Często wspominam w moich wypowiedziach, że nie piję alkoholu.
Wtedy zawsze pojawiają się pytania:
Ania, powiedz, jak to zrobiłaś. Ja próbowałam, ale nie mogę.
Ania, napisz o tym, proszę.

A ja zawsze myślę, że nie mam na ten temat za wiele do powiedzenia. Po prostu przestałam i już.
Nie potrafię rozbić tego na kolejne kroki i, tak jak w przypadku jedzenia – stworzyć łatwy do zreplikowania proces.
Zapytana o radę, przystaję i drapię się po głowie: Co ja mam takiego powiedzieć? Po prostu przestań? Wiem, że oczekujesz ode mnie czegoś bardziej konkretnego.
Dlatego niewiele pisałam do tej pory o alkoholu.

No ale dobra, mogę coś dla Ciebie zrobić.
Opowiem po prostu o moim personalnym doświadczeniu oraz przełomowym wydarzeniu, po którym pożegnałam się z piciem raz na zawsze.
Bo tak, był taki jeden moment, w którym wszystko uległo przewartościowaniu.

*

Tak na serio zaczęłam pić na studiach.
W liceum wpadało czasem jakieś piwko, czy tanie wino, ale tego nawet nie liczę.
Najpierw były imprezy, a potem co raz więcej imprez. Na jednej z nich poznałam mojego pierwszego poważnego chłopaka i co za tym idzie, jego rozrywkową paczkę. Wpadłam w sam środek studenckiego życia.
Niestety zaczęłam pić także w domu. Mój były, zawsze do filmu otwierał piwko i to szybko stało się też moją normą. Jedna puszka na pierwszym roku, dwie na drugim, trzy na trzecim, cztery na czwartym…

Wzrastała moja tolerancja, a alkohol zaczął wychodzić jakoś tak niepostrzeżenie na pierwszy plan.
Wychodziło się z ludźmi by się napić, oglądało się film by się napić, weekend był by się napić…
I nawet jak byłam sama, to też otwierałam sobie browarka dla relaksu.
Aż w końcu zorientowałam się, że piję codziennie od kilku dobrych lat. Ale tak na serio – codziennie.
Nie byłam w stanie przypomnieć sobie dnia bez alkoholu.

Nie to, że mnie to jakoś zmartwiło. W sumie wszyscy moi znajomi tak robili.
(A może jednak nie?)
Z tyłu mojej głowy zaczęła kiełkować myśl, że to chyba nie jest normalne.
Jednak zawsze miałam dla niego gotową odpowiedź:
No ale Ania, daj spokój, masz ważniejsze problemy! Masz hardcorową bulimię, co się będziesz przejmować alkoholem. Jesteś na studiach. Jak skończysz szkołę to przestaniesz. Wyluzuj są juwenalia. Zobacz, każdy się tak bawi.
(Ale czy na pewno?)

W sumie to nawet nie wiem co ja sobie wtedy myślałam. Chyba nie za wiele. Żyłam w jakieś mgiełce, we śnie.
Wiem, że czasami się tym martwiłam, czasami nawet byłam przerażona swoim zachowaniem, gdy rano dopijałam wygazowane piwo, ale nigdy nie na tyle, żeby serio rozważyć rzucenie picia.

Alkohol miał też dla mnie ważną rolę w rozładowywaniu strasu związanego z jedzeniem. Po prostu znosił wszystkie nakazy i zakazy. Fala piwa wlewała się do mojej głowy i rozwalała pieczołowicie budowane tamy, którymi się ograniczałam.
A w cholerę z nimi! Teraz mogę się obżerać bez wyrzutów sumienia, bo jestem pijana i jest mi po prostu WSZYSTKO JEDNO!

Kiedy rozstałam się z chłopakiem i zamieszkałam sama, moim wieczornym zestawem rozrywkowym została góra słodyczy, zgrzewka piwa i film, w połowie którego zasypiałam, albo traciłam wątek z powodu częstych wizyt w toalecie.
Potem spanie do 12.00, Ibuprom i oczekiwanie na kolejny wieczór. Po drodze coś tam trzeba było odwalić – jakieś studia czy praca, ale minimum wysiłku wystarczyło.
Dni upływały mi na niczym, chociaż bardzo starałam się przekonać siebie, że coś wartościowego robię – uczę się, mam swoją firmę…
Chyba mi się to nawet udawało, bo byłam przekonana, że jestem taka super. Gdybym spojrzała prawdzie w oczy i zobaczyła jak w rzeczywistości wygląda moje życie, myślę, że wyskoczyłabym z okna. I nie wiem czy teraz żartuję, czy nie.

