Ostatnio pod postem z kolejnym świadectwem – tym razem Basi – pojawiła się sugestia, abym raczej publikowała tam relacje osób, które z ED już wyszły, a nie dopiero wychodzą. Autorka zauważa, że świadectwo kogoś, kto dopiero od trzech tygodni „jest zdrowy” nie jest jeszcze wiarygodne. Wszak takiej osobie wciąż zdarzają się wpadki, potknięcia i w ogóle to jeszcze nie to. Może zacytuję tu komentarz o którym mowa, żeby nie było, że coś przekręciłam.

Piękny list i życzę wszystkiego dobrego autorce oraz zazdroszczę zobaczenia Islandii (to jeszcze przede mną). Niemniej jednak chciałam się podzielić pewnym spostrzeżeniem.
Sama jestem osobą już kilka lat po ED, w głowie spokój i chciałabym powiedzieć tyle, że stawiając się na miejscu dziewczyn jeszcze walczących, mam trochę zastrzeżeń co do tej serii.
Pomysł super, między wierszami przekazywane naprawdę fajne wartości inne niż jedzenie, ale Anula no. Na blogu niejednokrotnie wspominasz o naprawdę ciężkich przypadkach na mentoringu, o kobietach starszych, chorych w wyniku ED, którym się udało. Natomiast w tej serii pojawiają się przede wszystkim historie dziewczyn, które są może na dobrej drodze, już prawie wyszły, ale jednak trudno powiedzieć, że ich zachowanie jest zupełnie ok.
Piszą tutaj o tym, że znów się co prawda objadły, ale już znają mądrości z bloga/książki/mentoringu i będzie dobrze. I ja im tego z całego serducha życzę, ale myślę, że na dziewczyny, które widuję, kiedy czasem jeszcze wpadam na Stado, które piszą o nawrotach i poczuciu beznadziei po kilku miesiącach czy nawet ponad roku spokoju mogą poczuć się zdemotywowane i traktowane po macoszemu.
Zresztą – zdarzają się tutaj niemiłe dla autorek komentarze w stylu „wróć za trzy lata to pogadamy”. I jakkolwiek brzmi to źle – rozumiem ten jad w stosunku do dziewczyny, która jest pewna, że już jest zdrowa, ale dopiero od trzech tygodni. Pomyśl Aniu, czy nie warto poprosić o napisanie świadectwa dziewczyny, którą miałaś na mentoringu kilka lat temu chociażby? Czy nie byłoby to bardziej motywujące?

Tak, to co opisuję to na pewno nie jest „ideał” – tu przyznam autorce rację, ale wyjaśnię też, dlaczego publikuję tutaj właśnie takie świadectwa.
Robię to, aby pokazać, jak wygląda proces wychodzenia z tego gówna. Bo to, jak wygląda rezultat końcowy, każdy wie; jesz i zapominasz. To tyle.

Kiedy czasami zagaduję swoje mentee sprzed lat, zawsze mówią mi co u nich słychać – u nich w życiu, w sensie.
– A jak z jedzeniem? – dopytuję wtedy.
– A jedzenie spoko.
I na tym się ten temat kończy.

Gdybym poprosiła taką osobę o napisanie świadectwa, to brzmiałoby ono mniej więcej tak:

„Droga Aniu,
Donoszę, że z  jedzeniem gites.
Twoja X”

Po czym ewentualnie pojawiłby się opis tego, jak się doszło do takiego momentu. Czyli co by powstało? Dokładnie taki sam tekst, jakie publikuję teraz w serii „Niedziela bez wilka”.
Bo ja właśnie w tej serii pokazuję nic innego jak PROCES jaki MUSI SIĘ ODBYĆ, aby z tego wyjść. I o to mi tu chodzi!

Bo wcale nie musisz odhaczyć wszystkich „symptomów normalności”, aby móc powiedzieć „No! Teraz to w końcu wyszłam z zaburzeń.” Nawet jeżeli ciągle masz wpadki i potknięcia, ale każdego dnia robisz to co właściwe i trwasz w swojej decyzji – to wyjście z ED jest tylko kwestią czasu.

Zresztą zastanów się, co sobie pomyśli osoba jeszcze „walcząca” (o tym terminie też niedługo będzie post), kiedy porówna się z kimś wolnym od bulimii od lat? „O Boże, jestem taka beznadziejna! Niby jem normalnie i nie wymiotuję, ale ciągle jeszcze mam myśli, by się obżerać, a ona w ogóle tych myśli nie ma!
No idzie się zdemotywować, prawda? A przecież to totalnie normalne, że myśli są i jeszcze długo będą.

Publikując właśnie takie niedoskonałe świadectwa, mam ciągle w pamięci, że ogromny odsetek wilczyc to PERFEKCJONISTKI. Większość z nas wpadła w zaburzenia odżywiania właśnie z powodu tej cechy. No bo jak coś robić, to na maksa. Jak się odchudzać, to nie że trochę mniej słodyczy i woda zamiast coli, ale z grubej rury -dieta 1000 kcal i ZERO cukru!
Brzmi znajomo, co?

No więc tym perfekcjonistkom wydaje się, że zdrowienie to proces od punktu A do punktu B. Dzisiaj jest ch***wo, a jutro będzie idealne.
Nie! To podróż z punktu A do punktu Z, a po drodze masz jeszcze B, C, D, E, F itd.
I tam właśnie są nasze „świeżynki” – w punkcie przejścia z jednej mentalności w drugą.
One idą każdego dnia dalej, NAWET jeżeli objadły się w święta czy miały gorszy tydzień. I to jest w tym najważniejsze. To jest ten komunikat, który chcę przekazać każdej z was: wracanie do równowagi to proces pełen upadków, ale NIGDY porażek.

Ja osobiście wywaliłam się tysiące razy. Ile razy się przeżarłam, ile razy się jeszcze upiłam (z tym też miałam problem), ile razy robiłam cyrk, że nie zjadłam, a przecież już po mojej godzinie. Albo odwrotnie – że nie zjem, bo mam „abstynencję” i wolę kurwa zemdleć, niż ją złamać. Ile razy robiła dziwne, głupie czy absurdalne rzeczy, które – umówmy się – nikt normalny nie robi? Tego nawet nie zliczę!
A działo się to wszystko, kiedy pisałam już tego bloga. Popełniałam błędy i pisałam o nich.

Bo ja sama szłam tą samą drogą co Ty, przewracając się i płacząc i wstając i przewracając się znowu.
Wiedziałam jednak jedno – choćby nie wiem co, ja już nigdy w życiu nie zwymiotuję. Bo może i nie potrafię jeszcze jeść normalnie, ale no to akurat mam wpływ.
No nie?
I też byłam kiedyś „zdrowa” dopiero od trzech tygodni.

A czy teraz jest już idealnie? Tego nie wiem. Pewnie można się do czegoś przyczepić.
Pomyślę przecież czasami „po cholerę tyle zjadłam” albo „o matko, ale mam wielką dupę”. A może osoba, która wyszła z bulimii na milion procent, już nigdy tak nie mówi?
Nie wiem, ale… co z tego? Przecież to nic nie znaczy.

Zresztą pewnie nadejdzie taki moment, że nie będę tak myśleć zupełnie, ale wtedy będę miała może 70 lat. Trochę szkoda byłoby tyle czekać ze spisaniem mojego świadectwa w formie tego bloga.