Cześć,

Jestem Monika mam 25 lat i po 6 latach codziennego wymiotowania, nie robię tego od 2 tygodni. To mój gigantyczny sukces.
Sześć lat ogromnej męki, w zasadzie utraty znajomych, niezdana matura z matematyki. Nie byłam w stanie ogarnąć i matury i egzaminu zawodowego, bo w mojej głowie była wyłącznie to aby NIE ZJEŚĆ a jeśli zjeść, to jogurt naturalny z rodzynkami. A potem iść na 2 godziny na siłownię. Myślę, że widząc mnie na siłowni każdy wiedział o co chodzi, a tylko ja myślałam, że nikt nie wie.

Zaczęło się od anoreksji,a potem przeszło w bulimię, tak że wszystko co jadłam wymiotowałam, dosłownie nawet kawę. Potem jadłam co dozwolone, czyli około 1000 kcal, a resztę wymiotowałam. I tu oczywiście mordercze treningi na siłowni. Zwykły internista widział rażąca niedowagę, ja zaś chciałam schudnąć.

Byłam u miliona psychiatrów oceniana jako przypadek beznadziejny, kierowana do szpitala na pół roku w zamknięciu (oczywiście wizyty nie odbyłam). Stawiano mi milion diagnoz; a to depresja, a to nerwica natręctw, borderline – wszystko co najgorsze. Psychiatrzy dawali mi leki, ale oczywiście ja, jak typowy anorektyk szukałam pierwsze co w ulotce czego? Skutek uboczny – zwiększony apetyt. Lek automatycznie odpadał. Te leki, które brałam nigdy mi nie pomogły. Oczywiście były to standardowe inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny.

Czytałam książki Ani, posty na blogu. Czytałam wasze wszystkie problemy, komentarze. Czytałam widząc w was swoje odbicie lustrzane i z przerażeniem patrzyłam jak nas dużo ,jak bardzo to jest straszne; dziewczyny w przeróżnym wieku, niektóre dziewczynki…
Zawsze chciałam mieć córkę, ale oczywiście co pierwsze przychodzi na myśl? A co jeśli przejmie to po mnie? Ból straszny, bo mam młodszego brata który ma 11 lat i on już łapał moje dziwne zachowania: A przytyłem, a tego nie zjem. Wtedy zaczęłam udawać przy nim normalną.

Przerobiłam w tym czasie kilka związków. W każdym był porażka. Moje “coś”, nie pozwalało mi zbudować nic normalnego. Do restauracji? Nieee. Na lody? Nieee.
Aktualny stan mojego związku narzeczeńskiego jest totalnie beznadziejny (to ważne bo złe sytuacje mają wpływ na nasze zaburzenie).
Wiem, że wchodziłam w chore związki tylko dlatego, że bałam się samotności i nikt mnie nie będzie chciał, jak się dowie co ja robię.

Wymiotowałam dosłownie codziennie, niekiedy po każdym posiłku czy piciu, bo było za dużo w brzuchu. Miałam okropne bóle tego brzucha, gardła, ciągłą chrypkę i non stop doświadczałam hipoglikemii. Oczywiście wtedy sięgałam po cukier w jakiejkolwiek formie, po czym znów wymiotowałam.
Worki pod oczami towarzyszyły mi na co dzień, spuchnięte nogi, 12 godzin pracy codziennie i skąd miałam siłę? Nie wiem.

A teraz najważniejsze. Pewnego dnia, mianowicie dwa tygodnie temu, wstałam rano i miałam w głowie, że będę jeść i koniec z wymiotowaniem. Przyszło to naturalnie. Jak ziewanie gdy jest się śpiącym.
I wiecie co? Tak jest. Wstaję, jem, żyję.

Czuje się lepiej, wyglądam lepiej, CZUJE SIĘ ŁADNA, chce mi się żyć dosłownie. Jestem dużo bardziej pewna siebie, więcej robię za dnia. Ciało się zmienia na plus. Brzuch nie boli, nie tyję.

Co bardzo ważne; przestałam się użalać nad swoim ,beznadziejnym losem. Teraz rozumiem, że wszystko jest w naszych rękach.
I tak, liczę się z tym, że mogą być gorsze chwile, ale tamtego dnia poczułam jakby coś ze mnie spadło. Nagle niewymiotowanie jest dla mnie lekkie, nie czuje dzikiego popędu na jedzenie.Przychodzi mi czasem na myśl coś złego, ale mój mózg automatycznie robi “delete” tej myśli.

Kiedyś, czytałam książkę i posty Ani i myślałam, że to nierealne. Tak samemu? Jak ona to zrobiła? A tu proszę! Wszystko jest możliwe.

Trzymajcie się dziewczynki i nie dawajcie się, bo życie jest piękne. Im bardziej się kochacie, szanujecie swoje ciało tym ono jest piękniejsze!
Bierzcie do serca to co pisze Ania.

Dziękuje Aniu

*

Po dwóch kolejnych tygodniach:

Dodam Ci tylko, że dalej jest super. Moja twarz nabrała dawnych kształtów. Chomik zniknął i moje rysy są dużo bardziej wyraźne. Nie wyobrażam sobie wymiotować. Jadłam dzisiaj czekoladę i nic! I butter chicken na obiad i też nic! Zjedzone – strawione. Trzymam się wyśmienicie!