Nasze skrzynki mailowe to wirtualne miejsca, w których codziennie lądują wiadomości od znajomych i nieznajomych. Jeden chce poradzić się w sprawie…, drugi wysyła plik Excela, inny pyta „Co u Ciebie?”, a jeszcze inny próbuje Ci coś sprzedać.
Zaglądasz na swojego maila z ciekawości, z nudów lub z obowiązku, bo pracować jednak trzeba.

Nad tą sceną roztacza się niebo wszechwładnego Googla, który czuwa nad wieczną szczęśliwością użytkownika. Pod spodem zaś czyściec, gdzie trafia grzeszny spam i natrętna za życia reklama.
Ty o nic nie musisz się martwić. Wszystko płynie gładko po swoich elektronicznych orbitach.
Klikasz, zamykasz i zapominasz.
Błogostan.

Moja skrzynka jest jednak inna. Moja skrzynka to ludzkie piekło, pełne cierpienia i niewyobrażalnych mąk. Ból, który nie ma filtra antyspamowego przychodzi na mój adres nienaruszony, w kilkudziesięciu słowach.
Codziennie wpadają tam nowe, potępione przez siebie same, dusze.
Na nie zapadł wyrok, jeszcze przed sądem ostatecznym; wieczne tortury przy których śmierć wygląda jak wybawienie.
Bulimia na żywca, kawałek po kawałku, odziera nas ze wszystkiego; z sensu, z radości, z uśmiechu, zdrowia, pieniędzy, relacji…. I śmieje nam się przy tym w twarz.
Bulimia przypala bezlitosnym ogniem samokrytyki, chłoszcze pod pręgierzem lustra.
Szarpiemy się w łańcuchach nałogu, z którym nie wiemy jak zerwać. Patrzymy przerażone jak wycieka z nas bezcenny czas i wsiąka w rury kanalizacji. Łamiemy się błędnym kołem diety i bezmyślnego obżerania.

Ale nawet w piekle trzeba zachować pozory, co jest kolejną torturą; obgryzione do krwi paznokcie zakryć tipsami, zapłakane oczy pomalować.
Jak krzyczeć – to tylko w poduszkę. Albo w maila.
Więc krzyczysz do mnie, a ja słucham.

Masz dwadzieścia lat, a czujesz że nie spotka Cię już nic dobrego. Właśnie kończysz trzydzieści, ale w środku jesteś starsza niż stulatka. Masz lat czterdzieści i przyłapujesz dzieci na zabawie w rzyganie.
Jak można nie krzyczeć?

Ból ból ból, w każdym słowie widzę moje własne cierpienie odbite w tysiącach twarzy i życiorysów.
To jedna i ta sama historia, opowiedziana na wiele sposobów.
To największe tabu i sekret. No bo jak powiedzieć, że jedzenie mnie zabija? Przecież to jest, kurwa, śmieszne!

I nie, ja się nie żalę. Ja wiem dokładnie co mam Ci odpisać, jak Cię pokierować. Wiem, że jest dla Ciebie szansa i nadzieja, że to jest proste, że można spokojnie z tym skończyć.
Można, naprawdę można uciec z piekła, uzyskać wybaczenie. Masz tę wiarę, tę nadzieję i miłość do siebie?

Twoje cierpienie nie niszczy mnie, nie wnika w moje kości, nie zostawia blizn. Jestem na nie zaszczepiona swoją własną bolesną historią. Ten ból umacnia mnie w postanowieni tworzenia Wilczej, daje mi siły i kopa do działania.
Pisz więc śmiało, zrobię wszystko by Ci pomóc.

Ja… tak tylko czasami, tak jak dzisiaj opieram głowę na rękach i płaczę z bezsilności. Bo czasami jest już za późno i nic się już nie da zrobić.

No może oprócz jednej małej rzeczy…

Kochana Aniu ,
Przeglądając rożne wiadomości związane z Domusią, natrafiłam na blog, który Ona założyła i trochę prowadziła „Madame kuchnia”.
W związku z tym mam do Ciebie nieśmiałą prośbę, która jednak zrobi mi przyjemność.
Jak znajdziesz chwilkę w natłoku zajęć, spójrz na niego. To część mojej Domusi- tak składnie pisała o jedzeniu, a zagłodziła się na śmierć.
Serdecznie Cię pozdrawiam i przepraszam za taką może trochę dziwną prośbę.
Roma.

Proszę więc i was; odwiedźcie tego bloga i zostawcie tam swój komentarz dla pani Romy, babci Dominiki i dla niej samej. Może ona słyszy nas gdzieś tam, w prawdziwym niebie?
Ty zaś zostań na Ziemi, ok?

*

I jeszcze jedno; jeżeli jesteś już na dobrej drodze daj mi znać w komentarzu. Takie maile są dla mnie jak światełka w tej ciemności, która czasami ogarnia.