Dzisiaj kolejna część mojej historii z Anonimowymi Żarłokami.
Chciałabym tutaj zaznaczyć, że nie jest to atak na tę organizację. Po prostu opowiadam o moich subiektywnych przeżyciach, przemyśleniach i powodach dla których wystąpiłam z jej szeregów.
Podkreślam i rzeczy które były dla dobre i te, które mi nie służyły.
Zaznaczę jedno: Mój stosunek do AJ jest obecnie neutralny i miej to na uwadze, czytając ten tekst.

Próba powrotu.

Wróciliśmy z wakacji, a ja mocno postanowiłam, że się poprawię i wrócę do abstynencji.
Ona jest przecież najważniejsza!
Tak mówi się w AŻ -bez abstynencji, niczego wartościowego nie można zbudować.

Pierwsze co, pomaszerowałam na mityng w Warszawie i ze łzami w oczach wyznałam moje jedzeniowe grzechy.
Dużo było o „nieuczciwości wobec siebie” i „pysze” (te stwierdzenia także przejęłam z Ażetowskiej literatury i wypowiedzi)
Spotkałam się z milczącym zrozumieniem i wsparciem grupy.
Milczącym, bo na mityngach się nie rozmawia. Każdy opowiada tylko o sobie. Nie daje się rad i nie odnosi się bezpośredni do wypowiedzi innych.
Takie są zasady.

Pokrzepiona wróciłam do mojej przerwanej rutyny – abstynenckie posiłki, codzienne czytanie literatury, telefony do innych członków, pisanie, mityngi – czyli tak zwane narzędzia AŻ.

Ale coś nie szło. To wcale już nie było takie łatwe, lekkie i naturalne jak kiedyś.
Nie potrafiłam wskoczyć znowu w moje niedawne jedzeniowe przyzwyczajenia.
Dwa dni dobrze, jeden dzień źle, jeden dzień dobrze, trzy źle. I tak w kółko.
Byłam coraz bardziej sfrustrowana i zmęczona.

Teraz wiem, że to co chciałam zrobić było nierealistyczne i po prostu niepotrzebne.
Co za różnica czy jem trzy posiłki, czy cztery? Czy skubnę przygotowywany posiłek czy nie?
Wyczytałam w literaturze AŻ świadectwo kobiety, która opowiadała, że ma abstynencję ileś tam lat i nawet jak gotuje, to nie obliże łyżki. I na tym właśnie tak strasznie się sfiksowałam. (Jeszcze raz – łatwo się wkręcam)
Myślę, że zza drzew nie potrafiłam dostrzec lasu – czyli faktu, że może uszczknę z gara odrobinę, albo zjem nieplanowaną kanapkę, ale się u diabła, nie przejadam!

Sponsor

Jako, że nic nie było takie jak dawniej i absolutnie nie zanosiło się na to, że będzie, postanowiłam poszukać sponsora.
Sponsor to starszy stażem członek wspólnoty, który nad tobą czuwa, doradza i pomaga.
No ale żeby go znaleźć, trzeba chodzić na mityngi.
A ja mieszkam za granicą i nie mogłam chodzić co tydzień.
Zaczęłam wertować internet i znalazłam grupę anglojęzyczną w Brukseli.
Poszłam, ale przeraziła mnie mocno uduchowiona atmosfera tam panująca. Nie, to nie dla mnie.

Szukam dalej – mityngi internetowe.
Zaczęłam uczęszczać na nie w miarę regularnie, nawet założyłam z koleżanką własną grupę.
Poświęcałam na to dużo czasu, ale nie rozwiązało to mojego problemu braku abstynencji, ani odrobinę.
A raczej mojego wyimaginowanego problemu, bo tak naprawdę NIC złego w moim życiu się nie działo.

No dobra, ale co z tym sponsorem.
Szukam dalej – pogadałam przez maila z kilkoma osobami, ale jakoś się to nie kleiło.
Aż któregoś dnia znalazłam polskojęzyczny mityng AA. Też w Brukseli.
Poznałam tam Roberta – trzeźwego alkoholika, który zaproponował, że będzie mi sponsorował.
Tu muszę wtrącić dygresję, że na samą myśl o tym, czuję mieszankę rozbawienia i zażenowania.
Nie wiem jak mogłam uwierzyć, że chłopak, który przestał pić, może mi jakkolwiek pomóc z jedzeniem.
Teraz akceptuję moje irracjonalne myślenie, jako część drogi, którą musiałam przejść, po to aby stać się tym kim jestem dzisiaj.