*

I tak sobie fruwałam dwa metry nad ziemią jak najebana artystka na trapezie. Wydawało mi się, że jestem taka sprytna, że oszukuję cały system i wygrywam. Aż spadłam na twarz.
W wieku dwudziestu siedmiu lat poznałam mojego obecnego partnera. W ciągu miesiąca wyprowadziłam się za nim do Belgii i dopiero tam zaczęła docierać do mnie cała nędza mojego życia.
Zobaczyłam, że ja nie potrafię nic konkretnego, mam bulimię, piję, palę, nie potrafię obchodzić się z pieniędzmi, mam długi.
Tak już na nikim nie robiła wrażenia moja elokwencja, bo nie znałam języka. Jedyna praca jaką z łaski mogłam dostać, to sprzątanie lub knajpa. Mocna konfrontacja z rzeczywistością.
Zrozumiałam, że natychmiast muszę coś z tym zrobić, albo… nie wiem co.

Wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo zależna od alkoholu jestem.
Mój Toon, nie jest taki jak mój były – nie otwierał piwka do telewizji. Dla mnie był to szok. Myślała, że każdy facet tak robi.
Kiedy na początku proponowałam pójście po browar – bo przecież zaraz rozsiadamy się na kanapie – patrzył na mnie jak na kosmitkę; Ale po co pić? Przecież oglądamy film. Pije się w barze, w sobotę, ze znajomymi. No co ty?

Pamiętam jakie napięcie to we mnie wywoływało: Jak to, wieczór bez alkoholu?
Ale wiedziałam, że ma racje i było mi wstyd. Potem jakoś mi przeszło i zaakceptowałam fakt, że nie pije się przed telewizorem.
Jednak dalej powtarzałam swoje weekendowe wyskoki. Piłam całą noc, kiedy mój chłopak jechał do domu na weekend, a ja zostawałam sama w mieszkaniu.
Do północy pracowałam w barze, a po zamknięciu szło się z kolegami do konkurencji naprzeciwko.
Wracałam o czwartej nad ranem, kompletnie zalana. Wstępowałam do nocnego sklepu i za kosmiczną kasę kupowałam żarcie. W Belgii nocne sklepy są trzy razy droższe niż te normalne. A te z kolei są trzy razy droższe niż te w Polsce. A więc policz sobie ile to mogło być pieniędzy…
Pomogę Ci: Moja cała dniówka plus napiwki.
Nie obchodziło mnie to.
Mój chłopak nie mógł się nadziwić, że tak ciężko pracuję, a w ogóle nie przybywa mi żadnych pieniędzy na koncie. Były poważne rozmowy i płacze, ale nie potrafiłam mu powiedzieć co z nimi robię… Wszystko przejedzone i przepite.
Związałeś się człowieku z totalną kretynką.

Zastanawiające jednak, że nawet wtedy, nigdy nie myślałam o sobie jak o alkoholiczce.
Zaczęłam, kiedy zobaczyłam jedną scenę z filmu „The Imaginarium of Doctor Parnassus”: bohater ze karę wpada do morza pustych butelek, które w swoim życiu opróżnił. I tonie w nich.
Pomyślałam: Mój Boże, ja też bym utonęła w swoich.
Wtedy po raz pierwszy stwierdziłam, że na serio trzeba przestać.
Ale nie podjęłam ku temu żadnych konkretnych kroków.
Jedyne co się zmieniło to to, że od tej pory zawsze jak piłam, miałam wyrzuty sumienia.

*

Wszystko sobie tak trwało w najlepsze, dopóki któregoś pięknego dnia, nie postanowiłam rzucić tę cholerną bulimię.
Nie będę się teraz nad tym rozwodzić, bo o tym jest cały ten blog.
Dość powiedzieć, że jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Wtedy też zrozumiałam, że jeżeli na zawsze chcę być wolna od kompulsywnego jedzenia, nie mogę więcej pić.
Wiedziałam, że to mi nie służy; powoduje wpadki, rozstraja mnie. Do tego zmienia się mój stan emocjonalny; zaczynam płakać, albo robię się werbalnie agresywna. No i to poczucie bezkarności wobec jedzenia: Ja mam z tym problem? A gdzie tam! Hahaha!
Czułam, że przez to stoję w miejscu, więc po raz pierwszy mocno ograniczyłam alkohol.
Jednak nie mogłam skończyć z nim zupełnie.
Potrafiłam nie pić przez kilka miesięcy, ale zawsze było to na dupościsku, z poczuciem, że coś tracę.
A potem nagle ni z gruchy ni z pietruchy stwierdzałam że Przecież to tylko jedna lampka wina, nic się nie stanie.
I wszystko zaczynało się na nowo.

