Pod ostatnim moim postem rozpętała się dyskusja, do której chciałabym się teraz odnieść i podzielić nowym wnioskiem, który z niej wyciągnęłam.
Pisałam o młodej mamie, która wpadła w zaburzenia odżywiania, po tym jak teściowa ze szwagierką co rusz komentowały, że za dużo je. Dziewczyna przejęła się tym, obcięła kalorie i… wiadomo co było dalej.

Celem tamtego artykułu nie było jednak łopatologiczne wyłożenie, że w zaburzenia odżywiania wpadamy, bo za mało jemy. Chciałam raczej przekazać w nim, że powinno się jeść, tyle ile organizm potrzebuje, bez paniki, że to – o rany – to już 2500 kcal! Ilość kalorii to tylko cyfra, a jeżeli ciało zużywa właśnie tyle, to co z tego że ta cyfra jest duża?

Ale większość komentarzy dotyczyła właśnie kwestii wpadania w bulimię.
No i jak zawsze przeczytałam, że jestem niedouczoną ignorantką, że spłycam i banalizuję problem, że wyśmiewam psychologów i rolę traumy w powstawaniu zaburzeń i że w ogóle włos się jeży na głowie że to pisze była bulimiczka. Czyli dzień jak co dzień w moim świecie.

No i cała dyskusja trwałaby pewnie w najlepsze, gdyby głosu nie zabrała sama zainteresowana.

„Dlaczego uważasz, że Ania spłyca problem, skoro zna go od początku do końca. Wcale nie miałam problemów emocjonalnych, zaniżonej samooceny itd… Po prostu głupio się przejęłam głupimi docinkami. Przecież skoro ktoś wiecznie zwraca na coś uwagę to w którymś momencie człowiek zacznie się zastanawiać czy jednak czegoś w tym nie ma, prawda??
Wcześniej jedząc ok. 3000 kalorii (tak serio to nie wiem czy tyle na pewno, bo wtedy jeszcze nie liczyłam), postanowiłam sobie, że będę jeść 1800 bo to będzie odpowiednio… I co się stało??
Kilka tygodni tak pociągnęłam, i potem co?? Zaczęły się napady na żarcie, które później kompensowałam sportem i ucinaniem kalorii.
Także z całym szacunkiem, ale gdzie ty tu widzisz problemy psychiczne, emocjonalne czy tym podobne?? Jestem czystym przykładem tego jak organizm szybko upomina się o żarcie, kiedy mu się je odbiera, czyli jestem dowodem na to, o czym ciągle Ania pisze. „

I ucięła wszystkie spekulacje.

Oczywiście możemy teraz zacząć upupiać autorkę wypowiedzi, wmawiając jej, że na pewno miała jakieś nieuświadomione braki emocjonalne, skoro tak się przejęła, ale błagam; nie róbmy tego. Załóżmy, że dorosła, rozsądna kobieta jest w stanie wypowiedzieć się w sprawie własnego stanu emocjonalnego.

Ok, ale po co ja to teraz piszę? Aby po dziecinnemu odegrać się na osobach, które nie podzielają moich poglądów? Terefere kuku, miałam rację? Nie. Zapomnijmy o tym zupełnie.
I tak będę czytała takie wypowiedzi pewnie do końca mojego życia (tak długo mam zamiar prowadzić tę działalność). Krytyka jest wpisana w ryzyko zawodowe, tych którzy mają odwagę głosić swoje zdanie i nie ma co narzekać.

Piszę o tym, bo w tej wypowiedzi padło bardzo ważne zdanie
”Po prostu głupio się przejęłam, głupimi docinkami. Przecież skoro ktoś wiecznie zwraca na coś uwagę to w którymś momencie człowiek zacznie się zastanawiać czy jednak czegoś w tym nie ma, prawda??

No właśnie! W samo sedno!
Jeżeli mówią Ci coś odpowiednio długo, to w to uwierzysz. Historia pełna jest takich przykładów. Ba! Na tej prawdzie opiera się cała nasza cywilizacja! Mówią nam że jesteś członkiem narodu, grupy społecznej, intelektualnej, wyznania, kasty, zawodu i w końcu płci. To są ramy, które nas kształtują. Teraz nie ma po prostu „ludzi”. Są Polacy, Niemcy, Amerykanie, Chińczycy… Są robotnicy, urzędnicy, profesorowie… Są bogaci i są biedni. I każda z tych grup ma odrębne, wpojone (zazwyczaj od dzieciaka), pojęcie o swojej tożsamości.

A co wpaja się nam, kobietom XXI wieku? Najczęściej to: Bądź piękna! Bo… yhm… jesteś tego warta (?)

