Nie wiem, czy oglądasz mojego YouTube, ale ostatnio pojawił się na nim filmik, w którym odnoszę się do burzy jaka rozpętała się w Internecie z powodu śmierci Michaliny – fanki czołowej internetowej frutarianki (aż mi się zrymowało, tak na smutno).
Wrze środowisko wegan, ex-wegan, ex-frutarian i w ogóle nie-wegan, a to co się dzieje to istna bitwa na słowa i filmiki.

Dlaczego o tym piszę? Z tych samych powodów, dla których nagrałam mój ostatni materiał. Chciałabym powiedzieć wam w tym wszystkim jedno: nie ważne kto ma rację, a kto nie. Wy zawsze słuchajcie swojego ciała, a nie słów ekspertów.
To przesłanie kieruję do każdego człowieka na Ziemi, ale do nas Wilczków – szczególnie.

Często dostaje listy od osób, które naprawdę nabawiły się ogromnych problemów, ponieważ w stu procentach zaufały komuś pozornie kompetentnemu – czy to internetowej gwieździe, czy dietetykowi czy nawet lekarzowi, który przecież też może się mylić. (Pamiętasz mój post o Ani zdiagnozowanej i leczonej silnym środkami psychotropowymi na zaburzenia osobowości, podczas gdy ona była po prostu głodna?)

Przykłady mogłabym mnożyć, ale tak się złożyło, że dostałam list, w którym wszystkie przypadki skumulowały się na jednej osobie.

Hej Ania,

Ostatnio wyjątkowo poruszył mnie filmik o ‚ekspertach’. Dlaczego? Już tłumaczę…
Zacznę od kręgosłupa. Jako dziecko miałam zdiagnozowaną skoliozę i zakaz szybkich biegów i ostrych podskoków. W 2012 kupiłam książkę Chodakowskiej i zaczęłam ćwiczyć. Kogo obchodzi, że nie mogę skakać? Nie mnie! Przecież Ewa namawia do ruchu, najlepiej codziennie, najlepiej jej zestaw.
Po kilku latach pojawia się ból w odcinku lędźwiowym. Diagnoza? Dyskopatia. W gabinecie słyszę od swojego fizjoterapeuty: „Dzięki Ewie mam teraz masę pacjentek.”

Następnie refluks. Po co brać leki? Przeglądam Youtuba, patrzę Ajwen poleca Paleo, które cudownie leczy refluks. No to jadę z tematem. Refluks się wyciszył, ja natomiast mam dziwne zawroty głowy? Czemu? A temu, że nie jem prawie węglowodanów, tylko mięcho i tłuszcz.

Zaczynają się omdlenia. Zachodzę w ciążę. Po ciąży nie mogę schudnąć, okazuje się, że mam IO plus hipoglikemię reaktywną. Widzę wyraźnie powikłanie po tej dziwnej diecie, ale… znajduję post Dąbrowskiej. Przecież jestem teraz chora, muszę się wyleczyć, a post to jedyna droga do samonaprawiania się organizmu!

Robię 6 postów po 2 tygodnie. Czuję się coraz gorzej, jestem coraz grubsza. Psują mi się zęby. Trafiam do dobrego endokrynologa, który od wejścia przepisuje mi terapię hormonalną na PCOS i metforminę na IO. Nie może uwierzyć, że rok chodzę z hipoglikemią.

Po drodze trafiam na Aga in America. Przez jakiś tydzień jem same owoce. Czuję się fatalnie. Przy okazji znajduję „odmładzanie na surowo”, jakichś karniworów itp itd.
Płacę trenerce personalnej przez Internet, by ułożyła mi ćwiczenia i dietę. Po miesiącu stosowania się do zaleceń, słyszę, że za mało się staram, skoro przytyłam 1kg. Ta ‚ekspertka’ może skończyła kurs tygodniowy, może w dodatku online. No, ale ma ileś tam tysięcy followersów więc chyba się zna? No niekoniecznie.

Leki pomagają, przestaję omdlewać. Lekarz podejrzewa jeszcze Hashimoto.
Myślę, że gdybym nie miała refluksu z zapaleniem żołądka (10 lat temu zdiagnozowany) i nie była podatna na ‚eksperckie’ porady, nie wpadłabym w zaburzenia odżywiania i nie zrujnowała sobie organizmu. Na szczęście jeszcze żyję. Nie jak biedna Marcelina.

Jedynym ekspertem jesteśmy my sami dla siebie. Lekarze są po to, by nam pomóc w leczeniu. Jestem mądrą, oczytaną osobą, która przeszła 10 lat życia by zrozumieć, że nie można się sugerować tymi wszystkimi co tam mówią.
Jednak wiem, że wiele młodych osób sugeruje się nadal tym, co ogląda w sieci. Przykre i przerażające. Dzięki Aniu, że zabrałaś głos w tej sprawie.

