Poniżej zwieńczenie wszystkich odczuć i wniosków, jakie zdołałam do tej pory dostrzec i wynieść.
Było to pisane pod wpływem niesamowitych emocji, mam jednak nadzieję, że zdoła Pani coś z tego wykorzystać.
Jeszcze raz dziękuję. Bardzo.

Natalia

*

„Czy to możliwe, że jest to tak łatwe?”

No dobra. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że od razu wszystko było sielankowo. Z początku, gdy trafiłam na bloga byłam pewna, że to kolejna sklejka przypadkowo zebranych wypocin z internetu, tłumacząca wszem i wobec czym jest owa bulimia, jakie niesie za sobą konsekwencje i „jak ją zwalczyć.” Jedyną nadzieję jaką z nim wiązałam było to, że może te „wypociny” zostały ujęte w może nieco bardziej artystyczny sposób, może teraz do mnie trafią. Zaczęłam przeglądać i żadne zdziwienie — nie trafiły! Co prawda nie była to sklejka, widziana przeze mnie wcześniej setki razy, to już było coś, ale jednak wciąż wielkie nic.

Przeglądając załączone wpisy myślałam sobie: „Co ta kobieta pisze, czy my na pewno mówimy o tej samej chorobie?! Gdzie miejsce na emocje, przeszłość, która wpłynęła na to co się ze mną dzieje?” Ale znów, machnęłam ręką i przeglądałam dalej, bo w końcu jakoś trzeba się z tej dziury wydostać. Przeglądałam, przeglądałam, przeglądałam przy czym oczywiście moja codzienność bez zmiennie otoczona była białą, okrągłą jakże dobrze znaną ramą. W pewnym momencie jednak zauważyłam, że jedna z wypraw do łazienki różniła się od innych, tych dotychczasowych. Może nie tyle co różniła, ale wyróżniła, a myśl, która pojawiła się w mojej głowie zanim klękam nagle jakby rzuciła nowe światło na całość. „Przecież ja tego nie muszę robić, pomyślałam. „Przecież ja, NATALIA, taka nie jestem, to nie jestem JA.” (Tu chciałabym podkreślić, że owa myśl była moim własnym wewnętrznym monologiem, słowa te kierowałam do siebie ja sama, w osobie pierwszej, nie byłam dłużej ze sobą na „ty” byłam tylko ja i MOJA decyzja.)

Czy to możliwe, myślałam odtwarzając w głowie migające wpisy, których sens nagle stał się widoczny jak na dłoni. Czy to możliwe, że jest to tak łatwe, że to działa i jeśli tak, to czym jest to święte „to”?

Wzięłam telefon do ręki i ponownie tym razem od deski do deski zaczęłam CZYTAĆ wpisy, olśniona ile z nich podświadomie zagościło w moim myśleniu i ile poruszonych w nich aspektów stanowiło część mojego życia na dużo wcześniej przed zmianą postrzegania mojego stanu jako emocjonalnej winowajczyni aniżeli „zwykłego” uzależnienia jakim okazała się tak naprawdę być bulimia.

I chyba oto znalazło się brakujące „to.” Zmiana postrzegania choroby i co za tym idzie, pojawienie się nowych środków na jej pokonanie. I to jest najważniejsze: uświadomienie sobie, że jesteśmy w stanie to zrobić, a „jedynym” co musimy zrobić to słuchać SIEBIE SAMYCH. I czytać. Nie przeglądać, tylko czytać i rozumieć, a wtedy tak jak w moim przypadku magiczna dźwignia w głowie przeskoczy na swoje miejsce, pozwalając nam cieszyć się porankiem nienawiedzonym pytaniem: „Czy dam dziś radę, czy znów polegnę?”

Odkąd z pomocą zamieszczonych na blogu postów, zmieniłam rozumowanie i postrzeganie choroby jako coś co mnie do końca życia będzie określać i na zawsze ze mną zostanie, moje myśli z rana po raz pierwszy od wielu tygodni są lekkie, nie czuję ciężaru, wstaję i nie mam poczucia, że muszę zacząć walkę z jedzeniem, aż wieczorem znów się położę, by następnego dnia wstać i znów się z nim zmierzyć. Jem, gdy jestem głodna, a i jak mam na coś ochotę to nie reaguję strachem, że znów najem się jak przysłowiowa świnia. W ciągu dnia, podczas codziennych aktywności nie myślę o jedzeniu, moja głowa jest WOLNA od przytłaczających myśli i decyzji, które kazała mi podejmować wbrew mojej woli. Bez problemu i obaw potrafię zjeść z rodziną pizzę, albo napić się kubka gorącej czekolady bez nękających mnie myśli: „dodatkowe kalorie! Jutro nie ma kolacji!”

Z przyjemnością i satysfakcją kładę się do łóżka i zasypiam nie martwiąc się o to, że znów zawalę rok szkolny. Że znów na pytanie nauczycielki o to jak się czuję, czy jak tam terapia, spuszczę głowę, jedynie żałośnie się uśmiechając. Teraz będę mogła bez zawahania odpowiedzieć: „Dobrze. Idę do przodu i nie, nie zamierzam się cofać.”

Wciąż jestem świadoma, że nie mogę spocząć na laurach, że jest jeszcze kupa pracy przede mną, ale poczucie, że góruję nad Wilkiem pozwala mi wierzyć, że mogę iść na przód, a drogi do czarno-białej przeszłości są zamknięte. Oczywiście wciąż nie jest idealnie, wciąż boję się niektórych aspektów, ale najważniejsze dla mnie jest to, że potrafię nad tym zapanować i nie wpadam w te sidła niemożności. Z nadzieją i radością patrzę na rzeczy, które mogę teraz robić, bez obaw, że wszystko znów musi być podporządkowane pod jedzenie.

To uczucie jest nie do opisania. Prawdziwa wolność w pełnej jej krasie.
Czuję się jakbym mogła góry przenosić i nawet jeśli na te ostateczne łzy radości muszę jeszcze trochę poczekać, już teraz mam ochotę płakać ze szczęścia, bo wreszcie, zamknęłam za sobą te drzwi na wieki. Niektórzy z was zadadzą pytanie: „Skąd ty jesteś tego taka pewna”? Kochani, to się po prostu czuje.

Na koniec odpowiadając na moje pytanie w górnej części posta: tak, to jest tak łatwe:)