Aniu,

Zrobiłam Twój kurs! Jesteś niezwykła! Hmm ośmielę się powiedzieć, że jesteś geniuszem, bo sama dokonałaś czegoś niemożliwego i jeszcze masz taką siłę przekazu, że skutecznie podajesz to dalej. To co piszesz na blogu i w książkach uwolniło mnie.

Wychodzę z kompulsji, a myślałam, że nigdy się to nie stanie. W mojej głowie, w kwestii jedzenia zapanował błogi spokój i jasność, za którą tak strasznie tęskniłam.

Dziękuję Ci Aniu za jadłospisy. Ze wszystkich, które mam korzystam namiętnie mieszając klasyczne, wegetariańskiewegańskie. Są pyszne!

Życzę Ci wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że cały Wszechświat Ci wynagrodzi to, co dobrego robisz.

A oto świadectwo mojej drogi do zdrowia.

Jako dziewczynka byłam zwinna, szczęśliwa, beztroska, bardzo kochana no i zawsze lekko pulchna – ot taki okrągły brzuszek i pyzata roześmiana buzia. Po prostu to byłam ja, ze swoim tłuszczykiem.
Nie było w tym nic złego ani dobrego, tak jak nie mogło być nic złego w kolorze moich oczu, czy kształcie nosa. Tak, to wtedy czułam taki błogi stan, który trwał mniej więcej do 6 roku mojego życia.

Aż zupełnie niechcący podrzucono mi małe, niewinne wilcze szczeniątko. Miało to miejsce, gdy wróciwszy z wakacji zaczęłam często słyszeć takie komentarze na swój temat: ,,O, jak ona zeszczuplała!”, ,,Jaka chudzinka się zrobiła!”, ,,Tak, dużo biegała i pływała, woda z niej wyciągnęła”.

I wtedy w mojej głowie zapaliła się lampeczka ,, Hmm, co ja zrobiłam? Zeszczuplałam? I co to w ogóle znaczy? Że wcześniej było nie tak, a teraz jest lepiej?” Wtedy się jeszcze tego nie dowiedziałam i radośnie odzyskałam swój tłuszczyk po powrocie do szkoły.

Ale Wilczek został i zawył wygłodniale, gdy zaczęłam dojrzewać. Wtedy zrozumiałam, o co chodzi z tym zeszczupleniem. Zaczęłam odchudzać się na wszystkie możliwe sposoby. Straciłam okres, który dopiero co dostałam, włosy wychodziły mi garściami, ale cieszyły mnie kości przebijające przez skórę.

Panika moich bliskich mnie otrzeźwiła i zaczęłam jeść. Nie – raczej obżerać się słodyczami, zakąsić obiadem, dopychać się zawartością lodówki i tyć. Byłam wygłodzona.
I tak później się to już toczyło wkoło Macieju; 15 lat tyłam i chudłam. Nigdy nie wymiotowałam, ale kompensowałam głodówkami i katorżniczym wysiłkiem fizycznym. W tym czasie wiele się wydarzyło: studia, praca, rodzina, a ja stawałam się coraz bardziej zmęczona – już teraz wiem dzięki Tobie Aniu – moim paskudnym nawykiem.

Przełomowy był moment, gdy po operacji przytyłam 30 kg. Odchudziłam się później, a owszem, w swoim stylu głodówką i ćwiczeniami. Byłam jednak wykończona wpisywaniem natki pietruszki w licznik kalorii. Czułam się pusta jak wydmuszka i przerażona widmem nadciągającego jojo. Nie chciałam tego, z całych sił, pragnęłam przerwać ten chory cykl.
Wtedy ze złością wpisałam w wyszukiwarkę: ,,Jak jeść jak normalny człowiek” i wyskoczyłaś mi Ty, Wilczo Głodna. I wszystko mi wytłumaczyłaś. Z dnia na dzień było coraz lepiej, czasami gdzieś się pogubiłam, ale wracałam na Twój blog i zaczynałam od nowa. Potem zrobiłam Twój kurs i już w ogóle.

I jestem teraz tu, wolna, zawsze najedzona, ze świadomością, że gdy zgłodnieję zjem coś pysznego i zdrowego, a nie że już nigdy nic, tylko marchew i woda.
Wilk dalej wyje pod lodówką, najczęściej wieczorami, ale nie karmię go. Liczę na to że w końcu zdechnie z głodu.

A waga? Nigdy nie byłam szczuplejsza! Bez względu na to co się dzieje, bez żadnego wysiłku trzymam już rok wagę 53 kg, a wcześniej w ciągu roku potrafiłam kilka razy zejść do 56 i w krótkim czasie wskoczyć na 75 kg przy 163 cm wzrostu. Nigdy bym nie pomyślała, że mam taką wagę genetyczną.

Ale najważniejsza jest ta lekkość w głowie, poczucie wolności i swoboda jak wtedy gdy miałam tłuszczyk na brzuszku i nie znałam Wilczka. Kocham Cię Aniu ️ i dziękuję po stokroć.

Twoja na zawsze,
Ewelina