Pozdrawiam
Agata

A takich listów dostaję naprawdę dużo.

Apeluję więc jeszcze raz, zanim zaczniesz jakiś sposób odżywiania, program ćwiczeń czy leczenie – SPRAWDŹ argumenty za i przeciw. Dowiedz się czegoś więcej. Nie polegaj na zdaniu tych, którzy mają w tym interes, byś uczestniczyła w ich programie.

Sprawdź to także na sobie – jak ja to zawsze mówię – w ramach eksperymentu. Przetestuj przez miesiąc i zobacz jak się czujesz. Jeżeli dobrze, spróbuj jeszcze miesiąc, jeżeli źle – przestań natychmiast. Nie idź w zaparte, jeżeli coś Ci nie służy, tylko dlatego, że służy milionowi Polaków (jak ćwiczenia Ewy, na przykład). Całkiem możliwe, że drugiemu milionowi to szkodzi, ale nikt o tym nie mówi ze strachu przed hejtem czy ze wstydu, że się tak dał nabrać.
Słuchaj siebie, bo Twoje ciało powie Ci samą prawdę i to ono ma tu DECYDUJĄCY głos.

Ja także nie jestem bez winy i trochę (na szczęście tylko trochę) się zagalopowałam z tematem weganizmu. Wegetarianką byłam praktycznie przez większość życia (z przerwami, bo z przerwami), ale nigdy jakoś szczególnie nie ciągnęło mnie do mięsa. To działo się naturalnie.

Jednak dokładnie trzy lata temu (prawie co do dnia), postanowiłam przejść na dietę roślinną. Dałam się przekonać wymownym filmom dokumentalnym na Netflixie, przemówieniom wegańskich aktywistów i ogólnemu hurra optymizmowi mas spod znaku „go vegan”. Wydawać by się mogło, że weganizm to panaceum na wszelkie choroby i całe zło tego świata – bez żadnych skutków ubocznych. No bo jak rośliny mogą szkodzić roślinożercom? Goryl je i ma się dobrze.

I wszystko było dobrze, przez ponad dwa lata. Naprawdę nie narzekałam i czułam się po prostu normalnie. Aż do początku tego roku, kiedy zaczęły mi się problemy hormonalne, problemy z cerą, niewytłumaczalne spadki energii (nagle codziennie musiałam się zdrzemnąć na godzinę)  i ogólne poczucie, że brakuje mi tłuszczu i białka. Skąd to wiedziałam? Nie wiem.
Często jednak powtarzałam to mojemu chłopakowi i w końcu stwierdziłam, że czas coś z tym zrobić.

Zaczęłam jeść więcej strączków, które – jak się okazuje – w dużej ilości powodują u mnie okropne wzdęcia. Zwiększyłam też ilość orzechów, Tahini i awokado w diecie. Ale ile można? Wszystko w końcu się przejada. Po jakimś czasie odrzuciło mnie też od awokado i nie byłam go w stanie tknąć przez kilka miesięcy. Stwierdziłam więc, że nic na siłę. (Teraz czytam, że może to sprawa wysycenia potasem.)

Żeby pomóc sobie z białkiem, zaczęłam się suplementować izolatem sojowym, co tylko pogłębiło mój problem, bo – o czym nie wiedziałam – soja wpływa mocno na gospodarkę hormonalną organizmu. Spuchłam, nabrałam wody i wysypało mnie jeszcze bardziej. Do tego zaczęły wychodzić mi dziwne przebarwienia na skórze.
Zaczęłam się porządnie martwić i wciąż czułam, że białko i tłuszcz dalej leżą.

No to co? W Internet i szukamy. I tak po nitce do kłębka trafiłam na podobne historie osób, które były dłuższy czas (o dziwo też 3 lata i więcej) na weganizmie. Te same problemy – cera, hormony, energia, jedzenie coraz większej ilości węglowodanów, puchnięcie. Weszłam ostatnio na swój foodbook na Instagramie i się przeraziłam. Ja faktycznie jadłam same węgle, czego autentycznie nie widziałam…
Burza z Marceliną, Palmą, Agą i Keksem była chyba ostatnim gwoździem do tej trumny.

W tym momencie, postanowiłam, że czas zrobić właściwą rzecz – zawiesić swoje poglądy na kołku i ratować zdrowie zanim narobię sobie poważnych problemów.

Od ponad tygodnia jem znowu jajka, rybę i masło. Od innego mięsa, jogurtów i serków mnie nie ciągnie.
I co? Nagle rzuciłam się na te produkty i mogłabym je jeść codziennie. Aż mi z tym dziwnie, bo czuję się trochę jak na jakimś głodzie ekstremalnym.

