Pisałam niedawno o presji jaka wywierana jest na kobietach, aby wyglądały ładnie. Wspomniałam tam też o naszej tendencji do zadowalania wszystkich wokół. Dzisiaj rozwinę ten temat, bo bardzo boli mnie fakt, że tak postępujemy, spychając siebie same na szary koniec listy zadań do wykonania.

Co mam na myśli? Taki przykład: Przychodzi do mnie dziewczyna na mentoring, lat 35+, dwójka dzieci, mąż, kariera, własne mieszkanie. Nazwijmy ją Kasia.

U Kasi wszystko działa jak w zegarku; dzieci zaopiekowane, wysłuchane i zrozumiane. Do szkoły maszerują codziennie z odrobionymi lekcjami i pełnym smakołyków lunchboxem. Mąż wypoczęty, bez wyrzutów sumienia odpala FIFĘ lub wychodzi na siłownię. Wszak Kasia nie truje mu, że ma się teraz zająć dzieciakami czy posprzątać. Ona wie, że on ciężko pracuje. Poza tym chłopak się bardzo stara – robi zakupy, wstawia i wypakowuje zmywarkę, pomoże w ubieraniu najmłodszego. Zresztą mają taki nowoczesny związek partnerski; każdy ma swoje obowiązki i czas przyjemności. A że ona  czasu nie ma, to… jakoś tak wychodzi.

Mieszkanie Kasi jest wysprzątane, obiad zrobiony (oczywiście ona go nie je, bo jest na diecie), niedziela zawsze pachnie ciastem.
Na tym wszystkim absolutnie nie cierpi kariera mojej podopiecznej, bo co jak co, ale to nie są lata 50te i sprawa rozwoju jest dla niej bardzo ważna.
Cierpi na tym tylko sama Kasia, która wymiotuje od dwudziestu lat i nie ma czasu tego zmienić.
Tak przynajmniej mówi mi w naszej pierwszej rozmowie: Ja nie mam czasu o siebie zadbać.

Może pomyślisz, że się naczytałam za dużo Wysokich Obcasów? Albo, że przesadzam? No niestety nie. Taki sielski obrazek bardzo często obserwuję z bliska. Przychodzą do mnie takie nieskazitelne perfekcjonistki, które ogarnęły już wszystko i wszystkich, oprócz siebie właśnie.
One same są bardzo dalekie od jakiegokolwiek „ogarnięcia”. I co najgorsze, w ogóle nie widzą w tym żadnego problemu. Ba! Dziwią się jak każę im zostawić ten odkurzacz i usiąść w spokoju do posiłku.

Czy to nie jest smutne, dziewczyny? Czy wy też tak robicie?
Tak często same stawiamy się na szarym końcu, za potrzebami wszystkich domowników, szefa, kota i psa. Za umytą podłogą i wytartymi kurzami. I ja nie mówię tu o wyjściu do kina czy kosmetyczki. Ja tu mówię o naszym zdrowiu i życiu!

Jak masz wyjść z bulimii, skoro nawet nie masz czasu zrobić sobie kanapki i zjeść jej jak człowiek w pozycji siedzącej, z talerzyka?
Jak masz przestać „zajadać stres” skoro często sama ten stres sobie tworzysz, próbując spełnić jakieś wydumane oczekiwania wszystkich dookoła, które nawet nie są realne!

Nikt nie zwróci uwagi na to, że podłoga jest niezamieciona, a niedzielne ciasto pochodzi ze sklepu, a nie z piekarnika. Zresztą zawsze można zagonić do tej roboty kogoś innego, jeżeli już musi być zrobiona.
Za to jeżeli mama/partnerka/ przyjaciółka będzie w końcu zadbana, zauważą to wszyscy i na wszystkich wpłynie to pozytywnie.
No bo jak masz być dobrym rodzicem, czy towarzyszem życia, skoro od pięciu godzin nie miałaś nic w ustach i prawie mdlejesz? Jak masz to zrobić skoro dźwigasz na sobie wszystkie problemy tego świata – kosztem wszystkiego.

Bardzo często pytam takie dziewczyny: Czy to właśnie chcesz przekazać swojej córce? Że kobieta może się zaniedbać na śmierć? I to dosłownie. Czy chciałabyś aby ona poszła w Twoje ślady?
Nastaje wtedy cisza, a potem prawie szeptem „No nie…”
Jeżeli więc nie, to Ty sama tak nie rób.

