Kochana Aniu, kochane Wilczyce!

Przyszedł i czas na mnie i moje świadectwo.

Aniu, po pierwsze, jeszcze raz chcę podziękować za to, że się mną zaopiekowałaś, za to jak dużo czasu poświęciłaś mojej osobie, jak dużo cierpliwości miałaś, gdy początkowo miałam tak wiele pytań i wątpliwości… Za tłumaczenie wszystkiego, nawet po kilka razy, szczególnie wyjaśnianie o co chodzi z tymi myślami. Pod koniec mentoringu w końcu to zrozumiałam, a byłam przekonana, że ja akurat tego nie załapię…

No właśnie. Wydawało mi się, że próbowałam już wszystkiego. Szpital psychiatryczny, terapia, jedna, druga, trzecia; prywatny ośrodek dla kobiet zmagających się z zaburzeniami odżywiania…

Później kolejne cztery ośrodki, bo anoreksja i bulimia przestały wystarczać i ulgi zaczęłam szukać również w alkoholu i narkotykach, od których się uzależniłam. Początkowo piłam, bo alkohol pomagał mi w pozbyciu się wyrzutów sumienia po spożywanym jedzeniu. Poza tym uważałam, że podkreśla on jego smak. Później już zwyczajem stało się wypicie dwóch- trzech piw przed posiłkiem. Inaczej byłam zbyt zblokowana i nie pozwalałam sobie na zjedzenie. Po jakimś czasie odkryłam narkotyki, których zażywanie też ściśle związane było z zaburzeniami odżywiania- uroiłam sobie w głowie, że znalazłam antidotum na bulimię, bo nie czuję głodu, więc przynajmniej „nie żrę i nie rzygam”. Szybciutko znalazłam się na dnie, od którego sama nie potrafiłam się odbić. Narkotyki, alkohol, bulimia, smutek, samotność, zwątpienie, złość- tak wyglądało moje życie.

W końcu na mojej krętej drodze, stanęła osoba należąca do wspólnoty AA i pomogła mi wyjść z tego bagna. Stał się cud, bo z dnia na dzień przestałam pić i ćpać. Było to półtorej roku temu. Podjęłam decyzję, że chcę zerwać z nałogiem i zrobię absolutnie wszystko, aby do niego nie wrócić.

Narodziłam się na nowo, zaczęłam swoje życie od początku, z czystą kartą. Zaczęłam odzyskiwać siebie i generalnie wszystko, poza jednym, zaczęło się układać. Wszystko poza bulimią, w której tkwiłam dalej. Spotykałam się z psychoterapeutką. Jednak sesje nie miały żadnego wpływu na moje zdrowienie. Czytałam też Twojego bloga i jedynie tutaj znajdywałam sensowne rozwiązania. Ale… nie potrafiłam wprowadzić ich w swoje życie. Czułam się bezsilna i bezradna. Nawet już zaczęłam godzić się z myślą, że z bulimii po prostu nigdy nie wyjdę. Ale z drugiej strony czułam, że aby poczuć całkowitą wolność, muszę uporać się z zaburzeniami odżywiania.

Nad mentoringiem zastanawiałam się jakieś 8 miesięcy. Moja Siła Wyższa podpowiadała mi, żebym zaryzykowała, że muszę próbować i nie mogę się poddawać, że wyszłam z jednego bagna to i z drugim zakończę. Jednak moje chore, nałogowe myślenie powodowało, że zamiast napisać do Ciebie i poprosić o pomoc, wciąż lądowałam z głową w kiblu.

W końcu byłam na tyle zmęczona tym, że wszystko kręci się wokół jedzenia i postanowiłam: daję sobie jeszcze jedną szansę. Poprosiłam Cię o mentoring, w pełni Ci ZAUFAŁAM i teraz wiem, że to było DOKŁADNIE TO czego mi brakowało.

Kiedy rozmawiałyśmy pierwszy raz, byłam sfiksowana na punkcie swojej osoby, swojego ciała, twarzy, która wiecznie wydawała być się opuchnięta i w ogóle nie taka, jak bym chciała. Byłam zlękniona i pozbawiona pewności siebie, bałam się wyrażać swoje zdanie, bałam się w ogóle je posiadać! Teraz jak patrzę na tamtą siebie, widzę małą, zagubioną dziewczynkę.

Dzięki Tobie, przeszłam niesamowitą metamorfozę i stałam się pewną siebie kobietą! Czuję to wewnątrz siebie.

Dzięki Twojej pomocy odzyskałam normalną relację z jedzeniem. Przede wszystkim, zaczęłam zaprzyjaźniać się ze swoim ciałem i słuchać tego, co ma mi do powiedzenia: zwiększyłam podaż kalorii, przełamałam się do bardziej obfitych śniadań i niebiałkowych kolacji. Zaczęłam też jeść produkty do tej pory „zakazane”, dzięki czemu moje posiłki przestały być monotonne. I nagle, napady na jedzenie cudownie ustały!

Dzięki temu, z dnia na dzień miałam coraz więcej siły, energii, wigoru, dlatego też zapisałam się na siłownię, która wkrótce została zamknięta przez koronowirusa, ale ja nie zaprzestałam treningów. W końcu ćwiczę, bo mam na to chęć, nie traktuję tego jako przymus czy karę.

Widzę, jak zmienia się moje ciało. Zaczynam mieć kształty. Zaczynam wyglądać jak kobieta, w końcu mój tyłek przestaje być płaski. W dodatku… moja twarz nie jest wiecznie opuchnięta! I nigdy taka nie była! No, chyba, że po napadzie… Jednak to nie moja twarz się magicznie zmieniła, tylko moje myślenie na ten temat. Czyli to, co było najtrudniejsze i co wydawało się być nie do przeskoczenia. Pokazałaś mi, że myśli są TYLKO a nie AŻ wytworem mojej wyobraźni. Dzięki Tobie, przestałam nadawać im tak wielkie znaczenie. Teraz, kiedy w mojej głowie pojawiają się jakieś głupie, bulimiczne myśli, coraz częściej udaje mi się je zbyć. Czasem jeszcze traktuję je zbyt serio, ale wiem, że jestem na dobrej drodze, zrozumiałam to w końcu całą sobą, nie tylko rozumem, ale duchem.

Teraz czuję się wartościową kobietą, piękną wewnątrz i na zewnątrz. Mam prawo do czerpania satysfakcji z życia, do radości, uśmiechu, ale też do smutku czy niepewności, bo jestem człowiekiem. Wcale nie muszę i nie chcę być już wymagającą od siebie absurdów perfekcjonistką. Użalanie się nad sobą zamieniłam na wdzięczność. Naprawdę mam za co być wdzięczna. Po 10 latach tułaczki, wróciłam do domu, wróciłam do prawdziwej siebie. I absolutnie niczego nie muszę na siłę zmieniać.

Paulina

*

Chcesz doświadczyć takiej przemiany jak Paulina? Zapisz się na mój mentoring.