wszystko to, co robią zwyczajne dziewczyny, kobiety, żony.

Nie myślę już ani przez moment o dietach, kaloriach, makro, godzinach posiłków, a to dlatego że jem jak jestem głodna i przestaję, gdy już się najem. A co również ważne i wagę mam znów w normie, jestem znów szczupła jak byłam zawsze.

Także dziewczyny, zaufajcie Ani i swojemu ciału. Przestańcie skupiać się na jedzeniu, posiłkach, makro itp. Przecież nie startujecie chyba w zawodach bikini fitness prawda? Skupcie się na życiu, rodzinie, przyjaciołach. Uwierzcie mi, że warto, że życie tak szybko ucieka a są rzeczy ważniejsze niż diety itp.
A jeśli zaczniecie jeść pełnowartościowe, sycące posiłki w momencie, gdy jesteście głodne (tak robi większość ludzkości prawda?), to będziecie czuć się i wyglądać o niebo lepiej.

Przepraszam, jeśli się rozpisałam, czuję że i tak nie napisałam wszystkiego, ale nie chce Was zanudzać.
Dziękuję jeszcze raz Ani za jej bloga, bo tylko to mnie wyciągnęło z mojego dna i otworzyło mi oczy. Pozdrawiam Was serdecznie i trzymam kciuki za każdą z Was.

*

A tak ode mnie: Załap się jeszcze na promocję pakietu moich książek. Pierwszy nakład prawie się już wyprzedał!