Przychodzi baba z papierową torbą na głowie do lekarza.
Tak się składa, że to Ty jesteś tym lekarzem i patrzysz z zainteresowaniem na swojego niezwykłego gościa.
W czym mogę Pani pomóc? – pytasz delikatnie, obserwując jak biedaczka kołysze się niepewnie w stronę Twojego biurka, macając przed sobą drogę.
W końcu udaje jej się znaleźć krzesło, na które ciężko opada.

– Pani doktor– zaczyna baba. Moje życie to koszmar. Ciągle potykam się i upadam. Ciągle boleśnie obijam się o sprzęty i błądzę po omacku. Czy może mi Pani pomóc opracować najlepszą z możliwych strategii poruszania się po życiu, tak by ciągle nie cierpieć? Czy możemy razem stworzyć mapę tego potwornego świata, abym wiedziała, dokąd iść, a dokąd nie?

Stopklatka.

I teraz pytanie; co robisz? Pomagasz pacjentce, próbując sprostać jej – w końcu całkiem sensownej -prośbie. (No przecież każdy kto się ciągle rani, chciałby trochę spokoju, a unikanie przeszkód wydaje się tu słuszną strategią.) Czy cała Twoja pomoc zajmuje pięć sekund, bo mówisz jej oczywistą rzecz?
Zdejmie Pani tę torbę z głowy, to Pani sama zobaczy, jak się poruszać po świecie bez ciągłego wpadania na bolesne przeszkody.

*

Taką wizję miałam kilka tygodni temu, kiedy na mój mentoring przyszła Marta, kolejna poobijana życiowo kobieta. Jej kłopot polegał na tym, że moja od lat podjadała wszystko, co wpadło jej w rękę, co oczywiście powodowało tycie.
Zaczęło się to – jak w większości przypadków – od diet. Potem zaś przerodziło się to w nawyk (nie stwierdziłam, żeby Marta głodziła się czy specjalnie ograniczała), podparty przeświadczeniem, że „to jest jedyna przyjemność w jej życiu” oraz że problem z jedzeniem przechodzi u niej z pokolenia na pokolenie, no i jak ona ma niby wyrwać coś, co wrośnięte jest w nią całym drzewem genealogicznym?
Zresztą, skoro rodzice byli otyli i powtarzali jej całe życie, że ona też ma takie geny i skoro całe życie faktycznie tak było, to chyba mieli rację, prawda?

Marta więc – w swoim najgłębszym przekonaniu – SKAZANA była już od kołyski na koszmar bezsensownego podjadania kanapek od swoich dzieci i wiecznego niezadowolenia.
Aby się od tego uwolnić musiałaby przecież wykonać tytaniczną pracę nad sobą, swoją przeszłością, relacjami i generalnie całym życiem. Dopóki tego nie zrobi – kanapki ma jak w banku.

To potwierdziła też jej psycholog, do której chodziła przez dłuższy czas: Pani problem jest tak zakorzeniony i powstawał tak długo, że długo będzie go Pani rozwiązywać.
No ma to sens, prawda? Długo na coś pracowałaś – długo będziesz to odkręcać. Stwórzmy więc strategię poruszania się po tym labiryncie, tak by za kilka lat trafić w końcu do wyjścia – trzy kroki do przodu, dwa kroki w tył, trzy kroki do przodu, ściana, dwa kroki w tył.

No i Marta chodziła tak po omacku, próbując uciec od szalejącego Minotaura swojej przeszłości. Niestety z marnym skutkiem. Przecież jeden maluczki człowiek nie ogarnie emocji czy dynamiki rodziny, która cały problem „stworzyła”. I to jeszcze mając na głowie swoją własną poranioną psychikę, własną rodzinę, pracę i obowiązki. W takiej sytuacji to i Herkules dupa.
Raz po raz przegrywała więc z „rzeczywistością” i wpadając z całym impetem na kuchenny stół, wyjadła wszystko co się na nim znajdowało.
Jedzenie to jedyna przyjemność, jaka mi została – do świeżej rany przykładała jak kompres, swoją odwieczną mantrę – pocieszycielkę.

 

myśli

*

Aż w końcu trafiła do mnie. Na początku wyznała mi, że już właściwie nie liczy na cud, na który – jak później wywnioskowałam – czekała przez całe życie, ale możemy spróbować.
Szczerze, gdybym była na jej miejscu, to też już bym raczej nie miała złudzeń. Jej węzeł gordyjski był za bardzo zasupłany, a sytuacja po prostu „beznadziejna”.

Zdziwiła się więc bardzo, gdy moja pomoc okazała się taka prosta. Nie dałam jej żadnych technik do stosowania, nie nauczyłam jej magicznych sposobów. Po prostu zwróciłam uwagę na fakt, że ma ona właśnie taką papierową torbę na głowie i czas ją zdjąć. Wtedy sama zobaczy, co ma „robić”, o ile jest tu coś do zrobienia. Bo moim zdaniem to raczej nie ma tego wiele.

