Dzisiaj list Ani z którą korespondowałam przez kilka lat. Jak widać, była to korespondencja owocna.
*
Drogie dziewczyny, kobiety, kochana Aniu.
Moja historia będzie kolejnym świadectwem, kolejny potwierdzeniem skuteczności,,metody Wilczo Głodnej”.
Zwrócicie tutaj proszę uwagę na to, że metoda Ani jest bardzo elastyczna, bardzo indywidualnie dopasowana, mimo że jej ogólne zasady są zgodne z prawami natury, prawami świat.
Zacznę może od tego, że na bloga Wilczo Glodna trafiłam kila dobrych lat temu, kiedy byłam jeszcze dosyć młodą 26-27 letnią dziewczyną, bardzo pogubioną w życiu: zawodowo, uczuciowo, i oczywiście jedzeniowo.
Moje problemy z jedzeniem kompulsywnym, wymiotowaniem zaczęły się (jak dowodzi wilczo głodna i ja to potwierdzam) od prób odchudzania się jakoś przed maturą. Próby nie były udane, miałam (jak wtedy myślałam – za słabą wolę) i po kilku dniach niedojadania, nadrabiałam z nawiązką. Później próbowałam biegać, żeby nieco zrzucić – bez większego efektu.
Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy miałam jakieś zatrucie pokarmowe, prze cały dzień nie mogłam nic jeść i z satysfakcją wieczorem zauważyłam że mam taki ładny, płaski brzuch, że jestem taka wiotka, szczupła – postanowiłam na siłę utrzymać ten stan. I wtedy się zaczęło, szukanie inspiracji w internecie, prowadzenie bilansu zjedzonych kalorii, spalanych podczas ćwiczeń.
Pamiętam, że potrafiłam zjadać dziennie jedno duże jabłko i mieć przy tym siłę, na jakieś ćwiczenia.  Taką metodą (głodzenie się + ćwiczenia) schudłam ok 10 kg w miesiąc. Oczywiście nie umiałam utrzymać tej wagi, nie umiałam jeść normalnie, nie widziałam, jak się powinno żyć w takim szczupłym ciele. Dodam, że nie miałam nigdy anoreksji, miałam może 2-3 kg niedowagi w moim najszczuplejszym okresie.
Udawało mi się chyba utrzymywać tą wagę przez ok rok lub nawet dłużej, pilnując się każdego dnia.
Później zadziało się to, co musiało się wydarzyć i co wszystkie dziewczyny potwierdzają – napady na jedzenie, bezkarne (jak wtedy myślałam) objadanie się wszystkimi dotychczas zakazanymi produktami; tycie, cellulitis, rozstępy, problemy hormonalne ciągnące się latami.
Jeśli chodzi o wymiotowanie, to nie za bardzo potrafiłam to robić, więc zdarzało się  to rzadko, ale za to cały czas na przemian głodziłam się i objadałam. Potrafiłam przez 3 dni zjeść po 600 kcal, żeby później przez tydzień zjadać po 3000 kcal. Totalny bezsens, strata czasu, pieniędzy, zdrowia, pogorszenie relacji.
Później latami próbowałam szukać jakiegoś rozwiązania tej sytuacji, poprawienia mojego życia, chyba nigdy się nie poddałam i w końcu się udało. Chodziłam do psychologów, na terapię, na coaching, czytałam książki, chodziłam do AŻ – wszystko działało, ale tylko trochę.
W pełni zadziała dla mnie wyłącznie metoda Ani. Nie kupowałam mentoringu, ale czytałam, studiowałam bloga, robiłam notatki, analizowałam wszystko co pisze Ani i przede wszystkim testowałam to w swoim życiu. Stopniowo zaczynało być lepiej, zaczęłam bardziej ogarniać moje życie i moje jedzenie.
Z pomocą Aniu unormowałam to, jem aktualnie wszystko ,,na legalu”, czyli dałam sobie pozwolenie na jedzenie wszystkiego, co zechce mój organizm, ale z zachowaniem wiedzy, którą mam i mądrego podejścia.
Staram się wykorzystywać, to co wiem na temat jedzenia (że wszystko jest potrzebne, tłuszcz, białko, węglowodany) z tym, co wiem na temat szczęścia – że dla zdrowia i luzu psychicznego warto zjeść czasem ciastko czy lody.
I poniżej przygotowałam dla Was dziewczyny kilka moich przemyśleń, mam nadzieję, że będą pomocne:
1. Diety nie działają. Po prostu, wcześniej czy później wszystkie kg wracają, wraz z dodatkowymi problemami. Nie warto, są lepsze, prostsze i przyjemniejsze sposoby na wymarzoną sylwetkę.
2. Zadziała tylko taki sposób odżywiania, jaki jesteś w stanie prowadzić całe życie, przy tym funkcjonując swobodnie. Najlepsza jest droga środka (jak to nazwałyśmy z Ania), lub po prostu zdrowy balans, zloty środek – między tym jedzeniem, które jest odżywcze, zdrowe, a tym które jemy dla przyjemności. Między podażą węglowodanów, tłuszczy i białek. Balans między siedzeniem na kanapie a bieganiem na siłownię 5 razy w tygodniu.
I tutaj kluczowa wydaje mi się szczerość z samą sobą. Co jestem w stanie zrobić dla dobrej sylwetki? Co jestem w stanie robić długoterminowo, całe życie? Co mogę robić każdego dnia?
Co robiłam dotychczas? I wyciągnąć z tego taką statystykę, realnie spojrzeć na siebie, na to co mogę i co chcę robić.
3. Najlepiej będziesz się czuła psychicznie jak będziesz mogła jeść, to co lubisz, jak masz tą wolność w głowie, jak jest ta świadomość, że możesz zjeść wszystko, co zechcesz. Co też nie znaczy, że zawsze warto z tej możliwości korzystać. Trzeba mieć świadomość, że każde jedzenie jest dozwolone, ale nie każde warto jeść codziennie (np. słodycze).
4. Ja stosuję też taką zasadę, że wszystko można, ale z umiarem. Jak pizza, to można dwa kawałki, a nie np. całą na raz :) Można sobie podjeść dziś trochę, trochę jutro. Można zjeść pół czy ćwiartkę czegoś, resztą się podzielić z bliskimi.
5. Wszystkie skrajności są nie do zrealizowania w dłuższej perspektywie, a i w tej krótszej nie ma sensu ich stosować.
6. Ważny jest tez ogólnie taki luz w życiu, dystans do tego wszystkiego. Pewnie, że warto się starać, realizować swoje cele, ale na spokojnie, z rozwagą, stopniowo.
Ja na dzień dzisiejszy czuję się prawdziwie wolna od tych obsesji związanych z jedzeniem. Czuję, że mam z nim zdrową relację.
I potwierdzam, że jest to możliwe, nawet po latach zaburzeń odżywiania.
Trzeba szukać metody dla siebie, testować, eksperymentować, nie poddawać się.
Założyć sobie, że jest rozwiązanie i że ja je znajdę.
Dziękuję Ci jeszcze raz za wszystko Aniu !
Pozdrawiam serdecznie,
Ania