Ten przekaz jest wszechobecny. Nie da się od niego uciec. Przesycone jest nią całe społeczeństwo, media, mentalność i nasze własne mózgi. To oczywista oczywistość. Przecież jesteśmy w końcu płcią piękną, do cholery. Piękną – nie mądrą, zaradną czy kreatywną. PIĘ – KNĄ.

*

Kilka dni temu moja dawna mentee (także mama małej dziewczynki) wysłała mi filmik kampanii edukacyjnej dla rodziców, pokazującej jak – zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy – wychowujemy dziewczynki.
Dowiadujemy się z niego na przykład, że według badań, dziewczynki trzy razy rzadziej niż chłopcy dostają zabawki związane z nauką. Albo tego, że rodzice dwukrotnie częściej poszukują w Google odpowiedzi na pytanie, czy ich syn jest utalentowany. W odniesieniu do córek pytają, czy ich pociechy dobrze wyglądają lub czy mają odpowiednią wagę. Zresztą zobaczcie same.

Co prawda wydaje mi się zabawne, że kampanię „robi” Barbie, czyli lalka odpowiedzialna za podtrzymywanie nierealnego wizerunku kobiety (i pewnie mająca na sumieniu trochę bulimiczek i anorektyczek), ale to temat na inny wpis.

Ja także nie raz czytałam badania potwierdzające dokładnie tę samą tezę. Niestety same matki, nawet te świadome i nowoczesne, operują wedle utartego wzoru: chłopiec zdobywca, dziewczynka malinka.
To dzieje się także w szkołach – młode kobietki chwalone są za zachowanie i wygląd, chłopcy za kreatywność czy pomysłowość. I tak na każdym szczeblu edukacji. Spójrzmy chociaż na słownictwo: mamy już studentkę – uff, ale brak nam ciągle profesorki, doktorki czy… dziekanki (???) . No chyba że mówimy o przerwie w nauce. (No tak tak, przecież to brzmi idiotycznie, Gruszczyńska. Chyba nie chcesz powiedzieć, że jesteś jakąś wojującą o czystość języka feministką?)

O mediach, reklamach i Instagramie nie będę się rozpisywać, bo wystarczy tam zajrzeć i wiadomo o co chodzi.
Więc jeżeli pierze nam się w ten sposób mózg od kołyski, jak mamy nie wierzyć, że właśnie w urodzie jest cała nasza wartość, nasz potencjał?
Skąd mamy wziąć inną miarę naszego sukcesu, skoro nikt taką miarą się nie posługuje w stosunku do nas?

I niech Ci się nie wydaje, że Ty akurat jesteś od tego stereotypu wolna. Lata warunkowania robią swoje.
Powiedz mi ile razy widząc otyłą kobietę, pierwszą Twoją myślą było: „zaniedbana, leniwa baba”, ile razy na widok młodej dziewczyny ze starszym facetem pomyślałaś „mhm, żona trofeum”, ile razy awans pięknej kobiety na wysokie stanowisko w swojej firmie czy w polityce skwitowałaś „dała dupy komu trzeba”?
Mi to także ciągle przelatuje przez głowę – przyznaję, ale już się nie utożsamiam z tymi myślami, tak jak kiedyś. Wiem, że to kalki i stereotypy – zdarta płyta, grana latami.

Co chcę przez to wszystko powiedzieć?
To, że coś, co zidentyfikowałaś na terapii jako źródło problemu, ma – całkiem możliwe – o wiele głębsze korzenie. Twoja mama wcale nie musiała być kontrolującą jędzą, by w pędzić Cię w kompleksy. Moja nie była. Mówiła mi tylko, odkąd pamiętam, że „na jedzenie trzeba uważać” (nie wyjaśniając za bardzo co to znaczy „uważać”) i sama co i rusz przechodziła na nową dietę. Teraz wiem, że ona po prostu bała się być brzydką – w świecie, gdzie bycie brzydką to największy grzech jaki może popełnić kobieta. I chciała mnie przed tym uchronić, tak jak potrafiła.

Tata nie był mizoginicznym matołem, kiedy mówił do mnie oburzony „Baba, a tyle je!” (Nie wiem, chyba rosłam?). On po prostu zobaczył i w telewizji, i w reklamie, i w gazecie, że kobiety które się tam pokazuje nie bywają grube, za to SĄ jak najbardziej SZCZUPŁE. Piękna sylwetka jest więc gwarancją sukcesu. I chciał tego samego dla swojej córki.

Efekt ich skumulowanych wysiłków był jednak jaki był.

