Dominiki

Nie ma Dominiki

Nadawca: Aga W.
Temat: Bez tematu
Data: 08.09.2017

Witam Aniu,
Wstrząsnęło mną bardzo, że tak pięknie napisałaś że moja córeczka była śliczną licealistką.
Była śliczna i kochana, choć czasem nie dogadywałyśmy się…
Myślę, że Dosieńka nie chciała dorosnąć, chciała pozostać dzieckiem. Tak mi mówiła: mamusia, mamusia… Tak mi tego brakuje…
Nie sądziłam, że ma anoreksję bulimiczną. Myślałam, że to bulimia. Miała jechać do Krakowa, do szpitala ale nie chcieli jej wziąć. Mówili, że to może być dla niej niekorzystne. Miała leki, nie chciała ich brać. Twierdziła, że źle się po nich czuje, że jest senna. Nie chodziła do szkoły, ale ja i tak usprawiedliwiałam; ja i moja mama, która też cierpi po jej śmierci.
Mam pretensje do losu, że musiałam przeżyć coś tak strasznego. Czasem myślę że to zły sen z którego się obudzę i będzie jak dawnej. A dawne życie już nigdy nie wróci…

Dosia ma 11-letniego brata, który tęskni bardzo. Ona się nim opiekowała cudownie, można było na niej polegać. Teraz syn rozpoczyna terapię, bo boi się iść spać i czy rano się obudzi, skoro ona się nie obudziła.
Brakuje mi córci ogromnie, była moją przyjaciółką.
Zastanawiam się, czemu nie chciała się leczyć? Czemu mimo wsparcia nie znalazła w sobie siły…mój Aniołek kochany… Że też nie dostała ostrzeżenia od losu? A może dostała i mi nie powiedziała? Przykro mi było, kiedy po jej śmierci dziewczyny zaczęły wypisywać do mnie, co ja córce robiłam… ano nic… jeśli zwróciłam jej uwagę, czegoś zabroniłam, Dosia się złościła i pewnie wtedy na forum pisała. Starałam się jak mogłam…

Dziękuję Aniu, że mogę do Pani napisać. Może mi będzie lżej choć trochę… Tak trudne są wszystkie dni, a jeszcze muszę się trzymać dla syna. Mieszkanie sprzedaje nie umiem czuć się tu dobrze. Wszystko przypomina mi córeczkę.
Aniu niech pani ratuje te dziewczyny, niech Pani im pomoże. żeby śmierć Dosia nie poszła na marne…

Pozdrawiam,
Agata mama Dosi

 

Dominiki

 

Nadawca: Aga W.
Temat: Bez tematu
Data: 09.09.2017

Witaj Aniu,

Bardzo dziękuję za odpowiedź. Sama prawdę piszesz, a Ja muszę ją jakoś zaakceptować i przyjąć i pogodzić się z nią.
Chcę Ci opisać chorobę Dosi – tak córcię nazywałam, tak napisałam jej też na nagrobku… to była moja Dosia.
Właściwie nie wiem od czego się zaczęło. Nigdy nie była gruba, ani my z mężem nie jesteśmy. Wręcz miała niedowagę jako dziecko.
Twierdziła, że w gimnazjum jej dokuczali, ale mnie nigdy nic nie powiedziała, choć to nie byłby problem przenieść ją do innej szkoły. Potem miała chłopaka który pisał z nią długo przez Internet, wspólnie grali w gry, a potem on ją zostawił. Ogromnie to przeżyła i zaczęła się odchudzać. Na początku racjonalnie, zdrowo jadała; treściwe śniadania itd.
Nie wiem kiedy zaczęła jeść tak bardzo restrykcyjnie. Każda zmiana godziny posiłku wywoływały agresję i złość. Zrezygnowała z wielu produktów. Jadła tylko marchew, około 1 kg dziennie i surowa cukinię, wszystko bez grama tłuszczu, więc skąd miały być witaminy i składniki mineralne?
W międzyczasie zaczęłyśmy chodzić do psychiatry, endokrynologa, ginekologa, robić badania. Niby wszystko było ok, okres tylko się nie pojawiał i ginekolog powiedział, że dopóki nie będzie wagi nie będzie okresu.

