Wiesz co jest takie niesamowite w pracy z moimi podopiecznymi? To, że często, to co się dzieje, wykracza poza obszary uczenia się normalnego jedzenia i wychodzenia z bulimii.
Zauważyłam to od pewnego czasu, odkąd sama zdobyłam niejaki wgląd w naturę myśli – a to jedyne co prowadzi nas do objadania (oprócz deficytu kalorycznego, ale to załatwiamy już w pierwszych dniach) – że dziewczyny zaczynają przebudzać się z tego snu myśli, także w innych sferach swojego życia.

Pamiętam Sandrę, kierowniczkę z Biedronki, która na moich oczach, postanowiła rozstać się ze zdradzającym ją od lat mężem – mimo, że nigdy o tym nie rozmawiałyśmy.

Albo Karolinę, która wraz z bulimią porzuciła z dnia na dzień kompulsywne sprzątanie, chociaż nawet nie wspomniała mi, że coś takiego ją męczy. To po prostu straciło dla niej sens, kiedy zrozumiała, że nie trzeba każdej swojej neurozy traktować na serio.
Do tego zweryfikowała jedno ze swoich najważniejszych pragnień życiowych, do którego wcześniej parła jak czołg. Nagle stwierdziła, że ona tak naprawdę nie chce teraz zostać mamą i że to oczekiwania innych kazały jej starać się o dziecko.

Albo Agatę, która mimo ogromnego cierpienia fizycznego (zaniki mięśni z powodu wieloletniego niedożywienia i w konsekwencji zwyrodnienie kręgosłupa) odnalazła głębszy, wręcz duchowy sens w życiu. A znowu; nie było o tym w naszych rozmowach ani słowa. Wiem też, że to poczucie nie opuszcza ją od czasu naszej pracy, czyli od ponad roku – i to mimo, że dzieją się bardzo trudne rzeczy.
(Świadectwo Agaty będzie w najbliższej „Niedzieli bez Wilka”)

Teraz chciałabym Ci zacytować kilka przepięknych i mądrych słów Agnieszki – kobiety, która jeszcze trzy tygodnie temu czuła się ofiarą swoich genów, ciała, okoliczności, pracy, ról społecznych i przede wszystkim jedzenia.
I nagle pod wpływem naszych rozmów zaczęło się coś dziać; Agnieszka zaczęła się budzić – najpierw z transu własnego myślenia – że to co się pojawia w jej głowie, to nie prawda absolutna, a raczej stara, utarta ścieżka działania.
Potem zaś do życia w ogóle; do tego, że ona może powiedzieć i TAK i NIE i że cały świat nie leży na jej barkach.
Cudownie jest obserwować, jak z dnia na dzień wszystko w jej świecie zaczyna się układać, a w miejsce zwyczajowego bałaganu w głowie, pojawia się spokój i jasność działania.

Przeczytaj jej spontaniczne rozważania o myślach jako o bańkach. Może Ty też usłyszysz w tym głębszą prawdę.

Dziś przeszła jakaś myśl, żeby zjeść słodycze.
I wtedy Twoja rada: „to tylko myśl …”
Nie musze jej łapać.
Jak puszczałam ostatnio bańki dzieciakom, to tak sobie pomyślałam, że te bańki to takie myśli.
I ode mnie zależy czy za nią pobiegnę i będę chciała złapać.
A przecież prędzej czy później ona i tak pęknie.
Mogę ja rozbić od razu albo jeszcze dmuchać na nią, żeby dalej poleciała.
I ja pobiegnę za nią.
Tylko jak się będę na niej skupiać, żeby biedaczka nie pękła, to nie będę patrzeć pod nogi.
Stad wniosek, że łatwo się potknąć, jak się biegnie za myślą.

Jak to pewna osoba zawsze mówiła: patrz z czego żyjesz!!!
I właśnie chce zrobić; patrzeć z czego żyję, a nie tylko biegać za tymi bańkami.
Jak jest pora jedzenia lub żołądek się dopomina, to trzeba zjeść i koniec kropka.

Jak jest chaos myśli i się je tak wypuści, to chce się je wszystkie złapać i porozbijać, ale niestety niektóre na wietrze uciekają tak szybko, że się człowiek denerwuje, że nie zdążył ich złapać
I tak patrzy się na nie i widzi, że w sumie to niepotrzebnie, bo one same pękają.
I okazuje się, że czasem trzeba odpuścić, bo prędzej czy później, te bańki same pękną.
A ja robię tak w życiu ze muszę rozbić każda z nich! I jak mi któraś ucieknie to się wkurzam.
A wtedy nie widzę tych, które są w moim zasięgu tylko gapie się na te uciekające.

*

Dziś na tym „pikniku” ktoś puszczał bańki gdzieś po prostu na stoisku.
I leciały sobie pomiędzy ludźmi.
I tak sobie pomyślałam jeszcze o jednym- czyjeś bańki, to jego bańki.
I nie mogę się przejmować, co, kto kiedy pomyśli.
Tak sobie patrzyłam, jak lecą i myślałam- jak super ze nie muszę ich gonić.
I w życiu też tak chcę praktykować; czyjeś myśli to jego problem – nawet jeśli są o mnie. Nie mój cyrk, nie moje małpy.
Jak ktoś coś do mnie ma, to po prostu niech przyjdzie i powie.
A jak nie przyjdzie to trudno, jego sprawa – niech się drapie ten, kogo swędzi.
A ja robię tak, że kogoś zaswędzi, a ja się już drapię.
I już lecę za tymi bańkami. Niepotrzebnie.

Ktoś o coś poprosi, to ja już biegnę z pomocą, a później żałuję, że się zgodziłam.
Eh…. jeszcze kilka warstw na mnie jak na cebuli, ale powoli się odgrzebuję.
W sumie jestem już taka zasuszona cebula, ciężko się łupi, ale trudno. Myślę, że najtrudniejsze kroki podjęłam.
Teraz tylko się nie wycofać, nie spłoszyć.
Małymi kroczkami, a do celu!

Ja miałam autentycznie ciarki na całym ciele, kiedy to czytałam. A Ty? Czy w Tobie to też porusza jakąś zapomnianą strunę?