Co dało mi AJ?

ostatnich odcinkach tego długiego postu, opisywałam moją historię z AJ i powody, dla których wystąpiłam z tej organizacji.
Dzisiaj skupię się na pozytywach.
Co dało mi bycie tam, z czego korzystam do dzisiaj?

1. Uporządkowanie chaosu.

Nauczyłam się jeść regularnie – bez ciągłego skubania i podjadania. Jak posiłek to posiłek i nie przeciągamy go w czasie dokładeczkami, deserkami i „oj jeszcze tylko orzeszka”.
Bo właśnie najtrudniejsze dla mnie było zakończenie posiłku. Nie praktykowałam tego przez całe lata. No bo w sumie po co, skoro i tak zawsze mogłam się tego pozbyć. A więc teraz, kiedy trzeba było w końcu odłożyć widelec, miałam irracjonalne poczucie straty. To już koniec? Buuu.
Tak jakby ten właśnie posiłek miał być moim ostatnim i trzeba było go przedłużyć w nieskończoność. Bez sensu.
W AJ dużo mówi się o uczciwości wobec siebie, więc zaczynasz wymagać od siebie tylko i wyłącznie prawdy. Zjadłaś – zamknij paszczę. Otworzysz ją dopiero za kilka godzin, gdy zajdzie taka potrzeba.

2. Zrozumiałam, że nie umrę z głodu.

Mogę poczekać na jedzenie i pięć godzin i nawet pół dnia, jeżeli tak wypadnie (na przykład podczas podróży) i nic się złego nie stanie.
Kiedyś tak bardzo skupiałam się na tym kolejnym posiłku, że nie potrafiłam racjonalnie myśleć. Wydawało mi się, że jeżeli ZARAZ go nie dostanę, to na serio umrę.
To też bardzo typowe dla osoby uzależnionej (niekoniecznie od jedzenia). Człowiek w nałogu nie za bardzo potrafi spojrzeć w przyszłość i zanalizować skutki swojego zachowania. Liczy się tylko to, by dorwać swoją substancję TERAZ. To co będzie za pięć minut, za godzinę, jest poza naszym wyobrażeniem (rozwinę to kiedyś w osobnym poście).
Dzięki temu, że byłam w AŻetowskiej abstynencji, mogłam to zaobserwować i popracować nad tym.

3. Tylko dzisiaj

Praca nad sobą jest czasami po prostu ciężka; męczą obsesyjne myśli – no zjedz ciasteczko, no zjedz.
Wiesz, że to nie jest ani dobre, ani potrzebne, a poza tym jest już późny wieczór i zaraz idziesz spać.
I wtedy pomocne jest mówienie do siebie: No dobrze, nie mam wpływu na to, że te myśli się pojawiają i nie czuję się z nimi komfortowo, ale dzisiaj im nie ulegnę. Nie będą mnie przecież do końca życia męczyć. Mam nie robić tego jeszcze tylko przez te 3 godziny, a potem idę spać. Jutro będzie nowy dzień, którym zajmę się… jutro.
Uff co za ulga.

W mojej pracy mentorki, korzystam z metody, którą opracowałam na bazie „tylko dzisiaj”.
Kiedy przychodzi nowa osoba pod moją opiekę, mówię jej: Jeżeli będzie Cię męczyć, pomyśl, że to tylko eksperyment, że tak nie będzie do końca życia. To tylko miesiąc gdy się nie objadasz. Stwierdzisz, że życie bez tego nie ma sensu?
Za miesiąc będziesz mogła się objadać, nawet przez kolejne 50 lat dzień w dzień.
Ale nie rób tego teraz.

To pomaga. Nie ma się poczucia, że coś zostaje zabrane  na wieczne zawsze (nasza przyjemność), ale tylko na teraz – na krótki okres czasu.
Oczywiście po miesiącu te ciągoty znikają, poza tym wiemy już jak sobie z nimi radzić, ale ten trik pozwala doczekać nam tego momentu.

4. Wspólnota

To poczucie, że nie jestem w tym sama, że mogę do kogoś zadzwonić i powiedzieć jak się czuję i wiem, że zostanie to zrozumiane.
No co tu dużo mówić; to po prostu wspaniałe.

Mimo, że z AŻ pożegnałam się już dawno temu, w dalszym ciągu czuję wdzięczność za tych wszystkich ludzi, za mityngi i wszelkie dobre rzeczy, które mnie tam spotkały.
W ostatecznym rozrachunku uznałam, że ich metody są nieracjonalne i dalsze pozostawanie w ich szeregach bardziej mi szkodzi, niż pomaga, ale to czego się nauczyłam i co zrozumiałam, pozostanie na zawsze w moim sercu.

Dzięki!

*

Kiedy teraz patrzę na to z perspektywy czasu, widzę że przynależność do wspólnoty miała ogromny wpływ na ukształtowanie moich obecnych poglądów.
Ostatecznie przekonałam się, że człowiek może wyjść z zaburzeń odżywiania bez ingerencji z zewnątrz. Cała moc do tego potrzeba jest już w nas samych i zawsze tam była. Trzeba ją tylko odkopać spod warstw absurdów jedzeniowych, głupich nawyków, strachów.
Oczywiście, nie jest to łatwe zadanie.
Ale jest to zadanie proste – czyli nie wymagające leków, zabiegów, wieloletnich terapii i przynależności do wspólnot.
Jedyne czego potrzebujemy to zdrowy rozsądek i odrobina wsparcia.
Obserwuję to w mojej codziennej pracy. Ludzie zaczynają wychodzić z ED w momencie, gdy zobaczą, że MOGĄ to zrobić.

Uważam, że wraz z odejściem z AJ, moje zaburzenia odżywiania ostatecznie się skończyły. Zrozumiałam, że wszystko w moich rękach i zawsze mogę powiedzieć NIE, jedzeniu, które mi nie służy. No bo kto mnie zmusi?
Odebrałam nałogowi władzę nad sobą.

*

Dla kogo AŻ – dla osób na początku drogi, totalnie zagubionych i roztrzęsionych – tam na pewno trafisz na „swoich” i poukładasz sobie kilka rzeczy w głowie.

Dla kogo nie – dla osób o racjonalistycznym poglądzie na życie, pragnącym dojść do momentu, kiedy same (bez pomocy organizacji, siły wyższej czy osób trzecich) będą mogły korzystać w pełni z wolności wyboru.