Brała najpierw Zotral i Perazim, a potem Seronil, ale nie wiem czy jej pomagały. Narzekała, że jest senna, że ma problemy z koncentracją. Zapisali jej też Hydroksizinium, ale też słabo brała, bo senna.
Wymiotować zaczęła około roku temu. Niestety miała epizody kradzieży jedzenia i pieniędzy na jedzenie. Potrafiła za cukierki jechać na drugi koniec miasta, przyjść do domu, gryźć je i wypluwać, a potem resztę wymiotować, Poklejone resztki chowała w meblach, gdzie się dało.
Wszędzie pochowane były ciastka, czekolady… Potem robiła takie paski z ryżu, czekolady, mleka, budyniu, gryzła je i wypluwała z powrotem do miski.
Wymiotowała, ale nie wiem ile. Jak ją nakryłam, mówiła: „Tak rzygam, no i co z tego? Przez Ciebie się zrzygałam, bo nie pozwoliłaś mi iść do sklepu”. Mnie też siadała psychika. Miałam ochotę wyrzucić przez okno wszystkie garnki, żeby skończyło się to gotowanie, żeby jedzenie przestało być treścią naszego życia.

Dosia miała w sumie czterech psychologów; dwie kobiety, trzecia od terapii behawioralnej i pana Konrada, którego uwielbiała i chodziła chętnie do niego. Jednak on często o wymioty nie pytał, przyznał że jeden raz w miesiącu pytał, a Dosia mówiła „Nie, ja już mniej…” Elektrolity jej sprawdzałam w marcu i były idealne.
Na serce nie skarżyła się nigdy.
Był problem z chodzeniem do szkoły, z nauką. Ja dostałam nawet naganę dyrektora. Byłyśmy u dietetyka, Dosia wzięła dietę i stwierdziła że ona jej nie pasuje i nie będzie jej stosować. Psychiatra wystawiła skierowanie do szpitala i stała się wrogiem. Ja powiedziałam Dosi, że dam jej szansę zawalczyć sama i nie posyłam skierowania od razu, ale ona nic; stale przesuwała terminy. Odradzali, że tam ludzie z psychozą, że może być z nią gorzej. Ostatniego terminu, 30 maja, nie dożyła.

W dzień Mamy dostałam kwiatka, dużo gadałyśmy, upiekła ciasto, grała na kompie, jakby nigdy nic.
Następnego dnia miałyśmy iść na solarium. Pisała z koleżankami i ze mną smsy, poszła z ulubionym swoim pieskiem na spacer. Była ze mną o 23 odebrać brata z wycieczki…
Żeby mi powiedziała, że źle się czuje, cokolwiek… natychmiast pojechałabym do szpitala, a tu nic, normalnie; z bratem pogadali, poszliśmy do domu.
Dosia się wykąpała i położyła spać. Spała na antresoli, jeszcze coś na komórce oglądała sobie i tyle.
Rano się nie obudziła.

Pojechaliśmy z mężem na zakupy. Syn siedział z psem i mówi: „Mama, Dosia nie wstaje”
I wtedy z mężem weszliśmy do niej i odkryliśmy ją.
Ja… mąż robił jej sztuczne oddychanie, ale ona nie żyła już od siedmiu godzin prawdopodobnie…taka biedniutka, wychudzona, serce się kraja…
Pochowałam ją w dzień dziecka. Najstraszniejszy dzień w moim życiu.
Sekcja wykazała niewydolność spowodowaną zaburzeniami rytmu serca u osób z cechami wychudzenia. Wszystkie narządy zmniejszone, brak tkanki tłuszczowej. Napisali tam, że wychudzona.
Nie wiedziałam, że to może się tak skończyć, tak szybko, po roku 1.5 roku choroby.
Podejrzewany, że ostatnio więcej wymiotowała…nie możemy zrozumieć tego.
Aniu proszę pomóż nam zrozumieć dlaczego nie chciała się wyleczyć? Zawsze mówiła, że się jej nie chce, że jest leniwa, że ma wymówkę do szkoły. Ja tam biegałam do nauczycieli, pedagoga. Wszyscy się zaangażowali w pomoc. Nawet urodziny jej sama zorganizowała w zeszłym roku. Sama zaprosiłem jej koleżanki, starałam się jej pomóc…
Dlaczego nie dała rady przestać? Przecież na pewno wiedziała o tych elektrolitach. Pomóż mi kochana jakoś to zrozumieć…

