„Jesteś moją ostatnią deską ratunku.” – Myślę, że żadna z was nie usłyszała tego w życiu tyle razy co ja. Praktycznie kilka razy dziennie czytam to zdanie. Widzę je w mailach, na Stadzie i wśród moich podopiecznych, które zaczynają pracę ze mną: „Ania, jak to nie podziała, to już nic nie podziała”.

I jeszcze pół biedy jak to są dziewczyny, które zdecydowały się ze mną pracować. Bardzo często słyszę to jednak od osób, które właśnie dlatego NIE ZDECYDUJĄ się do mnie przyjść. W ich oczach jestem tą ostatnią szansą i jeżeli ją wykorzystają teraz – i oczywiście w ich mniemaniu wyjdzie jak zawsze – to już nie będzie nadziei.

Nawet nie wiem od czego zacząć wyjaśnienia, jak fatalne jest to przekonanie. Spróbuję jednak.
I żeby było jasne, nie mówię tu o swoim mentoringu sensu stricte. To może być cokolwiek; terapia, szpital, ośrodek zamknięty, hipnoza, leki. Już mniejsza o to, czy to polecam czy nie – chodzi mi o sam fakt, że jest na pewno coś takiego, co uczyniłaś w swojej głowie tą „ostatnią deską ratunku”. I czekasz na jakąś ostateczność, żeby z niej skorzystać.

Jakie to ludzkie, prawda? Stworzyć sobie przykrywkę na swój strach, formę ucieczki od spojrzenia niewygodnej prawdzie w oczy – że jeżeli nic z tym nie zrobisz TERAZ, nic się nie zmieni do końca życia! Czy wiesz, że 90% moich mentee to nie nastolatki, ale kobiety w wieku 30-50 lat? Najstarsza zaś miała 72 lata! Tak się można bujać i czekać na zmianę.

Ludzkie jest też to, że jesteśmy optymistami. Myślimy, że mamy dużo czasu i możemy „próbować” po swojemu. A jak już będzie bardzo źle, wtedy zwrócimy się po tą ostateczną pomoc. Problem jest jednak w tym, że raczej nigdy nie będzie „aż tak źle”. Zawsze będzie znośnie. No chyba że sypnie Ci się zdrowie, albo Twoja pięcioletnia córka zacznie stawać codziennie na wagę i pytać czy dobrze waży (autentyczna historia).

Teraz wydaje Ci się, że zawsze możesz to zrobić, ale co jeżeli Twój wybrany ośrodek się zamknie, albo Ty do końca przejesz swoje oszczędności (spójrz na ankietę poniżej tego tekstu) i nie będziesz miała jak zapłacić za terapię. Przecież to zupełnie realna opcja! Ja w czasach bulimii niejednokrotnie miałam 50 gr w kieszeni. Pożyczałam kasę na napady po ludziach, szukałam drobnych na ulicy. Wtedy nawet jakbym chciała coś z tym zrobić, to nie miałam jak.

Albo okaże się, że musisz zacząć natychmiast leczyć to, co obżeranie zepsuło – popsute, rozpuszczone zęby, insulinooporność, cukrzyca, problemy z tarczycą, policystyczne jajniki, bezpłodność, SIBO, gastropareza, arytmia serca, nadwaga (metabolizm nie będzie śmigał wiecznie) i w końcu osteoporoza i zaniki mięśni. To są wszystko realne problemy z którymi borykają się czytelniczki tego bloga.
O czymś zapomniałam? Aha, śmierć na zawał lub przez zatrzymanie krążenia (jak u osiemnastoletniej Dominiki). Ale tego już się raczej nie leczy.

I nie myśl, że ta lista jakkolwiek Cię przerazi i przestaniesz. Może zmobilizujesz się na chwilę, ale jeżeli nie będziesz miała narzędzi, by z tego wyjść – wszystko wróci na stare tory. Mnie hamowała krew w wymiotach czy kołatanie serca, ale… na jeden dzień. Potem zapominało się o sprawie i hajda!

Proszę Cię więc teraz, przestań czekać na ostatnia deskę ratunku, bo może się okazać, że ta deska sobie odpłynęła, ty zaś też zostaniesz nad deską – ale zgoła inną.

Po przeczytaniu tego ostatniego zdania umów się na turnus, wizytę lub rozmowę ze mną. Złap tę szansę i wyjdź z zaburzeń odżywiania, bo naprawdę szkoda życia.

*

Uwaga, właśnie trwa wyprzedaż moich jadłospisów z 2017 i 2018. Możesz je złapać za połowę ceny, zanim znikną na zawsze. Znajdziesz je pod tym linkiem.