Chodzi tylko o głupie 3 kilo, ale tak – tak właśnie tak się stało. Przyznaje bez bicia.
I nawet nie będę udawać, że nie wiem dlaczego.
Po prostu ostatnimi czasy wyrobiłam sobie kilka niefajnych nawyków, które jak chwasty, bardzo szybko zapuściły korzenie w mojej codzienności.

Moje trzy grzeszki:

1. Mniej ruchu
Pracuję teraz intensywnie nad moją najnowszą książką (premiera w kwietniu) i siedzę przyklejona do komputera od rana do nocy.
Wcale nie jest lepiej w weekendy, które poświęcam nagrywaniu i edytowaniu filmików na mój Wielki Kurs Online.
Będzie to kompletny poradnik wraz z ćwiczeniami i zadaniami, pomagający wyciągnąć się samodzielnie z Wilka, za pomocą mojej metody.
(Też postaram się go wypuścić w kwietniu)

W każdym razie; dwa duże projekty, a więc liczba tak zwanych d***- godzin się potroiła.

Co mnie wcale a wcale nie usprawiedliwia. Mogę sobie, na boga, zrobić przerwę, co?

2. Jedzenie na noc.
Mówicie mi: „Ania, od jedzenia na noc się nie tyje. Tyje się od nadwyżki kalorii”.
Otóż to.
Zupełnie niepotrzebnie zrobiłam sobie nawyk podjadania późno wieczorem, przed telewizorem.
Zawsze o 22.00 zamykam komputer i oglądamy z moim chłopakiem serial. On sobie wyciąga swoje chipsy (czego litościwie nie komentuję), a ja swoje owoce z jogurtem.
Jakaś nowa moda, cholera.
Ani mi to potrzebne, ani to mądre.
Jadłam by jeść, zupełnie bez pomyślunku.

3. Nie mam czasu na gotowanie.
Dlaczego? Patrz punkt pierwszy – zapierdziel.
A więc opuściłam się w jakości moich posiłków: byle szybko, coś z mrożonki.
Nie to, że przerzuciłam się od razu na chemiczny syf. Prawie wszystko co jem jest nieprzetworzone i zdrowe, ale codziennie to samo – monotonnie, w biegu, bez uważności.
A przecież czas na coś TAK ważnego zawsze można wygospodarować!

*

No i to wszystko sprawiło, że przytyłam sobie te kilka kilo.

Czy jest powód do paniki? Absolutnie nie!
To NIE 30 kg, ani 300 kg, ale jakaś zupełnie nieznacząca ilość dodatkowej masy ciała.
To jest MAŁY problem i w końcu widzę go we właściwym świetle.
Nie reaguję, jakby był to koniec świata.
Ale reaguję.

To tak jakby na środku nosa wyskoczył mi pryszcz.
Nie zacznę panikować i szukać chirurga plastycznego – głodówka, dieta, płacz.

Nie zignoruję także tego faktu – Eeee, niech se rośnie (pryszcz, zadek?). Kupię sobie nowe spodnie i już. To nie jest dbanie o siebie. To nie jest bycie dla siebie dobrym rodzicem!

I nie będę też czekać, aż z małego pypcia zrobi się parch na pół nosa – Oj tam, oj tam, dalej będę popełniała te same głupie błędy i tylko zmieniała rozmiary spodni, aż obudzę się z… nadwagą może?
Oczywiście to się nie stanie, ale obrazuję tutaj mój tok myślenia.

A więc działam – spokojnie, z rozwagą i szczerze mówiąc – całkiem tą sytuacją rozbawiona.
Że i mój mentorski, „ekspercki” nos, został elegancko utarty.
Bo tak; moje własne zasady tyczą się i mnie. (Szok i niedowierzanie!)
To, że wyszłam z bulimii, to nie znaczy że mam sobie teraz bimbać do emerytury.
Uwaga, teraz będzie wypowiedź filozoficzna: Dupsztel puszczony samopas ma tendencje do rozrostu wszerz.
Amen.

*

Wiem, też że niektóre z was się przeraziły – dżizas, jak i Gruszczyńskiej się zdarza, to ja na bank z tego nie wyjdę!
Nic podobnego.
Podkreślam: to czego teraz doświadczam to nie NAWRÓT, wpadka, potknięcie czy porażka.
To nie ma nic wspólnego z kompulsywnym jedzeniem.
Ten problem już mnie nie dotyczy.
Koniec kropka.
To tylko efekt zaniechania moich cennych przyzwyczajeń – ruszać się i dbać o to co się je.
Dbać, a nie fiksować się!
Tak jak dba się o cerę, by nie mieć rzeczonych pryszczy.

*

A więc teraz korzystam z tej wspaniałej okazji, którą dał mi sam los, aby powrócić do siebie, taką jaką znam i lubię najbardziej.
Chcę Ci pokazać, że można to zrobić z głową i bez paniki.
Tak, jak to opisałam w książce „To nie jest dieta”, którą sama zacznę wypełniać!
Podeprę się także jadłospisem wegańskim Agnieszki Pietrzyk i będę wymiatać.

Jeżeli masz ochotę, dołącz do mnie! Dzisiaj zaczynam.
Moimi postępami będę się dzielić na YouTube i na Instagramie.

I spokojnie kochana, wszystko jest pod kontrolą. Ok?