Agata

Nadawca: Roma W.
Temat: Śmierć mojej wnuczki Dominiki
Data: 9.09.2017

Treść wiadomości:
Jestem w rozpaczy po Jej śmierci. Była moim słoneczkiem, moją Domusią.
Razem chodziłyśmy do teatru, muzeum, na wystawy.
W ubiegłym roku byłyśmy u mojej przyjaciółki w Austrii, dużo zwiedziłyśmy, potem we Wrocławiu. Co rok od sześciu lat jechałyśmy na wypoczynek za granicę -Turcja, Grecja Tunezja. Tylko moja córka Agusia, Domusia, jej brat no i ja. Zawsze było odlotowo…

Często marynowałam jej mięska, robiłam surówki i co tylko mogłam. Wszystko niby jadła, ale nie przypuszczałam, że to wszystko idzie w kanał.
Chodzę na terapię i wiem, że muszę się pozbierać chociażby dla Agatki i rodziny… Proszę do mnie napisać chociaż kilka słów, chciałabym to wszysto zrozumieć.

I niech Pani o tym napisze u siebie. Może jakaś dziewczyna zobaczy, że nie tędy droga.

Pozdrawiam,
Roma.

Dominiki

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

23 komentarze

  • Iwona

    Popłakałam się…

    Wrzesień 12, 2017 at 10:24 am
  • Ana

    1,5 roku! wydawałoby się, że to tak niewiele… dlaczego nie chciała się leczyć? z lęku przed przytyciem? miała wsparcie rodziny, nie była z tym sama, nie rozumiem, naprawdę.

    Wrzesień 12, 2017 at 10:28 am
  • Mama Dominiki

    Ana -czasem myślę że tak ..zawsze mawiała że teraz wreszcie jest piękna i że się sobie podoba ..na pewno bala się przytyć..mój kochany Aniołek (*)godzinami wystawala przed lustrem wciskając nieistniejący brzuch w kręgosłup..bo nie jest wklesly …

    Wrzesień 12, 2017 at 12:21 pm
    • Ilia

      Pani Agato, w najgorszych momentach choroby nie docierało do mnie nic ani nikt. Byłam jak ślepa i zamknięta, a wokół rozpadały się więzi, moje relacje, umykało mi życie. Z perspektywy nie potrafię już zrozumieć tej osoby, która to wszystko wyczyniała, ale minęłodużo czasu. Ogromnie Pani współczuję, proszę wierz

      Wrzesień 13, 2017 at 10:24 am
      • Ilia

        yć że robiła Pani jak umiała najlepiej, przykro mi że koleżanki DOminiki próbują Panią obwiniać, bo to naprawdę jest poza kontrolą otoczenia, to co się dzieje z chorą osobą i jak reaguje

        Wrzesień 13, 2017 at 10:27 am
  • Patrycja

    Ta historia jest bardzo podobna do wielu innych niestety. Babcie, mamy, ciotki, przyjaciółki, partnerzy nie wiedzą co naprawdę dzieje się we wnętrzu chorej dziewczyny, z jak ogromnym problem się ona zmaga, jak silna jest to choroba i jaki wpływ ma na człowieka, który już przestał być sobą. Wraz z rozwojem choroby tworzy się coraz większa przepaść między chorym a bliskimi, brakuje zrozumienia i realnego, adekwatnego wsparcia. Wszyscy w tej trudnej sytuacji są zagubieni, przerażeni i nie wiedzą jakie znaleźć wyjście. Dlatego konieczna jest pomoc z zewnątrz. Ale nawet jeśli i to nastąpi nie ma gwarancji, choroba może wygrać, mechanizmy rządzące chorym mogą okazać się silniejsze, i tu się nie rozchodzi o czyjąkolwiek dobrą lub złą wolę. Tego poważnego tematu nie wyczerpuje stwierdzenie „widocznie nie chciała sobie pomóc”, czy „wybrała śmierć”. Dlatego tak ważna jest ciężka i często żmudna praca terapeutyczna by zrozumieć istotę problemu, rozbroić ten nieuświadomiony mechanizm, który trzyma chorego jak kukłę na sznurku. Do tego potrzebny jest czas, którego nie wszystkim niestety wystarcza. Te z nas, które go jeszcze mają mogą jednak wygrać swoje życie.

