Gotowa na quest? 3 2 1… Go!

Rozsuwają się drzwi supermarketu a ja zaczynam moją codzienną grę; kupić tylko to co mam kupić, zapłacić i wyjść. Dzisiaj jestem lepiej przygotowana niż ostatnio. W zaciśniętej dłoni trzymam magiczny item – lista zakupów; kasza, chleb, płatki, warzywa, owoce, orzechy… Powtarzam to jak mantrę i staram się nie patrzeć na boki.

Biorę kurs na dział z pieczywem. Na wizji pojawia się piętrowy potwór  świątecznych słodyczy. Sięga aż po sufit.  To nowa pułapka, której jeszcze wczoraj nie było. No tak, listopad, zimowy update wizuali.
Wyciąga do mnie czekoladowe macki wesoły bałwanek i ryczy na cały głos w mojej głowie „Zjedz mnie!”.
Nie idź w tamtą stronę – mówię do siebie – to będzie koniec twojej adventure.

Docieram do celu i ładuję koszyk. 5 punktów za chleb, ping! 10 punktów za orzechy, ping! (Tutaj był trochę level up, bo przy laskowych stała armia krzykliwych Mikołajów), warzywa – 5 punktów, ping! płatki… gdzie są płatki? Cholera jasna, trzeba zrobić speedrun z powrotem.

Biorę głęboki oddech i znowu bałwan, renifer, Mikołaj, choinka. Rozwalam je wzrokiem jeden po drugim, Pam! Pam! Pam! To wymaga naprawdę dużego skillu i jestem z siebie zadowolona, kiedy widzę jak inni gracze padają przy nich jak muchy.
Dopadam płatki, ping!, robię w tył zwrot i ostatkiem sił lecę do wyjścia; escape the room, escape the room!

Kasa coraz bliżej. Boże, co się masz narodzić wśród tego kiczu, spraw aby był flow, bo mi level siły opada. A tu, jak zawsze, czeka mnie jeszcze ostatni challenge – regał z batonami. Teraz rozpoczyna się survival horror. Batony napierdzielają w moje źrenice ze wszystkich stron, a ja stoję otoczona zombiakami gramolącymi się do kasy. Damn, jakiś reboot tam mają i wszystko stoi jak na złość!
Czuję jak poziom mocy maleje mi z sekundy na sekundę, ale walczę z całych sił. Nie, nie, nie!
Łzy napływają mi do oczu, kiedy moja ręka wyciąga się w stronę regału, a ja znowu tracę moje ostatnie życie.

Game over.

*

Tą krótką fantazję napisałam na prośbę mojej dawnej podopiecznej, która w sklepie czuje się właśnie jak na polu minowym. Wszędzie czekają na nią, słodkie pułapki zastawione przez speców od marketingu. Moim zdaniem nie jest to dobre dla nikogo; nawet dla osób, które nigdy nie miały ED. Ludziom wciska się syf w pozłotkach, pod przykrywką świątecznej atmosfery. Dzieci uczą się jedzenia słodyczy jako czegoś oczywistego i wręcz koniecznego – no bo święta. Jednocześnie ze wszystkich możliwych kanałów bombarduje nas komunikat: Schudnij! Bądź fit! Do lata tylko X dni!
Paranoja, nie sądzisz?

Przez to wszystko, ktoś kto dopiero wychodzi z zaburzeń, może mieć ogromny problem z robieniem podstawowych zakupów spożywczych. No ale jak to przeskoczyć? Masz jakiś pomysł?
Ja teraz ignoruję to po całości, ale kilka lat temu wcale nie byłam taka obojętna.

A Ty jak sobie radzisz z takimi „przeszkodami”? Mam nadzieję, że lepiej niż bohaterka mojej gry?