Częścią problemu zaburzeń odżywiania jest poczucie wyjątkowości osoby, która na nie cierpi. Mamy przekonanie, że jesteśmy nie-normalne w sposób negatywny, ale także i pozytywny.

Takie poczucie i mnie doprowadziło mnie do bulimii, a potem w niej trzymało. Wszystko zaczęło się od tego, że w domu mówiono mi, że my to mamy „tendencje do tycia” (teraz wiem, że były to po prostu nienajlepsze nawyki żywieniowe) i „musimy uważać”. Widziałam wszelkie ciotki i kuzynki, a także własną mamę na notorycznej diecie. Wyrosłam w duchu, że jedzenie to nie naturalna część życia, ale coś czego trzeba szczególnie pilnować i broń boże nie spuszczać z oka. Doszłam więc do wniosku, że faktycznie jesteśmy wyjątkowe. Ja jestem.

Byłam o tym święcie przekonana, aż do trzydziestego roku życia. Pamiętam, jak tłumaczyłam mojemu chłopakowi, że ja nie mogę tak po prostu jeść; spontanicznie, i tego na co mam ochotę. Ja jestem INNA, czy on tego nie widzi? Żeby być szczupła, a przynajmniej jako tako wyglądać, muszę kontrolować moje porcje, wiecznie się ograniczać i męczyć. Ja nie mogę, tak jak on – szczęściarz – pójść na pizzę i kolejnego dnia po prostu zmieścić się w moje jeansy. Mój metabolizm jest na to zbyt wolny, zbyt wyjątkowy. Mój metabolizm jest moim wrogiem.

Ale nawet i nie pizza, bo to już totalny kosmos, ja nie mogę zjeść normalnego śniadania, obiadu czy kolacji. Dziennie ponad 2000 kcal!? Jezu, przecież w drzwiach bym się nie zmieściła! Niestety taka moja natura i albo bardzo „uważam”, albo chodzę po każdym posiłku do kibla, no sorry.

Zawsze też słuchałam opowieści o tym, jak to ludzie każdego dnia się wypróżniają. Dla mnie to był po prostu science fiction oraz kolejny dowód na to, że nie jestem normalna. Ja chodziłam do toalety raz na tydzień. I co najlepsze nigdy nie połączyłam tego faktu ze swoim sposobem odżywiania. Nie przyszło mi do głowy, że mam wieczne zaparcie, bo wiecznie wymiotuję. Myślałam, że dzieje się tak za karę. Ale za co? No tak, po prostu, bo mam wyjątkowego pecha.

Do tego ciągłe nietolerancje. Wyszukiwałam ich z zapałem godnym lepszej sprawy. Miałam więc alergię na przynajmniej pół tuzina produktów, w zależności od tego, co akurat było na topie – gluten, laktoza, coś tam. I święcie w to wierzyłam. No tak – jak to życie już niejednokrotnie pokazało – nie jestem jak inni ludzie. Jedzenie po prostu mi szkodzi i tylko czeka na to, by mnie utuczyć.

Bardzo cierpiałam z tego powodu. Czułam, że zostało mi odmówione podstawowe prawo do bycia normalną. Z drugiej jednak strony, dawało mi to jakąś satysfakcję, gdy na przykład głośno mówiłam; „JA, nie jem słodyczy. JA nie mogę.” I patrzyłam jak koledzy i koleżanki z pracy współczują mi i jednocześnie podziwiają. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo prawda jest przecież taka, że każdy miał to głęboko w nosie.
Byłam także dziwnie przekonana, że jestem jakaś lepsza, że przechytrzyłam system. I podczas gdy kobiety w mojej rodzinie dalej męczą się na dietach, ja znalazłam super sposób na to jak mieć ciastko i zjeść ciastko.

Widzę jeszcze jedną rzecz, aczkolwiek ja tego nie doświadczyłam na sobie; wiele dziewczyn uważa, że ED dodaje im nimbu tajemniczości i niedostępności, że to czyni je takie cool. Takie myślenie jest raczej u młodych osób, ale zdarza się także i u starszych.
Wszak zaburzenia odżywiania często zatrzymują człowieka w rozwoju emocjonalnym na wiele lat (tak było w moim przypadku).

Żeby lepiej zilustrować, co mam na myśli, zacytuję tutaj fragment dyskusji pod moim postem „Gotowa”

Bitka napisała:
„Boję się, że jak wyzdrowieję, to będę… nijaka. Taka przeciętna. Bulimia daje mi poczucie wyjątkowości. Straszne, wiem.”

Na co dostała odpowiedź od Ani:

Ja też tak miałam.
Czułam, że coś jest ze mną nie z porządku – i to było dla mnie, o dziwo, wyjątkowe. Coś takiego jak się jest artystą narkomanem. Wydawało mi się, że jestem bardziej wrażliwa niż inni, wyjątkowa, pokrzywdzona i doświadczona przez los. Towarzyszył mi ból istnienia.
Uwielbiałam swoje rytuały i wyszukany smak, jeśli chodzi o jedzenie (no i oczywiście picie!).

