Dziś są moje 35-te urodziny, czyli dzień, który wypada mniej więcej w połowie aktywnego życia człowieka. Myślę, że za „jeszcze drugie tyle”, będę już się powoli zbierać do odpoczynku. I nie mówię to o śmierci czy coś, ale o emeryturze i nieodzownym zwalnianiu tempa.
Stoję w tym środkowym punkcie i mam nadzieję, że kolejne lata będą dalej wypełnione tym co kocham, czyli szerzeniem świadomości o zaburzeniach odżywiania, prostowaniem myślenia, tym którzy się w nim pogubili, pisaniem, czytaniem, podróżowaniem i spokojnym życiem z moim T.

Będzie to możliwe tylko i wyłącznie dzięki mojemu uwolnieniu się ze szponów bulimii. Oczywiście może się jeszcze dużo wydarzyć, ale jeżeli los pozwoli, na pewno będę robić Wilczą, dopóki starczy mi sił. No chyba że uda mi się wytępić ED wcześniej. (Niby żartuję, ale mam taką nadzieję.) Wtedy zajmę się pisaniem powieści.

Myślałam sobie o tym wszystkim, czytając urodzinowe życzenia, które spłynęły na mój telefon przez noc, kiedy nagle w mojej głowie pojawiło się pytanie: Co by było, gdybym nigdy z bulimii nie wyszła? Jak wyglądałby dzisiejszy dzień? Kim bym była i co robiła? Gdzie?

Myślę, że moje życie byłoby mniej więcej takie:

Dziś są moje 35-te urodziny. Budzę się sama w moim małym łóżku, w wynajmowanym pokoju. Mój chłopak, Toon, odszedł ode mnie kilka lat temu. Nie wytrzymał ciągłych kłótni jakie urządzałam, kiedy byłam głodna, obżarta cukrem lub pijana. Nie mógł znieść tego, że cokolwiek zrobił, było źle. Jakkolwiek chciał mi pomóc czy pocieszyć – to i tak to była „jego wina”, a więc ciągłe pretensje, krzyk i agresja. Bał się wracać do domu, bo nie wiedział w jakim humorze mnie zastanie. Bał się wracać do domu, bo nie wiedział, czy zastanie mnie żywą.
Było mu przykro, że nie potrafię zaoszczędzić ani grosza, a pytana, gdzie podziały się moje pieniądze (na które tak ciężko pracuję zasuwając w restauracji), wybuchałam, że to nie jego sprawa.
A on chciał mieć ze mną dom i jakąś przyszłość. Jak niby mieliśmy to zrobić bez mojego wkładu? Poza tym kochał mnie przecież i nie mógł patrzeć, jak się zabijam i niszczę.
A więc odszedł i ja mu się wcale nie dziwię. Sama bym od siebie odeszła, gdybym mogła.
Teraz czasami chodzę na randki, ale to nigdy nie jest to. Przez głupotę straciłam moją największą miłość i teraz muszę z tym żyć.

Kiedyś marzyłam o podróżach. Jako nastolatka i studentka zjeździłam stopem całą Europie. Czekałam na każde wakacje czy wolne, byle tylko gdzieś się wyrwać. Teraz nie mam na to siły, czasu i pieniędzy. Odkąd utrzymuję się sama i sama płacę czynsz, nie mogę brać zbyt dużo wolnego. Zresztą z kim miałabym jechać? Chyba sama na all inclusive, by jeść.

No i są przecież ważniejsze sprawy, jak na przykład dentysta, lekarz… W buzi robią mi się bolesne bąble, wrzody, zajady. Cały przełyk mam popalony i ciągle doskwiera mi zgaga. Moje jedynki, które jeszcze pięć lat temu były mocno przeźroczyste, ale jakoś się trzymały – teraz rozpuściły się zupełnie. Są śmiesznie krótkie, więc muszę je odbudować. Niestety najpierw muszę je naprostować, a nie stać mnie na aparat. Wstydzę się uśmiechać, choć kiedyś robiłam to tak chętnie.
Staram się przyoszczędzić trochę kasy i nawet mi się to udaje, ale potem nagle przychodzi napad, amok…
I znowu nie ma pieniędzy.

Prawdopodobnie mam już insulinooporność, albo nawet cukrzycę. Nie wiem. Wolę na to nie patrzeć. To zawsze była moja strategia – zamykać oczy na prawdę i udawać, że nic się nie dzieje. Myślę jednak, że mój organizm nie wytrzymał ponad dwudziestoletnich dostaw cukru przeplatanych dietami cud lub po prostu szitowym jedzeniem. Już nie jestem taka młoda i moje ciało przestaje radzić sobie z ogromem problemów z jakimi musi się mierzyć.
Często jest mi słabo, miewam zawroty głowy, drżą mi ręce i kołata serce. Męczą mnie ciągłe zaparcia i wzdęcia. Czasami nie mogę się wypróżnić przez tydzień lub więcej.
Znowu dużo przytyłam i nie mam już siły tego zrzucać. Wszystko mi jedno, bo cała waga i tak zaraz wróci.

Czasami nie śpię długo w nocy i myślę o przyszłości, chociaż wolałabym nie myśleć. Jestem urodzoną optymistką, więc ciągle mam nadzieję, że jakoś to będzie, ale już nie wierzę, że z tego wyjdę. Z tego się nie wychodzi.

Słyszałam o blogu Wilczo Głodna, który założyła jakaś dziewczyna w Polsce i że niby on pomaga. Widziałam nawet jej przemówienie na TEDx Kraków i czytałam jakiś artykuł, ale co to pomoże na taki beznadziejny przypadek jak ja?

A więc „wszystkiego najlepszego Ania” – mówię do lustra, wypijam kawę siekierę i idę na poranną zmianę do pracy.

*
Sama zdziwiłam się, jaka ta wizja wyszła pesymistyczna. Jest to jednak scenariusz jak najbardziej prawdopodobny. Wszystko to co opisuję działo się naprawdę – kłótnie, agresja, upijanie się, brak kasy, kołatanie serca, rozpuszczone zęby, tycie, zaparcia, źle płatna praca, obawa mojego chłopaka, że znajdzie mnie martwą. Każda z tych historii pociągnięta przez kolejne pięć lat, pewnie tak właśnie by się skończyła.
Aż drżę na myśl co mogło się stać i chce mi się płakać z wdzięczności, że się nie stało! A raczej, że ja tego „nie stałam”.

Przede mną piękne życie – jak dar, jak najpiękniejszy urodzinowy prezent. I – mam nadzieję – wiele kolejnych lat w spokoju i wolności.
I powiem Ci kochana, że ono także stoi otworem przed Tobą. Oj tak, na 200%!
Nie czekaj, by wziąć je w swoje ręce. Nie czekaj już ani dnia. Dni mają tendencję do zmieniania się w tygodnie, miesiące, lata, dekady… Nie pozwól by Twoje życie spadło jak gwiazda, która nigdy nie miała szansy zaświecić.

*

A jak będzie wyglądać Twoje życie za 5, 10, 20 lat, jeżeli wygra strach i złudna wygoda strefy komfortu? I co zrobisz już DZISIAJ, aby tak się nie stało?
Napisz mi swoją wizję w komentarzu. Praca, która najbardziej dotknie mojego serca zostanie nagrodzona PDF mojej książki lub wybranym jadłospisem. To mój prezent dla Ciebie.