Dzisiaj przychodzę z apelem do Wilczyc, które są mamami oraz do tych, które kiedyś nimi będą (oby już bez ED!). Chcę was poprosić abyście nie podawały dalej tego brzemienia swoim dzieciom, a zwłaszcza córkom. Ja dostałam taki prezent i pod jego ciężarem na wiele lat załamało się moje życie.

Pochodzę z rodu kobiet; wszędzie same ciotki, siostry i kuzynki. Mężczyźni byli albo w pracy za morzami, albo nie udzielali się za bardzo w życiu rodzinnym. A tak właściwie to nie było ich wielu. Nawet nasze zwierzęta to zawsze suczki i chomiczki.
I w tym rodzie tematem numer jeden była od zawsze dieta; kto co teraz je, w jaki sposób się odchudza i dlaczego to znowu się nie udało.
Z domu wyniosłam przekonanie, że posiadanie kilku lub kilkunastu kilo na plusie (zależy w której fazie jo-jo się jest) to naturalna postać rzeczy, a bezowocna walka z ciałem o zmianę tego stanu, to nasz zakichany obowiązek.

Dlatego już w przedszkolu zamartwiałam się, że jestem GRUBA, a w wieku 12 lat po raz pierwszy zaczęłam ograniczać jedzenie.

 

nie ucz
Taka „gruba” byłam. Szok co?

Najpierw wpadłam w anoreksję, a potem oczywiście w bulimię, która to zatruwała mi życie przez piętnaście lat. Ale tak właściwie to nigdy nie byłam w pełni zadowolona z własnego ciała. Nawet teraz, gdy siebie lubię i akceptuję, słyszę gdzieś z tyłu głowy głos kuzynki; No co ty? Nie chcesz wyglądać lepiej?

Wiem, że doskonale znasz mój ból, bo mierzysz się dokładnie z tym samym.
Proszę Cię więc byś nie zainfekowała nim kolejnego pokolenia.

Nie narzekaj przy dzieciach na swoją wagę. Niby nic, ale już programujesz ich niewinne mózgi na niezadowolenie z wyglądu.
Nie opowiadaj o dietach, tak by nie wyrosły z przekonaniem, że to najnormalniejsza rzecz na świecie.
Nie głódź się przy nich. One od razu zrozumieją, że jedzenie to coś złego, brudnego i zakazanego.
Nie waż się, bo nie chcesz ich przecież nauczyć, że cyferki definiują to,  kim jesteś.
Nie urządzaj wspólnych wypraw do sklepu po lody, kiedy załamie Ci się „dieta” i stwierdzisz, że wszystko przepadło.
Nie ucz dzieci poprawiania humoru jedzeniem.
Nie zakazuj sobie połowy produktów, po to by przyłapano Cię na ich jedzeniu w ukryciu.
Nie zaczynaj diet od poniedziałku i nie kończ ich w piątek – tak pokazujesz, jak być niekonsekwentnym.
Nie zamykaj się w kiblu. Dziecko i tak wie że robisz tam coś złego. Ono rozumie więcej niż Ci się wydaje.

Powiedz córce, że ciało jest piękne, że jedzenie jest dobre, że rozmiar i cyferki się nie liczą, że liczy się zdrowie i dobre samopoczucie we własnej skórze.
Najpierw odkryj to sama. Jak ciało może być złe, skoro wydało na świat taką piękną istotę jaką jest Twoje dziecko?

Na koniec wstrząsający list, który kiedyś dostałam.

Dzień dobry,

Mam 36 lat i mniej więcej od 13 roku życia nieustannie zatracam się w skrajnym niejedzeniu, katowaniu się dietami, obrzydzaniu sobie siebie, jedzenia i wszystkiego wokół tych tematów.
Od wielu lat wymiotuję i naprawdę dobrze się z tym czułam do pewnego czasu. Jestem zmęczona sobą i własnymi obsesjami. Wymiotuję bezszelestnie, nie wie nikt (lub nie chce wiedzieć).

Mam 4 letnią córkę, która niczego się ode mnie nie nauczy, bo nie umiem jej racjonalnie karmić.
Mnie gubią słodycze, ona też je lubi. Nie mam nadwagi (w końcu ważę się nieustannie po 4 razy w każdym podejściu i pewnie po 5 razy dziennie, a potem i tak stwierdzam, że jest źle). Ona widzi co ja robię.
Było mi przykro jak zobaczyłam, że 4 latka staje na wagę i biegnie zapytać czy dobrze waży. Nie podejmę leczenia, bo musiałabym się przyznać przez wszystkimi, że taki problem istnieje w moim przypadku, ale boję się o córkę.
Ona patrzy na to co się za mną dzieje.

Trochę usuwa mi się grunt pod nogami, bo ja nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco fajna, ładna, inteligentna, wiecznie za gruba. Nawet w ciąży bałam się jeść, a jak na złość żadne mdłości mnie nie męczyły.
Jak ja się cieszyłam z nadczynności tarczycy poporodowej, która sprawiła, ze całe 20 kg, które przytyłam w ciąży nawet z nawiązką zleciało. Urodziłam wcześniaka. Bo miałam stany rzucawkowe.
Nie mogłam na siebie patrzeć całą ciążę i po również. Katuję się ćwiczeniami 5 razy w tygodniu w warunkach domowych, żeby nikt nie widział co robię.

Nie lubię siebie, nie wiem od czego zacząć. Coś muszę zrobić zanim moja córeczka zacznie żyć tak samo.
Proszę o jakąś odpowiedź. Właściwie nawet nie wiem czego oczekuję.
Chyba po prostu odpowiedź pozwoli mi odczuć, że nie jestem w tym sama.

Pozdrawiam,
Dagmara

Odpowiedziałam na ten list, ale już nigdy nie dostałam informacji zwrotnej.