Od mojego wyjścia z bulimii mija właśnie 30 miesięcy.
Tyle czasu upłynęło od ostatniej świadomie zaplanowanej uczty, zakończonej w toalecie.

Wtedy powiedziałam dosyć.
Nie wyobrażałam sobie nawet jak tą małą – wielką decyzją, zmienię swoje życie oraz życie wielu innych kobiet.

Wyobrażałam sobie swoją przyszłość tak:
– Wszystko będzie mniej więcej po staremu, poza tym że będę musiała bardzo uważać na to co jem.
– Już nigdy nie będę mogła spróbować niektórych produktów – z czym jestem w stanie się pogodzić.
– Będę musiała dbać o to, by dużo się ruszać, ponieważ mam skłonności do tycia. (sic!)
– Pewnie i tak przytyję.
– Trzeba będzie trzymać się planu posiłków.
– Będę musiała wkładać dużo energii w to, aby nie zejść z drogi do zdrowia; z powrotem w bagno.

Teraz mija 30 miesięcy od tamtego dnia, a ja jestem bardzo zdziwiona jak bardzo błędne były moje wyobrażenia o tym, co się stanie!

I codziennie dziwę się na nowo.

Tym, że jednak mogę jeść wszystko – nie ma żadnego pokarmu, który mógłby wywołać mój atak.
Po ponad rocznym okresie abstynencji (unikanie zapalników) okazało się że „wytrzeźwiałam”!

Teraz wiem, że atak kompulsywnego objadania się, to nie to samo co atak padaczki – przychodzi i nie możesz nic na to poradzić.
To ja zawsze podejmuję decyzję czy go mieć, czy nie.
To od zawsze było w mojej mocy – każdego dnia mojej piętnastoletniej bulimii.
Ale dopiero teraz wiem, jak tą moc egzekwować.

Jem więc lody, czy pizzę i dziwię się temu, że to takie normalne!
I temu, że kończę na jednej porcji tego dobrego.
Dlaczego?
Bo tak będzie rozsądnie? Bo tyle zaplanowałam?
Nie!
Dlatego, że autentycznie nie chcę więcej: Najadłam się, było pyszne, dziękuję.
Tracę zainteresowanie tym co jeszcze leży na tym stole – co jeszcze mogłabym ewentualnie zjeść, z co raz większym poczuciem winy.
Ja po prostu już nie chcę. Uwierzysz w to?
Nie? No ja też nie!
To dla mnie wciąż niepojęte.

Albo to, że gdy zjem już tą pizzę (zamawiam ją – wow – całą dla siebie) to następnego dnia dopinam się w spodnie. I po tygodniu także. I po dwóch. A przecież zawsze myślałam, że zjedzenie pizzy równa się przynajmniej plus 2 kg następnego dnia!
Dziwię się głupio, że te sześć kawałków nie utuczyło mnie, nie rozwaliło mojego metabolizmu, nie wywołało ciągu objadania się na kolejny tydzień.
Oglądam się ze wszystkich stron i nie widzę, aby coś się zmieniło w moim wyglądzie, ani na jotę.
Wyobrażasz to sobie?
Ja tak, ale wciąż nie dowierzając.

Dziwię się także, że gdy zbliża się lato, wyciągam spodenki z zeszłego sezonu i one pasują na mnie jak ulał. Przecież całe życie było tak, że nie wiedziałam, czy będą pasować czy nie. (Zazwyczaj nie pasowały)
Wyciąganie letniej garderoby, to był zawsze ogromny stres.
Trauma wyniesiona z domu, gdzie w okolicach marca z niepokojem opowiadało się tylko o diecie.
Jeszcze dwa tygodnie, jeszcze tylko jutro, od poniedziałku dieta…Trzeba się zmieścić w letnie sukienki. Na zimę się tyje, to wiosnę trzeba się odchudzać.

Miałam durne przekonanie, że człowiek jest jak jakiś niedźwiedź, że MUSI utyć na zimę. Dlaczego niby?
Teraz nie tyję, ani na zimę, ani na jesień ani na wiosnę, ani na lato.
Żadna pora roku mnie nie tuczy. Niesamowite!

