Hej kochana. Wchodzisz sobie jak gdyby nigdy nic na swój ulubiony blog Wilczo Głoda, po to żeby jeszcze raz przeczytać artykuł piątkowy lub wtorkowy, a tu… nowy post! W niedzielę??? No takich cudów to jeszcze świat nie widział!

Ano postanowiłam, że od teraz będę publikować trzy artykuły tygodniowo, a jeden z nich poświęcę tylko i wyłącznie wam i waszym historiom.
Wielokrotnie słyszałam, świadectwa wyjścia z zaburzeń odżywiania, są bardzo motywujące, a ja mam ich – bez przesady – tysiące. Czemu by więc nie wrzucać ich częściej, bez szkody dla moich własnych artykułów?

Od dzisiaj więc, co niedziela, znajdziesz tu historię Wilczycy, która pokonała swój problem. Zobaczysz, że są to dziewczyny zupełnie takie jak Ty, a więc… Ty też możesz to zrobić. Nie w jakimś magicznym „kiedyś”, ale TERAZ.

Jako pierwszy, publikuję list Marty. Trochę dziwna historia, ponieważ list wpadł do spamu, a znalazłam go dopiero po 1,5 roku i wtedy odpisałam. Tak jednak widocznie miało być.
Zresztą przeczytaj sama:

Do Wilczogłodna 12 Sierpnia 2017, 07:37

Cześć,

Pisałam już kiedyś do Ciebie na Fb (grudzień?, styczeń?). Wymieniłyśmy wtedy kilka wiadomości, wspomniałaś o mentoringu. Ja wtedy byłam w jednym z „lepszych momentów”, bez ataków przez dłuższą chwilę (dłuższa chwila to może z 10 dni) więc myślałam sobie ja nie dam rady? Przecież kiedyś „się udało się” 3 miesiące (kiedy przyznałam się rodzinie), to teraz dam razy na ever.

I tak właśnie siedzę teraz w nowej pracy, weekendowy dyżur, nikogo w biurze, nic się nie dzieje. Słychać tylko moje pochlipywanie i co jakiś czas smarkanie w chusteczkę. Po raz kolejny wracam do Twoich postów. Po raz kolejny ryczę jak bóbr, bo wszystko co tu publikujesz jest mi tak bardzo znane, wszystko przeżywam – setki razy to słyszałaś – jakby wyciągnięte z mojej głowy. Aktualnie jestem w jednym z najgorszych momentów jakie pamiętam. Dobrze, że praca mnie trochę dyscyplinuje, inaczej byłoby jeszcze gorzej…

3 tygodnie temu skończyłam 27 lat. Zaczęło się jak zawsze – chciałam być szczupła, tak jak koleżanki podobać się chłopakom. W grudniu moja bulimia skończy 9… Też niezły wynik. Nie mam nic, nic nie potrafiłam osiągnąć, nie potrafiłam spełnić swoich marzeń, zostać tym kim chciałam być. Sypie się kolejny „związek”, zanim tak naprawdę się zaczął. (…)
Ja znowu nie mam już siły by tak żyć. Nie chce tak, bo to nie jest życie. 1000 razy myślałam, że najprościej byłoby to wszystko skończyć i byłoby z głowy. Na szczęście resztki oleju mi gdzieś tam jeszcze zalegają w głowie. Na szczęście cały czas wiem, że mogę jeszcze być szczęśliwa, że mogę spełniać marzenia, że mogę je w ogóle mieć…

I nie chodzi tutaj o tego faceta. To co się dzieje, to jest tylko kolejny czynnik który uświadamia mi w jak bardzo złym miejscu jestem. Krzywdzę siebie, krzywdzę innych. Ania, ja sobie poradzę, tylko poprowadź mnie proszę na początku, przez to najgorsze, przez to czego nikt mnie nigdy nie nauczył, a ja sama nauczyć się nie potrafiłam. Pomóż mi, proszę jeśli tylko chcesz i możesz.

Marta

Do Marta 3 Stycznia 2019, 09:24

Hej kochana,

Właśnie porządkują swoją skrzynkę mailową w zakładce spam i trafiłam tu na Twój mail. Jeżeli nie napisałaś do mnie jeszcze raz, to pewnie nie odpisałam.
Czy już wszystko ok? Czy mogę jakoś pomóc?
Aż mnie serce boli, że nie odpisałam!

Ania

*

Do Wilczogłodna 3 Stycznia 2019, 11:22

Cześć,

Dzięki za odpowiedź – trochę czasu minęło. Przynajmniej nie czuję się już „olana” 😀
Często, kiedy czytałam listy, które publikowałaś, chciałam napisać do Ciebie jeszcze raz. Napisać o tym jak bardzo, bardzo ważna jest motywacja… Teraz w sumie mogłabym napisać tylko: dzięki, wszystko OK… ale moja historia to kolejny przykład tego, że absolutnie wszystko siedzi w naszych głowach. Postaram się krótko.

