Pouczająca opowieść o tym, jak najprostsze rozwiązanie, jest najtrudniejsze do zobaczenia.

Oto historia mojej imienniczki, z która miałam przyjemność pracować.
Kiedy Ania napisała do mnie pierwszego maila z pytaniem jak jeść, byłam przekonana, że to czterdziestoletnia kobieta.
Jakim zdziwieniem było, gdy odkryłam, że ma dopiero dwadzieścia parę lat. Skąd to wrażenie?
Oddaję jej głos. Zobaczcie same:

Cofnijmy się w przeszłość o kilka tygodni. Jest 21 listopad 2016 roku.

Moje spuchnięte i sine od płaczu oczy, moje słabe, zmęczone ciało, moja głowa, której nie mam już sił dźwigać –
– głowa pełna natrętnych myśli, obsesji, jedzenia….
Nie chce żyć!!! To koniec!!! Nie mam już sił!!!
Mam dosyć życia które polega tylko na powstrzymywaniu się od jedzenia, kontroli a potem ciągu obżarstwa.
Tak bardzo nienawidzę mojego ciała, wagi która waha się 8 kg w przód i w tył, takiego beznadziejnego życia;
bez ambicji, nadziei i przyszłości – pełnego bólu i smutku.

Tak wyglądało 5 ostatnich lat mojej wegetacji.

Nie mogę powiedzieć, że to były jedyne moje problemy, ale one wydaja się gorsze od piekła mojego dzieciństwa i nastoletnich lat.

Wychowałam się w domu pełnym przemocy. Ojciec niemal codziennie bił i wyzywał mnie i moją mamę.
Przez 17 lat nawet nie miałam swojego pokoju.
Zmuszona byłam go dzielić z moją ciężko chorą mama , która wymagała i dalej wymaga opieki.
W moim domu rzadko gościły gorące posiłki a to dlatego, że ojciec nie dopuszczał nas do kuchni.
Żywiłam się głównie pierogami z baru, chipsami i słodyczami, jednak nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu.
Będzie się to wydawać dziwne, ale byłam szczęśliwa w tym małym chorym światku i nie walczyłam, by coś zmienić.
Dlaczego?
Odpowiedz jest prosta: Ja zwyczajnie nie znałam innego życia, więc innego nie pragnęłam.

Pewnego dnia zaraz po 17 urodzinach i po kolejnej awanturze, sińcu na nodze i guzie na głowie oraz groźbami ojca, że gdy skończę 18 lat odda mamę do hospicjum, a mnie wyrzuci na ulice…. przebrała się miarka goryczy.
Dopilnowałam aby kolejne lata życia ojciec spędził w wiezieniu, a ja skończyłam studia i znalazłam pracę.
Wszystko zaczęło się układać.

Dokładnie 5 lat temu w moje ręce wpadła książka o zdrowym odżywianiu, postach.
Po prostu chciałam trochę zrzucić.
Teraz przeklinam dzień w którym powzięłam myśl o zastosowaniu rad autora w życiu codziennym.
Od tamtego momentu głodówki na przemian z obżarstwem, wymiotami, środkami przeczyszczającymi i forsownymi ćwiczeniami, stały się rutyną.

z dnia na dzień czułam się coraz gorzej. Wiedziałam, że takie destrukcyjne zachowanie do niczego dobrego mnie nie doprowadzi. Anemia, zanik okresu, stan zapalny gardła, uszu, wzdęcia, zaparcia.
Wtedy postanowiłam zaufać pewnemu księdzu i zapytać o radę, jak wydostać się z tego bagna.
Ksiądz doradził umiar w jedzeniu i piciu oraz co tygodniową głodówkę (sic!) i modlitwę.
Niestety nie poskutkowało.

I dalej tak mijały kolejne lata.

Aż w końcu poznałam chłopaka – dziś męża.
Początkowo starałam się ukrywać mój problem, ale zbyt długo to nie trwało.
Nie da się być tak blisko i oszukiwać na każdym kroku.