    Wrzesień 12, 2017 at 12:34 pm
  • Wera

    Bardzo smutne…

    Wrzesień 12, 2017 at 3:24 pm
  • Łucyja

    A mnie najbardziej wkurza to, że wiele ludzi „macha ręką” na „objadanie się”… bo niby to nic takiego, każdemu zdarza się jeść więcej… A z tego wywodzą się tragedie, nie tylko jednostek, ale rodzin. To jest ogromne cierpienie dla osoby chorującej i osób wspierających. Sama nie traktuję swojej Mamy dobrze, jeśli chodzi o kwestię jedzenie. Potrafię po napadzie okrzyczeć Ją za to, że mnie nie powstrzymała. Tu też smutna sprawa, bo moja Rodzina widzi, kiedy biegam do lodówki, kiedy jem na stojąco, kiedy nerwowo czekam, aż wyjdą, bym mogła zjeść. WIDZĄ, że jest coś nie tak. Nic nie robią… Bo w sumie, lepiej jak je… bo jakby nie jadła to chudłaby. Tak to nie ma kłopotu, najwyżej przytyje. Przecież tak jest zdrowo… nie umrze z głodu 🙁

    Wrzesień 12, 2017 at 4:27 pm
  • Misia

    Nie ma odpowiednich słów wyrażających rozpacz nad tragedią Dominiki i jej rodziny. Dziś, jakieś pół roku „czysta”, zaczynam widzieć jak wiele złego ED mogło mi wyrządzić. Ten wpis pokażę mojej wiecznie odchudzającej mnie mamie, która twierdzi, że mój tyłek w rozmiarze S (!!!) „jest spasiony”. Może się w końcu oczka jej otworzą…

    Wrzesień 12, 2017 at 4:51 pm
  • nika

    Smutne. Przykre. Szkoda dziewczyny i najbliższych. Robi mi się słabo, kiedy pomyślę że mnie też mogło nie być. Dziewczyny – nie warto podążać tą drogą. Żałuję tych lat, podczas których się męczyłam.
    To bezlitosne i bezsensowne zaburzenia…

    Wrzesień 12, 2017 at 7:46 pm
  • Jedzenioholik

    Wstrzasająca historia. Wyrazy współczucia dla rodziny.

    Wrzesień 13, 2017 at 5:51 am
  • Marta Sz.

    Droga Pani Agato, Droga Pani Romo,
    Ja sama choruję na anoreksję bulimiczną (przeplataną bulimią, gdy BMI było w normie). Trwa to 18 lat, miałam remisję choroby, która trwała 9 miesięcy, niestety od niedawna znów się objadam i wymiotuję. Mam ogromną motywację, aby wyzdrowieć, ale aby ta motywacja się pojawiła musiały minąć długie lata. Zwłaszcza, gdy miałam niedowagę nie brałam pod uwagę leczenia. Po co, skoro jest idealnie – ja jestem idealna. Dopiero gdy zaczęłam tyć, gdy nawet amfetamina nie gwarantowała już szczupłej sylwetki, gdy moje relacje z rodziną się popsuły, gdy samotność stała się nie do zniesienia, dopiero wtedy zapragnęłam z tym skończyć. Myślę, że w przypadku Dominiki było podobnie, chorowała krótko, w tym okresie nie doświadcza się jeszcze tych wszystkich ciemnych stron choroby. Niestety niezależnie od tego, dlaczego Dosia nie chciała się leczyć, nie ma jej już dzisiaj. Jest mi bardzo przykro z tego powodu. Aż boję się pomyśleć ile razy ja miałam na tyle szczęścia w ciągu tych 18-stu lat, że jeszcze tu jestem. Ściskam obie Panie bardzo mocno, jedyne, co przychodzi mi do głowy to to, żeby się Panie nie obwiniały i nie doszukiwały sytuacji, gdy mogły zareagować inaczej, lepiej. Pozdrawiam, Ciebie też Aniu kochana!