Aż się boję czytać treść tego maila, który do Ciebie wysłałam, bo pamiętam jak bardzo było mi wtedy źle i jak bardzo nieszczęśliwa byłam… Serio – nie widziałam żadnego wyjścia, tylko czarną otchłań, która mnie wciągała coraz bardziej i bardziej.
Ale życie, jak to życie, potrafi Tobą zakręcić, zatrzymać Cię twarzą zwróconą w totalnie innym kierunku i powiedzieć: „Idź, ale masz tylko jeden kierunek – przed siebie”. Dramaty i nieszczęścia stają się największą motywacją do walki…
Kupiłam kiedyś Twój jadłospis. Do teraz leży w szufladzie – nie przygotowałam z niego ani jednego posiłku (ale kiedyś to zrobię, na pewno!). Twoje rady – nie byłam w stanie ich wprowadzić w życie. Zupełnie mi na sobie nie zależało. Nie potrafiłam wziąć się w garść. Do czasu.

U mojego taty zdiagnozowano białaczkę. Przez dłuższy czas nie wprowadzano żadnego leczenia, bo to rodzaj białaczki przewlekłej, takiej, którą na początku tylko się obserwuje. Do czasu – w czerwcu 2018 usłyszeliśmy, że konieczna będzie chemioterapia. Sama dla siebie nigdy nie byłam ważna (jak dobrze wszystkie to znamy), niewiele było rzeczy, które mnie cieszyły, których mi brakowało. Nie wyobrażałam sobie natomiast, jakby to było bez ojca (ciągle nie chcę o tym nawet myśleć). To na nim najbardziej mi w życiu zależy. Mogłabym się rozpisać dlaczego, że jedyny facet który mnie nie zranił, nie oszukał, dla którego ja byłam najważniejsza itd., itd. ale chyba nie ma takiej potrzeby – ogólny sens jest.

Dostałam nagle liścia w twarz. *Ding, dong* ojciec może umrzeć. Chyba nic innego do mnie tak w życiu nie trafiło.
W kwestii wiary wciąż trudno mi powiedzieć: czy wierzę i w co wierzę… Ale wtedy pomyślałam sobie OK, dla taty, może trochę dla mnie: „Boże, czy jakakolwiek Siło, która być może tam jesteś. Ja nigdy więcej nie zmarnuję ani grama jedzenia specjalnie. Przyrzekam. Nigdy więcej nie sprowokuję wymiotów. Tylko ocal mi tatę, ja sobie bez niego nie dam rady”.

No i to była moja motywacja. Jakby nie patrzeć, straszna odpowiedzialność: a co jak sobie nie dam rady, co jeśli ja się obeżrę, przegram moją walkę, która stała się dla mnie walką już nie o siebie, ale o tatę…?

To było 11 czerwca. Pamiętam, bo to był pierwszy dzień (kolejnego) pobytu taty w szpitalu. Powiedziałam wtedy „dość” i przestałam być „chora” na bulimię. Tak naprawdę z dnia na dzień, z minuty na minutę. Klamka zapadła, już nie można. Życie mną zakręciło. Zatrzymało i powiedziało idź, jak w tej zabawie z zerówki, kiedy masz z zawiązanymi oczami złapać inne dzieci.

Trochę się na początku chwiałam, ale ani razu nie upadłam. Znalazłam swoją drogę i teraz sama nie mogę zrozumieć jakim cudem trwało to wszystko prawie 10 LAT! Przykro mi, że je straciłam, ale już trudno, nie odstanie się. Jestem też pewna, że nie wrócę do wilczych nawyków. Kurczę, jest zbyt fajnie teraz! Sama dla siebie jestem zbyt ważna. Polubiłam siebie 🙂 Zaakceptowałam cellulit i oponkę 😀 Jem wszystko (aczkolwiek mniej jasnego chleba czy ziemniaków, z fast foodów czasem frytki, czasem kebaba – raz na kilka miesięcy zdarzy się dzień „ale-bym-zjadła-coś niezdrowego”). W lecie lody, przez święta ciasta. Z umiarem, ale wszystko.

Dużo się ruszam: w sezonie (powiedzmy kwiecień-październik) do pracy jeżdżę rowerem – 30 km w jedną stronę. Nie dlatego, że się zmuszam, nie dlatego że czuję, że muszę – po prostu lubię 🙂 w zimie raczej treningi w domu, ze względu na to, że jeżdżę na szosie – raczej niebezpiecznie byłoby na zewnątrz.
Kurczę, miało być krótko… Już kończę.
Najważniejsze: tata po chemioterapii ma się dobrze. Ja mam się dobrze. On ze świadomością tego, że ze mną już wszystko OK (bo wiedział o wszystkim) ma się jeszcze lepiej.
Podsumowując – dobra motywacja daje lepszego kopa niż cokolwiek innego. Nic nie dzieje się bez przyczyny. I z najgorszego bagna można wyjść.

Dzięki za troskę i pozdrawiam,

Marta.

P.S. Dalej Ciebie czytam – lubię. Mimo, że ja poradziłam sobie w gruncie rzeczy sama, to robisz kawał dobrej roboty!

*

A może Ty jesteś bohaterką motywującej historii, którą chciałabyś opowiedzieć? Jeżeli tak, napisz do mnie na wilczoglodna@gmail.com, albo podziel się nią w komentarzu.