Taką samą historię słyszę często od was; ktoś tam zażartował z waszego brzucha, ktoś zrobił przytyk, ktoś inny robił taki „przytyk” codziennie, używając określeń typu ‘grubas” i „świnia”.
A jak się jest wrażliwym, z tendencją do zadowalania wszystkich wokoło (to notabene też cecha, której wymaga się od kobiety) to można dojść do wniosku, że faktycznie jest się beznadziejnym i coś trzeba z tym zrobić. No a jak do tego dojdzie jeszcze perfekcjonizm, to pozamiatane.
Perfekcjonistka z niskim poczuciem własnej wartości na diecie, to przepis na czytelniczkę tego bloga.

A więc jeszcze raz, nie bagatelizuję niczyich ciężkich przeżyć, nie śmieję się z traum. Jak najbardziej zgadzam się z tym, że miały one wpływ na powstawanie zaburzeń odżywiania. Pisałam o tym tu. Zwróć szczególnie uwagę na przedstawiony tam schemat.
Ale gdyby dana osoba – nawet wyzywana od najgorszych tłuściochów – nie przeszła na dietę, to by w bulimię po prostu nie wpadła.
To dotyczy WIĘKSZOŚCI przypadków z jakim się spotykam. Jeżeli ktoś ma inne doświadczenia, to jak pisałam tu, niech szuka pomocy dla swojego przypadku gdzie indziej. I mówię to bez sarkazm; moim marzeniem jest widzieć was bez „wilka”, a nie słyszeć oklaski pod moim adresem.

*

Pamiętajmy więc, jesteśmy wypadkową i genów i wychowania. A w wychowaniu jednostki bierze udział całe społeczeństwo wraz ze swoim przekazem kulturowym. Widzę to na własne oczy.
Od lat mieszkam w Belgii i z zainteresowaniem obserwuję różnice między tutejszymi kobietami, a tymi w Polsce.
Tu nie ma tak wielkiej presji na wygląd; dziewczyny chodzą sobie jak chcą. Nawet w sobotę wieczorem na mieście, co druga jest nieumalowana, w wygodnych ciuchach, dumnie obnosząc fryzurę a’la „wieczór przed TV”. I co? NIC! Nikt się nie gapi, nie pokazuje palcami, nie ocenia. Nikt po prostu nie został nauczony takiego oceniania. I to nie dlatego, że tutaj ludzie są tacy super. Po prostu wzrastali w innej kulturze.
Założę się też, że odsetek kobiet z problemami z jedzeniem jest tu niższy, aczkolwiek to tylko moje zgadywanie.

Proszę Cię więc; zamiast zżymać się na to, że spłycam i banalizuję problem, może spójrzmy na to inaczej. Problem JEST prosty – by się nie objadać, trzeba jeść, trzeba słuchać organizmu, a nie wszelkiej maści ekspertów zalecających nam dietę rodem z Auschwitz (1300 -1700 kcal – naprawdę).
To co przysparza trudności, to fakt, że my się boimy normalnie jeść, bo wmówiono nam, że  w ten sposób przytyjemy. A to najkrótsza droga do wylądowania na marginesie społeczeństwa w specjalnej kategorii pod nazwą „brzydka laska”.
Nam WMÓWIONO, że to jest najgorsze co się nam może przytrafić, bo kobieta = wygląd.

On ma pasować do wyśrubowanych kanonów; nawet jak robi coś mądrego i fajnego, a z wyglądem niezwiązanego.
Mam kumpelę Magdę, która wraz ze swoim chłopakiem, prowadzi fantastyczny projekt edukacyjny „Las w nas”. Oboje oni są kompetentni, elokwentni, zafascynowani tym co robią i… oboje się nie malują. Zgadnij które z tej dwójki jest hejtowane w internetach z tego powodu?
Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Mój wniosek brzmi więc tak: Zaburzenia odżywiania, poza tym że jest to nałóg i nawyk, to ekstremalna próba dopasowania się do wymogów stawianych nam przez innych. I to kosztem zdrowia, pieniędzy, relacji i wszystkiego w ogóle. Próba zakończona niestety niepowodzeniem.

Apeluję więc – zmieńmy to teraz. Mówmy innym kobietom, że są mądre, kreatywne, wartościowe, a nie koniecznie to, że fajnie, że schudły.
Mówmy to swoim córkom i także synom; że kobieta to nie tylko wygląd.
Łapmy się bezlitośnie na bezmyślnym powtarzaniu głupich stereotypów (o, baba za kierownicą! ). Nie fundujmy kolejnemu pokoleniu tego samego losu.
Mocno wierzę, że jesteśmy w stanie to zrobić. Oczywiście zaczynając zmianę od siebie.