Aż do maja zeszłego roku.
Wypiłam na koncercie kilka browarów, zjadłam za dużą paczkę frytek i po raz pierwszy od wielu miesięcy, na poważnie przemknęła mi myśl, żeby się tego pozbyć z żołądka.
Przestraszyłam się.
Nie po to władowałam tyle pracy w wychodzenie z wilka i w mój blog, żeby pokonała mnie puszka piwa!

Następnego dnia tak się złożyło, że leciałam do Hiszpanii odwiedzić przyjaciółkę. Zaopatrzyłam się lekturę na podróż. Ktoś kilka dni wcześniej polecił mi „Nową Ziemię” Eckharta Tolle.
Jest to książka – uwaga – o przebudzeniu duchowym.
Cokolwiek sobie teraz myślisz, to nie, nie jestem nawiedzona.
Po prostu interesują mnie tematy medytacji i świadomego życia. Może dlatego, że tak długo żyłam jak we śnie?

Książka wciągnęła mnie po uszy. (Potem przeczytałam ją jeszcze kilka razy)
I tak siedząc w samolocie, ponad linią chmur, znalazłam w niej kilka zdań, które na zawsze zmieniły moje życie.
Nie przytoczę ich tutaj dokładnie, ale sens był mniej więcej taki:
Alkohol cofa cię do poziomu świadomości zwierzęcia, które działa pod wpływem pierwotnych impulsów i instynktów. Jest to stan, który ludzie opuścili setki tysięcy lat temu.

Ta prawda walnęła mnie między oczy jak obuch.
To ja tu staram się żyć w pełni świadomie i odpowiedzialnie, a raz na czas schodzę do poziomu troglodyty? Małpoluda??? Ooooooo nie! NIGDY więcej!

I przestałam.

Mój T. jakoś nie chciał wierzyć moim zapewnieniom, że to koniec, bo słyszał je już setki razy. Ja zaś wiedziałam, że teraz jest inaczej.
Po prostu zamknęła mi się w głowie raz na zawsze jakaś klapka. Wiem, że tak samo będę się czuła wobec alkoholu i jutro i za miesiąc i za dziesięć lat. To jest wewnętrzna pewność.
Taka sama jak pewność, że nigdy nie zwymiotuję, nie zapalę papierosa, nie wstrzyknę sobie heroiny, nie zabiję człowieka itd.

Jak to wygląda w praktyce?
Kiedyś próbowałam nie pić. Mówiłam głośno: Ja nie piję alkoholu, a w sercu dodawałam ale chciałabym go pić . Czułam boleśnie, że jest mi coś odebrane; jakieś doświadczenie, miły wieczór ze znajomymi, przyjemne szumienie w głowie.
Nie piję, ale żałuję.

A teraz, nie piję tak po prostu.
W ogóle się nad tym nie zastanawiam. Nie ma we mnie ani jednej myśli, żeby to zrobić.
A jeżeli już się pojawia na zasadzie a co by było gdybym teraz zamówiła wino zamiast mineralnej, od razu wyobrażam sobie te wszystkie okropne konsekwencje: kłótnie z chłopakiem, ból głowy, kac, opuchnięta twarz.
Ble.

Myślę, że ten przełom, którego doświadczyłam, polegał na ostatecznym zrozumieniu, że koszty jakie ponoszę pijąc alkohol, dawno przekroczyły wynikające z tego korzyści.
A szale przeważyło te kilka zdań z książki.

Więc jak widzisz, nie mam dla Ciebie jakiejś złotej rady. To jest po prostu moje doświadczenie.
Nie wiem, czy możesz się utożsamić z tym co piszę, ale mam nadzieję, że chociaż trochę będzie to pomocne.

Daj mi znać jak wygląda Twoja relacja z alkoholem. Czy też sprawia Ci tyle problemów?

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

Zawsze możesz też do mnie napisać: wilczoglodna@gmail.com