Miałam bardzo dobrą pracę, więc sobie pozwałam na kaprysy. W sensie niekoniecznie opychałam się bochenkiem chleba, ale na przykład trzema daniami w restauracji. Uwielbiałam wino (oczywiście zrobiłam parę kursów) i chlałam na równi w kolegami z banku. Inne kobiety mówiły, że nie mogą zjeść wszystkich trzech dań, że nie pija w ciągu tygodnia, albo musiały wracać do swoich dzieci. Ja oczywiście rodziny nie miałam.

Ja NAPRAWDE uważałam, że one są nudne, że prowadzą życie zwyklaka, bo nie mogą zjeść na raz trzech dań okraszonych butelką wina. Natomiast ja byłam w moim mniemaniu ta, która żyła pełnią. Mogła kosztować, pić na równi z facetami i nie dotyczyły mnie żadne przyziemne sprawy.
Tak było jeszcze 5 lat temu.

Cóż, jak się możesz domyśleć – wszytko co dobre, szybko się kończy. Z pracy wyleciałam. Zero faceta. Moje mieszkanie prawie poszło na licytacje, bo nie miałam za co płacić kredytu. A zwyklaki jakoś ciągnęły i ciągną. Można powiedzieć, że przez jakieś dwa(!) lata nie miałam ani grosza przy duszy i oczywiście czepiałam się jakichkolwiek prac udając, że zawsze byłam np. asystentką. No i wtedy to dopiero marzyłam, żeby być jak te zwyklaki. Żeby móc sobie pozwolić na Ubera czy sukienkę z Zary.
Koniec końców wszytko dobrze się skończyło – znalazłam nowa prace, którą cenię. Mam nowe przyjaciółki, które są raczej mamami, a nie party animals. Mieszkanie sprzedałam i straciłam na tym fortunę, ale przynajmniej nie zostałam bankrutem.

NO I NIE MAM BULIMII – to jest największy klejnot w tym wszystkim!!!! Nie miałam wyjścia, bo sięgnęłam dna, trzeba było się podźwignąć.
Ani też nie zostałam zwyklakiem (w odróżnieniu od tego, czego można się spodziewać w puencie). Mam extra pracę, gdzie jestem szanowana i mam jakaś tam dobra reputację. Rozkręcam własny biznes. Mam faceta, który jest kompozytorem (pisze o tym, bo on we mnie wspiera kreatywność i życie z nim zdecydowanie nie jest nijakie).
Naprawdę Cię rozumiem, bo to właśnie ten strach przed nijakością trzymał mnie przed powrotem do rzeczywistości.

Tak chciałam się podzielić, że naprawdę kreatywność jest dużo lepszym antidotum na nijakość niż bulimia. Pomyśl o tym, póki jeszcze nie straciłaś wszystkiego.

Pozdrawiam.

I od Ilii:

To iluzja, że cierpienie i choroba robi z Ciebie kogoś niezwykłego. Bulimia zabiera wszystko i sprawia ze staczasz się w nijakość – kończysz jako szarak bez zainteresowań, (poza odchudzaniem, fit dietami, maratonami żarcia i imprezami), z rozwalonymi relacjami i zdrowiem i nie ma w tym nic poetycznego.

Jak dla mnie – nie widzę problemu w byciu szarakiem, co w tym złego, jeżeli jesteś szczęśliwym szarakiem, ale jeżeli tak CI zależy na tym by być „kimś”, to bulimia skutecznie zabiera Ci tę szansę, po prostu nie znosi konkurencji i energetycznie wyssie z Ciebie wszystko, tak że kończysz jak wrak.
Jest dużo sposobów by być interesującą osobą – wystarczy czytać, oglądać coś ciekawego, tak że można z Tobą porozmawiać na jakiś temat, znaleźć sobie hobby itd.

I to jest właściwie wszystko co chciałam Ci dzisiaj powiedzieć, także z pomocą moich czytelniczek; nie jesteś wyjątkowa w żadnym stopniu. Bulimia także nie czyni Cię interesującą, a raczej nudną i szarą. Twoje ciało działa za to tak samo, jak ciało każdego człowieka na Ziemi. Twój metabolizm ma się świetnie i jak przestaniesz go ciągle spowalniać, coraz to nowymi metodami na schudnięcie, to on zupełnie naturalnie przyspieszy i zacznie pracować tak, jak został zaprojektowany przez Matkę Naturę.
Nie czekaj aż naprawdę zachorujesz na cukrzycę czy rozwalisz sobie hormony. Bo wtedy będziesz wyjątkowo chora i tyle.