Za jego namową zgłosiłam się do dietetyka nr 1.
Przemiła Pani zaleciła dietę garściową czyli 5 garści jedzenia dziennie (!!!).
Wytrzymałam kilka dni po czym rzuciłam się na jedzenie jak oszalała.

Za kilka miesięcy odwiedziliśmy Panią dietetyk nr 2,lecz i tu otrzymałam dietę 1000 kcal.

Pani nr 3 dieta 1200 kcal.

Kolejna moja wizyta była w gabinecie psychiatrycznym , gdzie Pani psychiatra roztrząsała moje życie seksualne szukając przyczyn obżerania.

Kolejna pani psychiatra stwierdziła zaburzenia na tle nerwicowym spowodowane dzieciństwem i przepisała leki psychotropowe.

Następnie spróbowałam psychoterapii gdzie przez 6 miesięcy rozmawiałam z terapeutką o uczuciach jakie żywię do rodziców.
Temat wreszcie zszedł na moją pra pra pra babkę,  która prawdopodobnie cierpiała głód, a teraz ja powielam jej życiorys.
Śmiać się czy płakać?
W końcu ze łzami w oczach zapytałam: Niech mi Pani powie co Pani je! – Była zdrowa i szczupła – Ja nie wiem, co mam jeść! Powiedziała, że to mój najmniejszy problem i żebym nie odwracała uwagi od prawdziwej pracy.
Nie powiedziała co je.

Aż w końcu w internecie trafiłam na przeczytałam o cudownej leczniczej diecie która rewelacyjnie poprawia metabolizm i wręcz uzdrawia metabolic balance.
Bez namysłu znalazłam panią z moich okolic, która pracuje na tej diecie.
Zgłosiłam się tam ponad 3 miesiące temu. Cały program miał trwać 6 miesięcy, ale dzięki bogu, nie dotrwałam do jej końca .
Na diecie jadłam ok 750 kcal.
Nie wiedziałam, że to nie jest ok. Nie miałam pojęcia jak powinien jeść zdrowy normalny człowiek, dlatego poinformowałam ją o mojej chorobie i całkowicie zaufałam.

Na diecie bez obżarstwa udało mi się przetrwać pierwsze 3 tygodnie. Czułam się słaba, nie miałam sił nawet chodzić, zapominałam o wszystkim, a co najgorsze nieustannie kłóciłam się z mężem.
Wyżywałam się na nim, krzyczałam, wszędzie widziałam problem, śniłam, marzyłam o jedzeniu , oglądałam kulinarne portale, blogi, gazety.

Aż przyszedł 3 dniowy ciąg jedzenia do bólu.
Czułam się jak śmieć, który nie potrafi zapanować nad swoim apetytem, słabościami.
Pani dietetyk zagrzewała mnie do walki o nową lepszą wersje siebie. Uczyła ,że nad silną wolą pracuję się latami i z czasem napady będą pojawiać się coraz rzadziej.
Mhm…

Dieta była pełna absurdów, które poważnie uszkodziły moje myślenie o jedzeniu. Widziałam tylko białko, tłuszcz i węglowodany. Bez przerwy myślałam o insulinie, która blokuje spalanie tłuszczu.
Stałam się kaleką, która nie posiada funkcji trawienia węglowodanów, których bałam się jak ognia (Jadłam 1 kromkę chleba i jabłko poza tym białka, tłuszcze i warzywa.)

Następnie na diecie wytrzymałam 2 tygodnie żeby upaść i odurzyć się jedzeniem.
Potem było już tyko gorzej psychicznie i fizycznie. Nie cieszyło mnie już nawet 8 kg ubytku na wadze.
Ja chciałam JEŚĆ!!!! Chciałam żyć, by móc JEŚĆ.

Czułam coraz większe poczucie winy, słabości, braku kontroli.
Dodatkowo dobijały mnie kłótnie ze wszystkimi osobami blisko mnie. Nikt nie rozumiał dlaczego zachowuje się jak opętana – opętana rządzą jedzenia, jak dzikie zwierze.
Codziennie powtarzałam sobie, że ostatni raz się najadłam i już jutro będę silniejsza, dam rade.
Wracałam do diety i co?
Te same obsesyjne myśli wołające: Najedz się ten ostatni raz!!