Robert dzwonił do mnie często i pytał jak się czuję, wpadał na kawę, pisał smsy. Bardzo mu za to dziękuję i nie zapomnę tego do końca życia.
Ale oczywiście nie wpływało to w żaden sposób na moje jedzenie. Dalej przez kilka dni było dobrze, po czym jadłam coś ponad plan i płakałam nad swoją słabością.

Kroki

Z Robertem zaczęłam program na 12 krokach AŻ (oryginalnie pochodzą one z programu AA, ale wszelkie inne wspólnoty uzależnionych zaanektowały je na swój użytek)
Znasz je?
Przytoczę tutaj:

1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec jedzenia i że przestaliśmy kierować naszym życiem.
2. Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.
3. Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.
4. Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.
5. Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.
6. Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.
7. Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
8. Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim.
9. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.
10. Nadal prowadziliśmy obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnionych błędów.
11. Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia.
12. Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym jedzenioholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Bunt

I tu się zaczął zgrzyt.
Nie chce się wgłębiać w szczegóły mojego życia duchowego, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie Boga (Siły Wyższej) jako kogoś materialnego i do tego mającego moc rozwiązywania problemów, jeżeli się „go” o to poprosi.
Nie da rady.

Ale w programie wszyscy mówili, żeby się poddać, otworzyć, spróbować.
No dobra, jak spróbować to jasne! Jestem fanką eksperymentów.
Spotkałam się więc kilka razy z Robertem, by przedstawiać niekończącą się listę wad charakteru i rachunków sumienia.
(Naprawdę jak o tym piszę, jest mi wstyd, w co ja potrafiłam uwierzyć.)

Aż doszliśmy do kroku dziewiątego, gdzie miałam przeprosić i zadość uczynić wszystkim, których skrzywdziłam.
Zaczęłam wypisywać po kolei osoby do przeproszenia:
1. Koleżanka z przedszkola, którą zbiłam i nazwałam świnią (true story)
2. Kolega, co się we mnie zakochał we wczesnej podstawówce, a ja mu kazałam kupić sobie oranżadę. I jak po nią poszedł to uciekłam i śmiałam się z niego schowana w krzakach.
3 ….

Potem idą grubsze rzeczy – złamane serce innego chłopaka, kłamstwa, głupota, upór, raniące słowa.

No dobra, ale czy tego nie przeżył każdy? Czy to tylko moje „wady charakteru nałogowca”?
I serio muszę tych ludzi przeprosić, by przestać podjadać? By nie jeść zbędnego deseru po obiedzie?
Co ma piernik do wiatrak?!
Przecież w bulimię wpadłam dlatego, że się odchudzałam, a nie dlatego że byłam złym (nieuczciwym, pysznym czy jakim tam jeszcze) człowiekiem!
Zrezygnowałam z robienia kroków, z braku racjonalnych przesłanek do ich kontynuowania.

I wtedy po zraz pierwszy zapytałam się, czy to aby na pewno jest miejsce dla mnie.
No bo nie po to wyszłam z kołowrotka diet i odchudzania się, aby fundować sobie kolejny reżim zasad, którym się będę frustrować.

Zaczęłam zastanawiać się także nad resztą dogmatów i zasad:

Bezsilność

W pierwszym kroku mówi się o bezsilności. W ogóle powtarza się to cały czas: Ja nie mogę, Bóg może.
A ja nagle zrozumiałam, to co Toon mówił mi już pół roku wcześniej:
Nie jesteś bezsilna wobec rzeczy, które możesz kontrolować. Do nich zalicza się czynność wstania z fotela, pójścia do lodówki, otworzenia jej, wyjęcia jedzenia i spożycia go.
Ty masz pełnię władzy nad swoim ciałem i nie wciśniesz mi, że paczka  kocich języczków czy pierniczków z marmoladą, ci ją odbiera!

I nagle zrozumiałam, że jak zwykle, miał rację. (Toon, jeżeli to czytasz, możesz wydrukować ten akapit i machać mi nim przed nosem za każdym razem, gdy się posprzeczamy).
Mam wolną wolę i zawsze mogę z niej skorzystać! Tadaaa!
Nikt mnie pod bronią nie trzyma, a ja mogę powiedzieć NIE.