I nawet jak wyciągam z szafy dżinsy, które miałam na sobie tydzień temu, czuję że znajomy strach łapie mnie za gardło. I oczekuję wręcz, że się w nie nie zmieszczę, a w głębi dusz mam nadzieję, ze będą za luźnie (chociaż wcale tego nie chcę).
A one nic. Są dokładnie takie same jak tydzień temu.
I to mimo tego, że nie biegałam dwa razy, bo mi się nie chciało. Powinny się przecież – tak tłumaczyłam to sobie całe życie – nie dopiąć za karę za moje lenistwo.

Albo to, że metabolizm zaczął działać normalnie. Że do toalety nie chodzi się tylko po silnych środkach przeczyszczających.
I że to prawda, co mówią ludzie – chodzi się tam codziennie.
Mi się to nie zdarzało odkąd zaczęłam się odchudzać, czyli od końca lat 90tych.
Przepraszam, że poruszam ten temat, ale ja ciągle rano się tym jaram.

I dziwię się, że mogę odmówić poczęstunku, bez wystudiowanej miny obojętności, za którą kryje się rozpacz, że nie mogę, nie mogę, nie mogę. Niepojęte, że czasami po prostu nie mam ochoty! Anna G. nie chce czekoladki – no no…

I że mogę przyjąć poczęstunek – i nagle, w środku dnia, uraczyć się ciachem, którego wartości kalorycznej nawet nie znam.
Zjeść i zapomnieć.
Rozumiesz?
Bo ja tego do tej pory nie ogarniam.

I jeszcze to, że w ogóle nie myślę, o jedzeniu. Tylko wtedy gdy czas coś ugotować.
Otwieram lodówkę, patrzę co mam i tworzę obiad.
I o dziwo mam w niej coś – nie wyżarłam wszystkiego w nocy.

To jest niesamowite i naprawdę szokuje mnie na co dzień. Przysięgam.

To ja nie mam (już) wolnej przemiany materii?
To ja mogę jeść co chcę?
To można ważyć wciąż tyle samo, bez myślenia o tym?
To można nie być na diecie?
To można chodzić do toalety, a nie tylko do „kibla”.
To można się nawet przejść czasem (niedzielny obiad u teściowej) i nic się nie dzieje?
To można po prostu zająć się życiem, a nie jedzeniem?
To ja jestem normalnym człowiekiem?
Ja???

Nie ogarniam.

*

Jeżeli czytasz to i myślisz, że chyba nadal mam spory problem, skoro się tak jaram, takimi rzeczami, to pozwól, że sprostuję.

Przez piętnaście lat miałam bulimię, ale zaczęłam się odchudzać już jako dwunastolatka.
A jeszcze wcześniej – odkąd pamiętam czułam presję związaną z wagą. Pochodzę z domu, gdzie jedzenie zawsze było źródłem stresu i udręki.
Od najmłodszych lat słyszałam, że trzeba uważać „bo jak się nabierze tłuszczyku do 10 roku życia, to on już zostanie” oraz „nasza rodzina ma tendencje do tycia, uważaj” (No chyba raczej spowolniony dietami metabolizm).
A więc pamiętam, że już w przedszkolu patrzyłam na swój brzuch z przerażeniem, że jestem gruba!!! (pamiętam tę scenę jak dziś)

Nigdy, tak naprawdę nie nauczyłam się traktować jedzenia normalnie. Myślałam, że żeby być szczupłym trzeba na to zasłużyć: „uważać”, męczyć się, pilnować.

Dlatego takim niewysłowionym zdziwieniem napawa mnie odkrycie, że to kompletna bzdura! Czuję się jak ślepiec, który odzyskał wzrok w wieku lat trzydziestu i zobaczył świat po raz pierwszy.

Świadomie (już) wiem, że zmieszczę się w dżinsy, że nie przytyję po gałce lodów, ale podświadomie słyszę ten rozentuzjazmowany głosik krzyczący: Wow, wow, wooooooow!

Chcesz go usłyszeć? Do dzieła!

Teneryfa, listopad 2016