Bądź dla siebie priorytetem, skorzystaj ze starej dobrej zasady maseczki tlenowej – najpierw sobie, a dopiero potem wszystkim innym. Bo jeżeli Ty się sobą nie zaopiekujesz, nie postawisz swoich potrzeb na pierwszym miejscu (tak, tak, na pierwszym), to nikt tego za Ciebie nie zrobi. Pamiętaj, to pierwszy, najważniejszy obowiązek, a nie zbędny luksus.

priorytetem

*

Dawno nosiłam się z zamiarem napisania tego artykułu, bo taka postawa kobiet jest po prostu nagminna. Potrzebowałam jednak dodatkowej inspiracji, aby to zrobić.
W zeszły weekend byłam na warsztatach pracy z ciałem metodą Lowena. Polega to na odnajdywaniu i uwalnianiu emocji, które gromadzą się w naszym ciele – czasami przez długie lata. Bardzo polecam poczytanie na ten temat, bo to niezmiernie ciekawa sprawa. (Być może w przyszłości napiszę o tym coś więcej.)

Pojechałam tam bez większych oczekiwań, a wróciłam z wieloma nowymi wnioskami i ważnymi pytaniami.
Mianowicie moje ciało pokazało mi dobitnie, jak bardzo przeciążona i przepracowana jestem. Okazało się, że ja także popełniam błąd, o którym dzisiaj piszę.

Pracuję non stop od czterech lat. I to całymi dniami, czasami po 16 godzin w ciągu doby.Nie miałam przez ten czas ani jednego dnia wolnego od bloga, książek, maili czy YouTuba. Jestem przyklejona do telefonu i uzależniona od dostępu do Internetu. Jeżeli gdzieś jadę, sprawdzam najpierw na booking.com, czy w hotelu jest dobre łącze. A kiedy już tam przyjadę pierwsze co robię, to otwieram kompa. Nie mogę pójść sobie na cały dzień gdzieś w cholerę, czy zostać w łóżku. Nie mogę pojechać na kurs Vipassany o którym marzę od lat. Nie ma takiej opcji.
Jestem w pracy non stop od półtora tysiąca dni. Nigdy nie robię, tak jak inne blogerki, przerwy świątecznej czy wakacyjnej. I jestem kurde zmęczona.

I nie zrozum mnie źle, ja nie narzekam, bo kocham to co robię całym sercem. Poza tym to jest moja życiowa misja. Ale ponieważ jest to coś tak ważnego – bo przecież nie doradzam ludziom w sprawie mody czy makijażu – nie mogę pozwolić sobie na nieodpisanie na chociażby jednego maila.
Jednak, jako że blog robi się co raz bardziej znany, to wszystko zaczyna kosztować mnie bardzo dużo – i czasu i energii. A przecież nie jestem cyborgiem i energia mi się powoli kończy.

I właśnie teraz to zobaczyłam; jeżeli pociągnę jeszcze trochę w ten sposób, to się wypalę. A to na pewno nikomu na dobre nie wyjdzie. Ani mi, ani osobom, którym mogłabym pomóc.
Bo jak niby mogę być dobrym wsparciem dla kogokolwiek, jeżeli sama potrzebuję wsparcia i odpoczynku?
Najwyższy więc czas zadbać w końcu o siebie. Czas poprosić o pomoc.

A więc po raz pierwszy odwracam role i to ja pytam: Jak Ty możesz mi pomóc? Czy masz jakiś pomysł jak mogę delegować część moich obowiązków innym? Przecież jest wiele zdolnych, empatycznych kobiet, które mogłabym wyszkolić w mojej metodzie i pozwolić im nieść dalej i szerzej moje przesłanie.
Może powinnam stworzyć ogólnopolską sieć miejsc, gdzie każdy możesz otrzymać indywidualną pomoc? Może powinnam nagrać więcej kursów czy innych materiałów? Może poszukać inwestora? Zgłosić się do fundacji? Przecież sama nie dysponuję ani wiedzą prawniczą, ani biznesową, ani jakąś dużą kasą, tak by na przykład otworzyć ośrodek.
Tylko jak ja mam to niby zrobić? Ktoś, coś?

Rzucam na razie hasła i liczę, że coś mi poradzicie. Chcę rozwijać Wilczo Głodną, poczynić kolejny krok i stworzyć coś więcej niż blog, który zależy tylko od istnienia i dobrego samopoczucia jednej osoby – mnie samej.
Tym bardziej, że ja sama też muszę być dla siebie priorytetem.

Dziękuję za wszystkie sugestie.