    Wrzesień 13, 2017 at 9:44 am
  • Mama Dominiki

    Pani Marto dziękuję za Pani komentarz..daje dużo do myślenia ..wyjaśnia i jednocześnie pokrzepia bo z tym obwinianiem ..to tak jest ze robimy to cały czas..całuję panią i trzymam kciuki za powodzenie w leczeniu życzę Pani dużo zdrowia ..

    Wrzesień 13, 2017 at 12:17 pm
  • EwaL

    Ja tez sie poplakala…

    Wrzesień 13, 2017 at 12:33 pm
  • Kasia

    Każdy z nas jest inny i u każdego może zadziałać inny sposób leczenia, ale jeśli sami nie dojdziemy do decyzji o podjęciu działania w tym kierunku to nikt nie będzie w stanie niczego wskórać. Sama widzę po sobie, że z biegiem lat zmienia się moje myślenie i podejście do choroby. Jestem skłonna do ustępstw i zmian, które kiedyś w ogóle nie wchodziły w grę. Czasami kładąc się spać czuję, że jestem tak słaba, że mogłabym się nie obudzić i właśnie wtedy ogarnia mnie strach i głos rozsądku daje o sobie znać, staram się małymi kroczkami czynić postępy. Najbliższe nam osoby tak bardzo chcą nam pomóc, a często to właśnie paradoksalnie na nich najbardziej się wyżywamy, chyba z tej wszechogarniającej nas bezsilności wobec choroby. Życzę dużo siły i proszę przyjąć moje wyrazy współczucia.

    Wrzesień 13, 2017 at 1:30 pm
  • Agnieszka

    Wyszłam (jak mam nadzieję) z zaburzeń odżywiania – mam za sobą anoreksję, epizody objadania i głodzenia, objadania i wypluwania, kilkutygodniowych postów. Dopiero teraz, po kilku latach w pełni rozumiem, że było to igranie ze śmiercią, co gorsza – chyba na jakimś poziomie zdawałam sobie z tego sprawę. Tak jakbym zamykała oczy na życie, zdrowie, relacje z rodziną, rozwój, edukację, własną przyszłość. Cały mój świat skupiony był na jedzeniu i jego wpływie na moją figurę.

    Mamie Dominiki składam najszczersze wyrazy współczucia. Trudno znaleźć wyjaśnienie dla takiej tragedii, trudno zrozumieć, czemu młoda dziewczynka straciła życie przez taką chorobę. Często pomoc i wsparcie bliskich po prostu nie wystarczą. Musimy pamiętać, że tak poważne zaburzenia odżywiania i ich fizyczne konsekwencje to nie jest wybór osób chorych. Czasem mimo chęci wyzdrowienia, odzyskania normalności, nasz stan umysłu, to co czujemy nas pokonuje. Terapie zaburzeń odżywiania potrafią trwać latami. To naprawdę straszne, że choroba i jej konsekwencje często przeganiają nas w tej walce.

    Do wszystkich cierpiących na anoreksję lub bulimię apeluję – zaufajcie specjalistom, jeśli jest taka potrzeba – zdecydujcie się na hospitalizację . Dużym problemem w Polsce jest demonizowanie szpitali, zwłaszcza tych psychiatrycznych. Często do choroby trzeba podejść kompleksowo, pamiętając o tym, że ma przecież wpływ na cały organizm. Jasne, szpital to nic przyjemnego, tak jak nieprzyjemne jest leczenie np. nowotworu – ale czasem po prostu nie ma innego wyjścia. Warto walczyć o życie.

    Wrzesień 13, 2017 at 6:40 pm
  • MARGO

    Sama jestem po naglym zatrzymaniu krazenia, po tym jak w toalecie restauracji po wymiotach moje serce stanelam. Zwykli ludzie zaczeli reanimacje. Jak sobie przypomne wymioty po kublach na smieci idac na spacer….
    20 lat chorowania BMI 13…
    Do leczenia trzeba dojrzec i nikt nie moze nam ponoc chocby jak bardzo pragnal. Same musimy zrozumiec, nawet czyjas smierc nie zawsze pomaga.
    Wiem jak smakuje bezradnosc.

