Właśnie zorientowałam się, że mija już pięć lat od mojego wyjścia z bulimii! Nie potrafię podać dokładnej daty, ale pamiętam, że był to piękny, jesienny dzień roku 2014. Wtedy to mój trwający przez ponad 15 lat nałóg obżerania się i wymiotowania, skończył się bezpowrotnie.

Chciałabym więc z tej okazji zrobić małe podsumowanie mojej drogi – od tamtego czasu, po dziś dzień. Co się zmieniło, jakie moje poglądy uległy weryfikacji i kim stałam się w tym procesie.?

Takim zapisem jest oczywiście ten blog – możesz prześledzić tę ewolucję krok po kroku i sama wyciągnąć wnioski. Jednak, jako że liczy on już ponad 500 wpisów (500 na 5 lat!), zajęłoby to trochę czasu. Pozwól więc, że ja subiektywnie to ocenię.

1. Zaburzenia odżywiania to choroba.
To akurat poszło za okno jako pierwsze. Dzięki zrozumieniu, że to nie żadna choroba (jak rak), ale ZABURZENIE właśnie (jak sama nazwa wskazuje), poczułam moc do zmiany mojej sytuacji.
O tym pisałam już nie raz i nie będę się powtarzać. Ciekawe jest jednak – i uznaję to za mój osobisty sukces – że większość moich stałych czytelniczek akceptuje teraz ten pogląd bez większego zdziwienia. Mimo że na początku była o to straszna wojna. Czuję, że przekonałam was i tym samym także oddałam wam MOC. Wszak, jeżeli coś nie jest jak rak, a raczej jak nawyk… można coś z tym zrobić.

2. Z zaburzeń odżywiania nigdy się nie wychodzi, można je tylko zaleczyć.
Do końca życia będę musiała „uważać” i monitorować to co jem. Czasami będę miała wpadki i cięższe dni, a jedzenie nigdy nie będzie naturalną czynnością. Będę musiała bardzo uważać, by nie przytyć lub nie schudnąć za bardzo. To będzie pod moją stałą obserwacją.

Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy zauważyłam, że ciało reguluje się samo! Że mogę zjeść pizzę i następnego dnia dalej dopinam się w spodnie, że letnie ciuchy wyciągnięte po zimie (lub zimowe po lecie), nadal na mnie pasują, mimo że „nie trzymałam diety”. Piszę o tym w poście sprzed trzech lat: Nie ogarniam.
Największym szokiem było dla mnie to, że moje ciało NIE CHCE TYĆ. Ja zawsze myślałam, że jak tylko „spuszczę je z oka” od razu zamienię się w kolubrynę.
A tu nie – nie muszę nic pilnować, o niczym myśleć, nie mam żadnych „gorszych dni”, a ED jest dla mnie jak odległy sen.

3. Już nigdy nie będę mogła jeść niektórych produktów. Czyli tak zwana teoria zapalników.
Oj chyba nie ma drugiej takiej rzeczy na tym blogu, której nie dementowałabym bardziej niż tego poglądu. No ale dlaczego by nie zrobić tego jeszcze raz. Uwaga: Żadne jedzenie, nie może Ci nic ZROBIĆ – wywołać Twojego ataku czy sprawić, że wrócisz do nałogu. Możesz to zrobić tylko Ty, jeżeli nadasz mu takie znaczenie i moc.
A kiedyś twierdziłam dokładnie odwrotnie.

Ta teoria rozczula mnie najbardziej – pokazuje mi przede wszystkim jak bardzo rozwinęła się moja świadomość. No bo ktoś, kto twierdzi, że czekolada mu coś zrobi nie jest raczej na jej wysokim poziomie. I mówię to zupełnie bez oceny. Wyższy znaczy… po prostu wyższy. Więcej z tego miejsca widać i tyle.

4. Muszę zachować abstynencję.
Ten punkt łączy się z powyższym. Samo pojęcie „abstynencji” zaczerpnęłam z AJ, do którego to uczęszczałam przez około pół roku. Jednym z założeń AJ jest to, że jesteś BEZSILNY wobec jedzenia i tylko zachowanie abstynencji pozwoli Ci trzymać swoją nieokiełznaną naturę żarłoka na wodzy. Jeżeli tylko ją złamiesz – rzucisz się na żarcie jak zwierzę.
Nawet nie wiem od czego zacząć by wyrazić mój sprzeciw wobec takim teoriom. To strasznie szkodliwe, niebezpieczne i przykre bzdury. Bardziej rozpisuję się o tym tu.
A przecież sama długo w nie wierzyłam.

Co jeszcze się zmieniło?

Jestem spokojniejsza, bardziej świadoma swoich emocji i myśli. Zrobiłam ogromną, zaległą pracę nad sobą. Z poziomu na którym się zatrzymałam – młodej dziewczyny – ekspresowo przeszłam na poziom dorosłej kobiety. W końcu był na to czas i przestrzeń. Wcześniej było tylko myślenie o jedzeniu przez 80% mojego dnia. Nie przesadzam.

Obecnie rzadko kiedy się stresuję, nie wybucham, nie zamartwiam pierdołami. Żyję możliwie w tu i teraz, a gdy moje myśli uciekają do „niepewnej przyszłości” lub zagłębiają się w „zmarnowane lata przeszłości”, biorę się za skórę, jak małego kociaka i znowu wkładam w „tu”.

Mam też więcej cierpliwości i dystansu do wszystkiego. Na początku każdy negatywny komentarz dotykał mnie osobiście (odpowiadałam ze świętym oburzeniem), teraz bardziej widzę po drugiej stronie człowieka, który tak jak ja kiedyś jest niepewny, boi się lub po prostu się ze mną nie zgadza i to nie jest żaden big deal.

W skrócie: jest dobrze, a nawet BARDZO dobrze.

*

Kolejne podsumowanie napiszę za kolejne pięć lat (bo wtedy też planuję pisać tego bloga) i zobaczymy jakie moje kolejne poglądy rozwiną się lub ulegną weryfikacji. Może za pięć lat będę pisała trochę o czym innym? Jak myślisz? Masz jakieś swoje typy? Widzisz dokąd mógłby iść ten blog?

Tobie zaś życzę, żebyś za pięć lat już dawno nie pamiętała o swoich zaburzeniach.
Bo jak widzisz, można z nich wyjść raz i na zawsze.