Do końca życia.

Kolejna sprawa – według AŻ nigdy nie pozbędziesz się tego problemu. Jesteś chora do końca życia. A więc po to by normalnie funkcjonować, musisz do końca życia uczęszczać na mityngi i opowiadać o swoich bulimicznych ekscesach.
Po co? Co to zmieni?
Nie chcę wspominać czegoś, czego już nie robię i obawiać się, że jak przestanę o tym gadać, to to wróci.
Samo nie wróci, jeżeli JA tego „nie wrócę”.
Nie chcę do końca życia czytać literatury, pisać i dzwonić po ludziach.
Chce być prawdziwie wolna!
I jeżeli się nie objadam (a się nie objadam), to jestem wolna!
Nie muszę wieczne się obawiać, że tę wolność stracę.
Nie możne zostać mi zabrane coś, co jest kwestią mojej decyzji, a nie łaską Boga (Siły Wyższej itd.)!

Nie chcę także przedstawiać się „Ania Żarłok”. No przecież już nie żrę.
Czy dlatego, że kiedyś tak robiłam, mam już zawsze nosić to piętno?
Tu uprzedzę mój ulubiony argument: Ale jeżeli ktoś zabije człowieka, do końca życia jest mordercą.
Zgadzam się, ale ustalmy coś raz na zawsze: zaburzenia odżywiania to nie zbrodnia.
Zaburzenia to brak równowagi.
A ja do niej wróciłam i nie ma powodu ciągle mówić sobie, że jest inaczej.

Problem z abstynencją.

Zrozumiałam, że abstynencja to tylko ETAP w dochodzeniu do równowagi.
Na początku skupiasz całą swoją mentalną siłę na NIE robieniu tego co było twoim nałogiem (nie wstrzykiwaniu heroiny, nie picia alkoholu, nie objadania się), a potem to staje się jak najzupełniej naturalne.
Dla mnie jest to teraz oczywiste, że się nie obżeram. Taka myśl w ogóle nie świta mi w głowie.
Nigdy.

Mój błąd polegał na tym, że tak bardzo skupiłam się na utrzymaniu abstynencji, że nie zauważyłam kiedy przestała mi być ona potrzeba. Nie zauważyła, że WYTRZEŹWIAŁAM.

Kiedy w końcu to do mnie dotarło – poczułam niesamowitą ulgę.
Zrozumiałam, że zachowuję się wobec jedzenia, jak każdy normalny człowiek.
Tak, zjem czasami za dużo, lub niepotrzebnie, ale czy to właśnie nie jest normalne?
Czy fakt, że się tym nie stresuję nie świadczy najlepiej o tym, że ze mną wszystko ok?
Już nie chcę być perfekcyjną, czteroposiłkową chodzącą idealnością.
Nie jestem doskonała i nigdy nie będę i nie chcę być! Bo właśnie to ta chora chęć doprowadziła mnie do zaburzeń!

Sponsorzy

Ja akurat miałam wyluzowanego sponsora, który mi niczego nie narzucał.
Ale czasami przychodzą do mnie na mentoring dziewczyny, które opowiadają niepokojące historie.
Sponsorzy narzucający nierealistyczne wymagania i zasady, oceniający, dołujący etc.
Oczywiście wszystko w dobrej wierze i z jak najlepszymi intencjami. W to nie wątpię.
Ale taka dziewczyna naprawdę nie potrzebuje ani kolejnych restrykcji, ani tekstów w stylu „jesteś nieuczciwa, zawiodłam się na tobie”.
To łamie i tak już wątłą pewność siebie.

Problem jest taki, że bardzo ważną rolę przewodnik, często przejmują osoby absolutnie do tego nieprzygotowane, bez podstawowej wiedzy psychologicznej.
Czy to ich wina? Nie, większość ludzi (niestety) jej nie posiada, ale także większość ludzi nie wykonuje zawodu mentora, coacha czy psychologa.
I tak powinno zostać.
Niech piekarz nie para się elektryką, taksówkarz – chirurgią, a doradca podatkowy – doradztwem psychologicznym.

*

W kolejnym odcinku opowiem o tym co dobrego dało mi bycie w AŻ, co z niego wyniosłam i stosuję do dziś, oraz komu polecam tą organizację, a komu nie.