    Wrzesień 13, 2017 at 6:46 pm
  • Wiki

    Robie wszystko zeby sie nie poplakac…

    Wrzesień 14, 2017 at 7:41 pm
  • Monia33

    Współczuję wszystkim, którzy patrzą na zmagania swoich bliskich z zaburzeniami odżywiania. Ja sama urządziłam rodzicom trwające ponad 10 lat piekło: nocne gotowanie, nieustanne wydawanie pieniędzy na jedzenie, ukrywanie go we wszystkich zakamarkach, wymioty i chowanie wymiocin w różnych miejscach, wrzaski, szantaże, trzaskanie drzwiami, obrażanie i obwinianie moich biednych rodziców, którzy robili WSZYSTKO, co było w ich mocy, aby mi pomóc. Ale choćby stanęli na rzęsach, to do momentu, w którym ja sama zrozumiałam, że chcę wyjść z tego bagna, pomóc mi nie mogli.
    Niech się wstydzą ci, którzy obwiniają mamę Dominiki o jej chorobę. Zabrakło czasu, by Dominika się ocknęła, by zapragnęła się leczyć, najprawdopodobniej nie zdążyła się jeszcze sama przed sobą i uczciwie przyznać, że jest chora, a teraz jej rodzina będzie się zmagać z jej odejściem. Wiele z nas ma szczęście, że jeszcze tu jest, że pomimo tortur, jakie urządziłyśmy swojemu ciału i psychice, pomimo tortur, jakie zafundowałyśmy najbliższym, wciąż mamy szansę, by to zmienić. Dla Dominiki zabrakło czasu, ale życie toczy się nadal i trzeba iść naprzód, bo to jedyna właściwa droga.

    Wrzesień 14, 2017 at 8:38 pm
  • Mama Dominiki

    Dziewczyny ogromnie Wam dziękuję za wszystkie wpisy ..wiele mi wyjaśniły i pokrzepily mnie też nieco ..ze może powinnam przestać się obwiniac.Trudno mnie jako matce bardzo …proszę kochane nie poddawajecie się..walczcie ..życie jest piękne i warto żyć..ja to zrozumiałam dzięki mojej wspaniałej Jogince no i samej jodze..gorąco polecam..warto to ćwiczyć i szukać równowagi ducha i ciała..każdy z nas jest piękny i jedyny w swoim rodzaju..mamy się kochać rozpieszczac ..a nie niszczyć..proszę uwierzcie..ja rozpoczynam terapię i mam nadzieję na jej ogromną moc..Bardzo mi trudno ..mam nerwice wegetatywna po śmierci Dosi ..boję się chorób..byłam już u kilku lekarzy..zrobiłam badania..żyje w strasznym stresie..ale wiem że nie mogę się poddać muszę zająć się synem..sprzedażą mieszkania ,praca ..Muszę dać radę..jestem silna głęboko w to wierzę. Wam i Tobie Aniu życzę z całego serca dużo zdrowia i siły w walce z chorobą..pamiętajcie nie wolno się nigdy poddawać!!!

    Wrzesień 15, 2017 at 3:41 pm
  • Joanna

    Niestety zaburzenia odżywiania zabierają nam zdolność zdroworozsądkowego myślenia. Jesteśmy jak w amoku, zamykamy się na świat zewnętrzny a skupiamy się na tym, co w tej chwili jest najważniejsze – jedzenie, liczenie kalorii, kalkulowanie ile jeszcze mogę w siebie wrzucić, planowanie. To wszystko zabiera nam życie, czas, zdrowie, bliskich. Laicy tego nie rozumieją, jest to za trudne, za głupie (w końcu jak można się głodzić – jedzenie jest ogólnodostępne, żyjemy w świecie konsumpcji dosłownie wszystkiego) i aby w jakiś sposób zrozumieć, pojąć, wyjaśnić sobie takie właśnie sytuacje wybierają najprostsze rozwiązania – oskarżają innych. Moja sąsiadka jeszcze do niedawna chorowała na anoreksję. Podobnie jak Pani córka chowała jedzenie, wyrzucała przez okno, dawała zwierzętom. U niej zaczęło się od tego, że ważny dla niej chłopak napisał na facebooku ogólny post, że jest grubą świnią. I wszystko poleciało. Niewiadomo nawet kiedy. Po prostu się stało. Życzę Pani i Pani rodzinie, abyście poradzili sobie z tą tragedią. Popłakałam się czytając Pani maila.

