Dzisiaj teks mojego czytelnika.

Mam na imię Jan. Obecnie mam 26 lat. A pierwsze oznaki „wykolejenia się” zauważyłem 3,5 roku temu.

Mój świat powoli zaczął kręcić się wokół jedzenia. Po jakimś czasie, gdy się zorientowałem, że tak naprawdę jest to „choroba” lub „zaburzenie”. Nazwałem się kompulsywnym żarłokiem z napadami bulimii na tle sportowym i zdrowotnym. Po prostu niewolnik jedzenia. Jestem zdania, że jakiekolwiek odstępstwo wynika z kumulacji niekorzystnych zjawisk. W moim przypadku były to częściowo następujące czynniki: porzucone marzenia, cele i rezygnacja z aspiracji, brak perspektyw finansowych i zawodowych.

Zaczęło się to jak wszystko, niewinnie. Pierwszym etapem balansowania na krawędzi, była chęć bycia świadomym życia w ogóle. Zapisywałem co robiłem oraz spisywałem wszystko co zjadłem. Po roku robiłem zdjęcia wszystkiego co zamierzam zjeść. Po kolejnym roku pisałem w dzienniku: „sukces”, gdy nie było przejedzenia oraz „porażka”, gdy przejedzony, poległem. „Źle się czuje” to częste słowa, które się pojawiały niemal po każdym posiłku.

Innym razem, usłyszałem o wielkości żołądka i wziąłem to do siebie i myślałem o tym co się znajdzie w moim żołądku, czy się powiększył, ile może pomieścić itp. Podejście obsesyjnie: przesadne dbanie o zdrowie, o wyniki sportowe, o przemianę ciała. Powyższe przyczyny to była istna mieszanka wybuchowa, która eksplodowała i spowodowała zaburzenia. Brakowało mi zdrowego i normalnego spojrzenia. Miało być jedno jabłko, a kończyło się na ośmiu. Co z tego, że kiedyś jadłem inaczej. Wprowadziłem nowy standard: zjeść jedno jabłko, jeśli więcej, będzie to porażka.

Czym bardziej stawałem się w tym pedantyczny, tym mocniej to oddziaływało negatywnie na moją psychikę, samopoczucie i emocje. „Jak mogłem kiedyś jeść takie śmieci?” – to było moje wyobrażenie o normalnym jedzeniu.

Niedługo przekroczyłem następną granice.  Dowiedziałem się, że można łatwo wymiotować, kiedy się chce. Pomyślałem, że może to jest wyjście by być czystym, gdy przeholuję. Oczywiście się udało. Potem analizowałem i szukałem czyja to może być wina, lecz szybko zrozumiałem, że to nie ma sensu. Oglądałem program, gdzie otyła kobieta jadła na raz ponad kilo krewetek. Pomyślałem, że sam taki jestem, skoro jem na raz pół kilo makaronu albo siedem jabłek. A to jest ponad 2 kg na raz. Lecz dalej kopałem dół, zamiast się z niego wydostać.

W końcu poszedłem na grupę AJ i dostałem od nich informacje zwrotną, że jednak nie jestem jedzenioholkiem i nie mam kłopotu na tle odżywiania. Byli zdziwieni i pewnie myśleli przesadzam jestem mężczyzną, na dodatek szczupłym. Obok odbywał się mityng AA, przeprowadziłem krótką rozmowę jednym z członków, po zakończeniu spotkania. Powiedziałem mu czemu tutaj się znalazłem. Współczuł mi, że mam gorzej niż on, bo jeść trzeba. Zrozumiałem, że mam zdecydowanie większy problem, niż mi się wydawało.

Jest bardzo niska świadomość na temat zaburzeń odżywiania, wręcz zerowa. Byłem przekonany, że nic mi nie da rozmowa z rodziną albo znajomymi i raczej tego nie zrozumieją, a ja się tylko narażę na stygmatyzację i inne traktowanie. Jedyną osobą, której to powiedziałem, jest moja dziewczyna. Stało się to niedawno, gdy już panuje nad swoim wilkiem. Dla niej najważniejsze jest, że obecnie nie rzucam się na jedzenie, to już jest ok… Cóż, ona ma swoje większe zmartwienia. Brakuje mi rozmowy, zrozumienia, opinii, ale nie naciskam na nią. Wiem, że przyjdzie czas na takie rozmowy.