Wiem jednak na sto procent, że to dobre dla mojego ciała. Dlaczego? Ponieważ cały trądzik zszedł mi… w tydzień. A bezskutecznie walczyłam z nim od pół roku. Miałam go już nawet na szyi, a na linii włosów i szczęki zaczął się zaogniać. Nie pomogła zmiana tabletek i kremy za zylion milionów.
Umówiłam nawet dwa tygodnie temu wizytę na oczyszczanie twarzy u kosmetyczki, ale kiedy dzisiaj tam poszłam, usłyszałam, że przecież cerę mam książkową i możemy zrobić jakiś inny zabieg.

Poza tym ubrania zrobiły się luźniejsze (Schudłam? Straciłam wodę?) i zniknęły mi worki pod oczami. Na twarzy wyglądam jak po dobrej mezoterapii i od kilku dni w ogóle nie muszę się malować, by z jako taką prezencją wyjść do ludzi.
Naprawdę żałuję, że nie mam dokładnych zdjęć przed i po (te co mam są robione w makijażu i dobrym świetle). Nie spodziewałam się jednak takiego efektu. Raczej myślałam, że to na pewno będzie coś innego i mój eksperyment zakończy się powrotem do weganizmu.

Chociaż wiesz, co? Źle mówię. Ja czułam intuicyjnie, że tak się nie stanie, a to co robię to dobra droga. Tak samo jak czułam i wiedziałam, że brakuje mi białka i tłuszczu i desperacko próbowałam go uzupełnić po wegańsku.

*

Ehhh. Nawet nie wiesz, ile kosztuje mnie takie wyzwanie. Poświęciłam czemuś kilka lat życia, wierzyłam, że to najlepszy dla mnie sposób odżywiania. Podkreślam; dla mnie, nie dla WSZYSTKICH. Nigdy nie było mi po drodze z wojującymi „-izmami” i nawracaniem niewiernych na jedynie słuszną słuszność. W żadnej sprawie.

Teraz zaś czuję rozczarowanie i niesmak.
Przede wszystkim dlatego, że w żadnych z tych filmów dokumentalnych, wywiadów i artykułów nikt nie mówił o potencjalnych minusach. Mało kto wychodzi z informacją „Hej, u mnie się to nie sprawdziło”, ale to dotyczy raczej KAŻDEJ diety. Przecież żaden blogger promujący ketozę, frutarianizm czy co tam jeszcze, nie powie nam „Ludzie moja dieta jest zajebista, ale…”.

… ale widzę, że osób, które przerobiły coś na własnej skórze i zmieniły zdanie, jest coraz więcej. Nastaje zbiorowe przebudzenie i jest to pobudka z kacem – i moralnym i zdrowotnym. Ja jestem jedną z tych osób i nie mogę okłamywać, ani siebie, ani tym bardziej was, że jest inaczej. Jestem dla niektórych autorytetem i mam obowiązek odważnie i szczerze informować moją publiczność o tym co robię. No sorry, luksus strefy komfortu nie jest dla mnie.
Muszę być przede wszystkim wierna swojemu ciału i chronić je ze wszystkich sił. Ono za dużo wycierpiało z powodu mojej wcześniejszej głupoty, ignorancji i klapek na oczach.

Także jak widzisz; nikt nie jest nieomylny. Nigdy nie wiesz czy to, co mówią w Internecie i na Netflixie jest bezpieczne, albo czy ekspert promujący dietę X nie rozmyśli się za kilka lat.
Twoje ciało jednak wyśle Ci nieomylne sygnały o wiele wcześniej. Zawsze słuchaj tego, co ono mówi i nie przekładaj mądrości innych nad mądrość, którą masz od zawsze i na zawsze w sobie.

I jeszcze coś; może to głupie, ale od tygodnia zbieram się na odwagę, by pokazać na Instagramie jakiś mój niewegański posiłek. Tak jak pisałam wcześniej – nikt nie jest wolny od strachu przed oceną. I cokolwiek nie powiem – jak to się nie przejmuję zdaniem innych – i tak publikuję ten post z duszą na ramieniu. Obawiam się hejtu i przykrych komentarzy, że „a nie mówiłam” albo „jesteś jak chorągiewka na wietrze”.

No ale cóż, jak to mówiła moja śp. babcia: „Ania, z cukru nie jesteś, to się nie roztopisz. Dasz radę.”
Miałaś rację, kochana babciu, dam radę i nie, już nie jestem tylko z cukru. Składam się także i z białek, i z tłuszczy o czym ostatnio trochę zapomniałam.