    Wrzesień 16, 2017 at 5:46 am
  • Iza

    Dopiero po przeczytaniu dotarło do mnie że to jest choroba… też to przeżyłam powiem coś na ten temat bo wiem coś o tym… rok temu po urodzeniu synka zwariowalam na punkcie odchudzania po pewnym czasie co zjadlam to wymiotowalam i cieszylo mnie to bo z wagi lecialam bardzo szybko. Potrafilam przeżuć i wypluć tylko po to ze w glowie siedzialo mi no zjadlas ale jak wyplujesz to nie zgrubniesz… doceniam Pania ze zauwazyla Pani to u córki cos starala sie Pani zrobic nie ma sie o co obwiniac poniewaz osoba cierpiaca na ta chorobe umie sie doskonale ukrywac… ani raz nikt nie przylapał mnie na wymiotach a w ciagu miesiaca schudlam 12kg… a jaka bylam z tego szczesliwa… wszyscy mowili ze ladnie wygladam… mialam manie ogladania sie w lustrze i caly czas widzialam sie ta gruba… skonczylo sie to gdy dowiedzialam sie ze jestem w ciazy z kolejnym dzieckiem…. a teraz po urodzeniu cierpie na cos jeszcze gorszego potrafie zjesc wszystko co widze szynke pogryzc z czekolada… nie umiem nad tym zapanowac… w ciagu miesiaca przytylam 10 kg… chce przestac ale nie moge nie dam rady…. to siedzi w glowie i wydaje mi sie ze tu psycholog nie pomoze tu czlowiek musi sam sobie poradzic bo na dzien dzisiejszy nie mam ochoty rozmawiac z psychologiem wole zjesc kebaba… to jest nie normalne wiem… ale to silniejsze ode mnie 🙁

    Wrzesień 16, 2017 at 7:18 pm
    • Wilczo Glodna
      Wilczo Glodna

      Kochana, wklejam tu odpowiedź babci Dominiki, Romy. Ona nie mogła sobie poradzić z umieszczeniem komentarza, więc poprosiła mnie: Kochana Izuniu, chyba mogę się do Ciebie tak zwracać bo jestem babcią, babcią Domusi, jestśmy wszyscy w niewyobrażalnej rozpaczy po Jej odejściu do tego tak nie spodziewanym…Wszystko co piszesz było i u nas gryzienie, plucie jedzenia i wymioty – nie wiedzieliśmy ,że wymioty są tak niwyobrażalnie grożne dla serca- to zdanie bardzo dobrego mojego kardiologa.Izuniu Ona też mimo,że była szczuplutka często stała przed lustrem i mówił,że sterczy Jej brzuch, ale z powodu tej chudości nie wyglądała na szczęśliwą…Izuniu Ty masz dzieciaczki musisz chcieć się wyleczyć i walczyć…To byo straszne widzieć moją Domusię na marach , taką chudziutką z półprzymkniętymi oczmi – nie zapomnę tego widoku do końca życia -ta choroba może się skończyć śmiercią co nie jeden raz mówiłam Domusi…Nie zrób tak ,żeby Twoi bliscy kiedyś mieli takie przeżycia.Domusia zostawiła 11-letniego brata , który za Nią bardzo tęskni…Izunia zamiast kebaba spróbuj jarzynek surowych, gotowanych, pieczonych , ale bez wymiotowania i pij dużo elektrolitów bo Domusia tego nie robiła i ja czuję się winna że nie zauważyłam , że tak niewiele widziałam o tej naprawdę strasznej chorobie, ale jeśli z raka udaje się wyleczyć to Tobie też na 100 % uda się wyleczyć tylko próbuj , chciej…Izuniu serdecznie Cię pozdrawiam i życzę dużo siły.Dobrze ,że sobie to wszystko uznysławiasz to pierwszy krok do walki z tą straszną chorobą…Nasza Domusia tego nie brała do siebie.Roma.

      Wrzesień 17, 2017 at 6:10 pm

Skomentuj

INSTAGRAM