Pamiętam parę najgorszych momentów. Jednym z nich było, gdy myślałem, że czeka mnie areszt za oszustwa w sklepie. Wtedy pomyślałem, że będę mógł wszystko, zatracę się bez reszty, bo będę karany i to zamknie mi drogę bezpowrotnie do spróbowania się w pracy, gdzie wymagana jest niekaralność. Dodatkowo będę mógł jeść bez końca. Bardzo trudnym momentem, również było pogodzenie się, że straciłem zasady i to, o co tak bardzo walczyłem i chroniłem: zdrowie, zainteresowania, samorozwój, wiarę.

Kolejnym czarnym czasem była moja monodieta – spożywanie tylko tych samych rzeczy. Uczucie jakbym był automatem, odnajdywałem zadowolenie w określonych daniach. Kierowałem się smakiem, żyłem po to, żeby jeść.  Jednakże najtrudniejszym był etap trzech miesięcy. Wtedy mocno posmakowały mi słodycze, w szczególności biała czekolada. Potrafiłem zjeść cztery na raz, a nawet dziewięć czekolad w przeciągu sześciu godzin. To był mój główny posiłek. Straciłem kilkaset złotych na słodycze w przeciągu dwóch miesięcy. To był dla mnie szok. Jak to możliwe, tak dużo przejeść? Nigdy wcześniej nie wydawałem tyle na jakiekolwiek zakupy. Na początku zjadłem porcję obiadu, ale czułem się dziwnie; podenerwowanie, niespełnienie. Następnie pół kilo cukierków karmelowych. Jadłem całą paczkę na raz. Oczywiście to nie było planowane.

To było apogeum, a ja myślałem, że nigdy się nie skończy.  Potrzebowałem dosłownie maksimum, aż mi się jedzenie ulewało z ust. Niejednokrotnie po takim kompulsie, jechałem rowerem, po prostu wymiotowałem podczas jazdy. A celem przejażdżki na jedzeniowym haju, było spalić kalorie i kupić „coś lepszego”, niż słodycze np. płatki kukurydziane, musli, bo są bez cukru i „zdrowsze”. I się tym napchać. To wszystko, może wydawać się absurdalne, ale dla mnie to było śmiertelnie poważne. Przez około siedem miesięcy prowokowałem wymioty co drugi dzień, czasem to było dwa razy dziennie. Przekroczyłem cienką granicę, nie zahamowałem się w porę. Zdawałem sobie sprawę, że długo tak nie wytrzymam. Będę odczuwał tego przykre konsekwencję zdrowotne i emocjonalne. Ile można tak wymiotować? Jak długo można tak źle się czuć i mieć taki stan emocjonalny?

To wszystko doprowadziło mnie do braku szacunku do siebie i innych. Utraty zainteresowania zwyczajnym dniem. Rano nie chciało mi się wstać albo z nerwicy budziłem się po czwartej godzinie i nie wiedziałem co robić. Gigantyczna pustka, która chętnie zapełniła się żarciem i śmieciami. Rzadko, używałem słów „posiłek”, „jedzenie”. Miałem nogi jak z betonu, brzuch wzdęty, lęk przed próchnicą i urazami przełyku. Waga ciała skakała jak szalona. W przeciągu dwóch miesięcy schudłem 6 kilo, ważyłem około 60 kg, miałem ledwo 3,2% tłuszczu w ciele. Co przy moim wysokim wzroście, dawało wynik 16,6 BMI. Nie mogłem oddać krwi z powodu niedowagi. Również, były skoki masy ciała. Miałem okres, kiedy tyłem 1 kg na tydzień. Przez ponad miesiąc.

Przez pewien czas podobało mi się bardzo, że mogę żyć w ukryciu, ucieczce. To było takie duże Uff. Mogę jeść i mieć święty spokój. Jedzenie to najlepsze, co przede mną. Już nic więcej nie muszę. Bezpieczna jaskinia, nie muszę uprawiać sportu, osiągać wyników, robić to co lubię. Choć źle się czułem, nie realizując ambicji. Dlatego jadłem.

Z dzisiejszego dnia widzę jak niesamowite jest, że tak szybko wracamy do równowagi, jeśli na to pozwolimy. A ból można na nowo wypełnić wartościami.

*

Lustro, które mówi. To najpełniejszy wyraz tego co widziałem w odbiciu lustra w ubikacji, kiedy wymiotowałem. Brudna dłoń z wymiocinami, zapłakane oczy i drżenie ciała. W tamtym dniu, który zapadł mi mocno w pamięć, uświadomiłem sobie, że kiedyś się to skończy. Zobaczyłem sytuację z innej perspektywy. Straciłem mnóstwo czasu, jestem uwikłany w cholerny przymus. Jest stres, napięcie. Wracam do domu i mam upodobanie w jedzeniu. Byłem pewny, że kiedyś się to skończy, musi się skończyć. W najbliższych miesiącach się tak nie stało, jednak odzyskiwałem równowagę i małymi krokami uczyłem się nowych nawyków.