Wpadałam w tygodniowe ciągi jeden za drugim. Kilogramy wróciły, chęć dalszej walki odeszła…

Pani dietetyk cały czas twierdziła, że to moja trzustka, że insulina, że to ze mną jest coś nie tak, a nie z dietą.
A ja po prostu byłam… głodna.

Teraz można wrócić na sam początek listu.

Aż tu nagle, olśnienie! Pomyślałam o Wilczo Głodnej.
To moja ostatnia deska ratunku, śmierć albo życie.
Napisałam do Ani z prośbą o pomoc, mentoring. Udało się! Moja bohaterka z bloga, telewizji, gazet i radia odpisała niemal natychmiast. Zgodziła się!! Nie mogłam w to uwierzyć. Poczułam jak nadzieja rozlewa się po moim całym ciele!!

Dziś po 2 tygodniach intensywnej pracy z Anią mogę stwierdzić, że nie jestem tą samą zmęczoną życiem dziewczyną.
Ania nauczyła mnie słuchać swojego organizmu, żyć z nim w zgodzie.
Wcześniej nie zwracałam uwagi na zapotrzebowanie energetyczne organizmu, nie liczyłam się z nim.
Dziś wiem że moje ciało walczyło o przetrwanie, broniło się przed śmiercią!
Ania pokazała mi, że będąc na głodowej diecie niszczę swoje zdrowie psychiczne i fizyczne.
To nie moja trudna przeszłość, ale głód doprowadzał mnie do impulsywnych zachowań, obsesji jedzenia, nerwicy, depresji.

Z naturą nikt nie wygra. Nie możesz powiedzieć organizmowi: Od dzisiaj żyjesz na połowie porcji i bez węglowodanów i liczyć, że będzie ok!
Ciało i tak brało sobie te kalorie, ale w taki sposób, że siebie znienawidziłam.
Zrozumiałam, że to nie ja jestem słaba, nie mam słabej woli czy wybujałego apetytu. Ja zwyczajnie jestem głodna!
Nie można mieć silnej woli kiedy każda komórka Twojego ciała krzyczy o jedzenie, prawda??

Wiele lat myślałam, że jestem chora, uzależniona od jedzenia, cukru, że mam nerwice.
A to wszystko NIEPRAWDA! Jestem ZDROWA!

Obsesyjne, uporczywe myśli o jedzeniu ucichły, wystarczy że jem zgodnie z potrzebami organizmu. Teraz wreszcie mogę zacząć żyć. Czuję, że urodziłam się na nowo.
Zaczynam cieszyć się jedzeniem, które było dla mnie zakazane. Chcę odkrywać jego nowe smaki.
Jem po to by żyć.
Jedzenie to TYLKO JEDZENIE, nie ma żadnej magicznej mocy. To ja mu ją nadałam
Ale odczarowałam ten przeklęty urok.

Dopiero teraz widzę, że poza czynnością jedzenia, kłótni, boleści brzucha czy godzin spędzonych w ,, kiblu ” jest jeszcze życie; czas na przyjemności, pasje i plany, które już robię.

Moja historia pokazuje, że w Polsce brakuje odpowiednich ludzi, którzy potrafią nam pomóc. Tylko błagam, nie mówcie, że jestem odosobnionym przypadkiem. Bo NIE jestem.
Ja miałam szczęście, że trafiłam na Anie, która uratowała życie mi, i dzięki temu również moim bliskim.

Dziękuje Aniu.
Ania

Aniu, dziękuję Ci za to świadectwo i za miłe słowa o mnie. Cudownie jest wiedzieć, że praca, którą wykonuję przynosi tak niesamowite rezultaty.

A was chciałabym zapytać, jakie macie doświadczenia z psychologami, psychiatrami, dietetykami?
Często zarzuca mi się, że jadę po ich metodach, po całości.
Ciągle dostaję właśnie takie listy i takie wyciągam wnioski.
A więc teraz chcę usłyszeć wasze historie. Czy Ania miała po prostu gigantycznego pecha, czy faktycznie tak jest?