I teraz uwaga, będzie szokująco: Jedyne co trzeba faktycznie zrobić, to nie sięgać po te kanapki i kropka, bez dodawania żadnych „ale”; „ale ja muszę, bo rodzice…”, „ale to moja jedyna przyjemność…”, „ale przecież nie rozwiąże w dwa dni czegoś, co zbierało mi się przez całe życie…”.

Bo właśnie te wszystkie „ale”, to ta papierowa torba. To przekonania, które oplatają Twoje oczy tak ciasno, że nic nie widzisz – a które od A do Z są z-myślone (zrobione z myśli).
I nie, nie zrozum mnie źle. Ja wiem, że naprawdę miałaś przerąbane dzieciństwo i naprawdę Twoje życie nie jest teraz usłane różami, ale przekonanie, że MUSISZ się PRZEZ TO, TERAZ objadać to ABSURD. Skonstruowany chyba jeszcze przez poprzednie pokolenie, zainstalowany w Twojej głowie i pielęgnowany latami absurd!

Równie dobrze, mogłaś się narkotyzować, pić, palić, dostawać histerii czy być kompulsywnym zbieraczem, w reakcji na trudną sytuację. (Zbieranie szpargałów to moja jedyna przyjemność w życiu!). Ty arbitralnie (lub z pomocą rodziny, jak kto woli) stworzyłaś sobie problem z jedzeniem.
Ale tak REALNIE, to tego nie ma, rozumiesz? To nie jest guz mózgu, który uciska Ci na ośrodek sytości i będzie widać go na skanie. To „tylko” gruby papier myśli – ale wciąż jednak papier. Możesz go w tej chwili zerwać i zobaczyć prostą prawdę.

A brzmi ona tak: Mogę ZDECYDOWAĆ, że nie biorę tej kanapki i już. Zawsze miałam, mam i będę mieć taki WYBÓR i to JA jestem za niego w stu procentach odpowiedzialna – nie zaś moja neurotyczna matka czy kontrolujący (często zza grobu) ojciec.
Jeżeli JA postanowię, że nie wkładam tego jedzenia do buzi, to NIKT mi go tam siłą nie wciśnie. Nie jestem marionetką poruszaną przez cokolwiek czy kogokolwiek.

Nie muszę czekać na cud, Boską interwencję, ani zabierać się za rozwiązanie wszystkich swoich problemów, w nadziei, że kiedy to zrobię, moja ręka nie wyciągnie się po jedzenie.
Bo ja już tu i teraz, tak jak stoję, mogę zdecydować inaczej.

Czy to będzie bolało? Pewnie tak. Jak się coś robiło latami, to bardzo niekomfortowo jest nagle przestać. Ale czy to mnie zabije? No oczywiście, że nie. Prędzej zabiją Cie wahania cukru czy depresja spowodowana „przymusowym” robieniem czegoś, czego nie chcesz robić.
Niewykonanie nawykowej czynności poboli, poboli i przejdzie.
Wykonanie jej, będzie kłuło przez całe życie, każdego dnia, do samego końca.

*

Po kilku dniach naszej pracy Marta załapała, to co chciałam jej przekazać. WOW, ja nie MUSZĘ tego jeść? Ja MOGĘ tego nie robić MIMO całego mojego życia, które mi się przytrafiło? Pomimo mamy, taty i tego, że tak wiele „metod” zawiodło? Pomimo WSZYSTKO? Noo ok, to… nie jem!
Nie jestem ślepcem potrzebującym dokładnej strategii i techniki. Jestem osobą, która widzi doskonale, tylko do tej pory miałam zasłonięte własnymi przekonaniami oczy.

Czy Marta już nigdy nie sięgnie po te nieszczęsne kanapki? Może i sięgnie, ale świadomość, że to zawsze jest jej odpowiedzialność, zrobi tu gigantyczną różnicę. Przecież zawsze „dostępne” będzie dla niej „nie-sięgnięcie” i postawienie po tym kropki. I to bez dodawania niczego po przecinku, na przykład tego: „ale skoro raz zawaliłam, to znaczy, że z tego nie wyszłam i muszę objadać się do końca życia”.
Bo widzieć znaczy wiedzieć – wiedzieć, gdzie są przeszkody i gdzie dla własnego dobra, lepiej się nie pakować.

Czy to wszystko znaczy, że „uleczyłam” Martę? Absolutnie nie. A wiesz, dlaczego? Bo tu nie było czego „leczyć”. Tu trzeba było tylko ZOBACZYĆ – zobaczyć prawdę, która siedziała jej przed nosem przez całe życie.

Pani zdejmie tę torbę z głowy, co?
I jak? Lepiej?

*

Jeżeli oburza Cię moja sugestia, że Twój problem może być z-myślony (powstały z myśli, a nie z obiektywnych faktów, na przykład z przeszłości), proszę przemyśl to jeszcze raz, przeczytaj jeszcze raz, prześpij się z tym tekstem lub zadaj mi pytanie. Mam gorącą nadzieję, że ty też  zobaczysz to, co ja widzę na pierwszy rzut oka; poza klatką naszych arbitralnych przekonań i wierzeń, wszyscy jesteśmy wolni – już teraz, zawsze i na zawsze.