Kolejnym definitywnym momentem odbicia wilka było przeznaczenie. Po około roku od zdania sobie sprawy, że jestem na dnie. Pojawiło się nowe hobby, pasmo sukcesów, docenienie zwyczajnych rzeczy. Docenienie czasu, który owocuje w zrealizowane cele. Czułem przeznaczenie na każdym kroku: to, że studiowałem dany kierunek, poznanie danych osób, poznanie dziewczyny itp. Na pewno moim przeznaczeniem nie było przejadanie się, nienawidzenie siebie i utrata ducha.

Teraz wiem, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zdałem sobie sprawę, że normalność to błogosławieństwo. Normalność to słowo, które dzisiaj bardzo cenie. Najważniejsze dla mnie jest, żeby było normalnie, bo to rzutuje to na moje wybory i relacje z innymi. Przykładowo, strasznie się frustruję, jeśli ktoś przejmuje się błahostkami, „problemikami”, bo nie zaliczy roku studiów, boi się krytyki szefa i tysiące spraw codziennych pełnych presji. To wszystko jest nic w obliczu straty samego siebie, utraty tożsamości, bycia niewolnikiem uzależnienia. Zaburzeni -podkreślam, nie choroby! Czasem zaburzeni są chwilowo, czasem ta chwila jest dłuższa. W każdej sytuacji potrzeba dużo rozmowy, dzielenia się przeżyciami. Potrzeba mnóstwo siły i nadziei.

Najważniejszy krok do zmiany, to odwaga następnie szczerość oraz skonfrontowanie się z rzeczywistością. Dorzuciłbym tutaj pojęcie „nie-chcenia”. Nie chcę tego, nie można chcieć! Podczas, pierwszego usłyszenie takiego hasła z pewnością wydaje się to absurdalne. Potrzeba dystansu i spojrzenia na to ze spokojem A niechcenie w tym pomaga! Niech się dzieje zgodnie z dobrym nastawieniem, bez komplikacji.

Także ważne, by nie wpadać w takie stereotypy, że alkoholikiem jest się do końca życia, czyli zaburzonym na tle odżywiania, również.

Nie jestem idealny i trafiają mi się przejedzenia, prowokowałem wymioty parę tygodni temu, nie robiłem tego już od ponad roku. Patrzę na to normalnie, czyli nie jestem zadowolony, ale idę dalej. Pozwalam sobie na bycie sobą, na bycie lepszym sobą, ale także na pomyłki. Zmieniłem przekonanie. Nie karzę się za nie, lecz próbuje zrozumieć. Patrzę na życie naturalnie i zdrowo. Poznałem co to zniewolenie umysłu i ciała i zmieniłem się diametralnie. Poczułam miłość, emocje, entuzjazm, chęć dzielnia się radością. Otworzyłem się dla innych, zacząłem ufać. Stałem się dawcą oraz odbiorcą otoczenia. Pomogła mi medytacja i w końcowym etapie umocnienia miłość Boga. Idealne podejście, miłość Chrystusa, który nigdy nie potępił. Wiedział, że człowiek nigdy w pełni się nie odmieni. Nie ma innego sposobu jak umiłowanie, pokochanie i odnalezienie miłości w nim, w sobie i innych. Tego, życzę każdemu dla którego życie to walka.

Jaki widzę krajobraz po bitwie? Bezpowrotnie straciłem to co najważniejsze: czas i miłość. Pojawiały się w moim życiu rozdziały na bakier z prawem. Pierwsze kradzieże sklepowe, czułem chęć zrobienia czegoś na opak. By móc zatrzymać ten ślepy pęd zaburzenia, móc stać się kimś. Nie liczył się kolejny dzień, następny rok. Istniał stan teraz, jeśli lubisz jeść to jedz. Możesz zjeść dużo. Taki schemat myśli i ciągłe napięcie psychiki nie dawały wolności umysłu.

Wtedy kupiłem buty do biegania w przekonaniu, że odwróci to uwagę i spowoduje skupienie się na sporcie. Poczułem, stare dobre emocje: satysfakcję z treningów, zawodów, wygranych. To wszystko co straciłem, bo zabrakło mi samozaparcia, wytrzymanie w kryzysie. Było mi strasznie żal. Zniszczyłem się przez obżarstwo. A buty biegowe, przeleżały trzy lata i dopiero teraz doczekały się używania.

Teraz biegnę szczęśliwy, jak ten wilk, który tym razem kojarzy się z siłą i dostojeństwem, a nie upodleniem.