To moja korespondencja z Magdą, czytelniczką bloga. Tekst jest długi, ale warto przeczytać.

Cześć Ania,
Długo zwlekałam z napisaniem do Ciebie, jednak sytuacja, w której obecnie się znajduje zmobilizowała mnie do tego by zadać Tobie kilka pytań.
Trochę o mnie.

Kobieta, lat 38, bulimiczka od ok. 20 lat. Rozpoczęło się od herbatek z dodatkiem senesu i kruszyny, krótki epizod z wymiotowaniem, najdłuższy z przeczyszczaczami w różnej formie. Nie podciągałabym pod cały system bezpośrednio chęci kontroli wagi – wciągu tych 20 lat waga wahała się pomiędzy 53-55-58-60 a nawet 65 kg. Usprawiedliwienie? Nie wiem. Były okresy, kiedy nic nie jadłam i się przeczyszczałam.
Wyniki badań krwi – w normie, co zaskakujące, ponieważ jestem w stanie w trakcie dnia zjeść 20- 30 tabletek dulcobis i popijać sobie herbatę z rzewienia czy kruszyny – senes nie robi już efektu „wow”.

Byłam w kilku związkach – dłuższych, krótszych – epizodów nie biorę pod uwagę; Nigdy się nie przyznałam, nigdy też nie padło pytanie, dlaczego tak wiele czasu spędzam w toalecie i dlaczego tak ważna jest logistyka podczas dłuższych podróży (obczajka stacji paliw z wc itp.). Partnerzy nie wnikali – a może tak dobrze udawało mi się z tym żyć w ukryciu.

Obecnie od 5 miesięcy jestem ze wspaniałym facetem, u którego boku czuję się szczęśliwa, spełniona… jest mi dobrze… jest nam wspaniale… Niestety jest i „ona” – gwiazda nad gwiazdami – bulimia…
Chcąc być szczerą – bo na tym mężczyźnie mi zależy – przyznałam się do nawyku… On nie wie, nie rozumie, analizuje, szuka, czyta o wszystkich skutkach ubocznych, o wszystkich „efektach”, które nie dają „efektu”. Nie znam odpowiedzi na jego pytania… od czego to się zaczęło, czy wydarzyło się coś co spowodowało ucieczkę w „tic-taci” (FYI: tic-tacami nazywamy tabsy dulcobis);

Nawyk – jedzenia i przeczyszczania się, niejedzenia i robienie tego samego jest powodem wieczornych dyskusji a raczej monologu – w mojej ocenie… Brak odpowiedzi lub odpowiadania w wersji short powoduje, że mój partner denerwuje się coraz bardziej. Jest wrażliwym człowiekiem – za to go kocham… jednak postawienie przede mną wyboru – On czy „Ona” spowoduję, że zrezygnuję ze związku z mężczyzną i wybiorę – to co pewne, znane czyli relację z „Nią”;
Czuję poniekąd, że to nieuniknione. Czuję – wiem, bo mam gdzieś to wyryte w moim wnętrzu, że chcąc go ochronić, chcąc go odsunąć od problemu – to ja odejdę… to ja zrezygnuję ze wspaniałej relacji – po to by uniknąć rozmów, pytań, spojrzeń… Zranię jego… ale przecież i tak to robię… Czy zranię siebie – tak… ale pozostanę w objęciach bulimii – czyli poniekąd w gniazdku, które dobrze znam, w którym żyję od lat.

Zależy mi na moim obecnym partnerze… nie chcę jednocześnie wychodzić z bulimii. Mój partner nie rozumie, że nie chcę z tego wyjść – przytacza Twój przypadek i wiele innych, w których dziewczyny piszą o tym, jak stały się szczęśliwe po zamknięciu rozdziału z bulimią czy anoreksją.
Powiedziałam kiedyś: „nie reaguj, zostaw to tak jak jest – zagrożenia dla życia nie ma – więc po co się gotujesz”; Nie rozumie takiego podejścia.
Ania, prawda jest taka, że jesteśmy dorośli – każdy ma prawo robić to co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi.

Ja jestem szczęsliwa w związku z Nim i z Nią… Jestem wk** gdy ruszamy temat. Cała radość i chęć bycia blisko wówczas pęka jak mydlana bańka.
Szanuję Go, zależy mi na nim… a jednocześnie nie chcę zrezygnować z „tic-taców”; Nie wiem jak mam mu wytłumaczyć, że jedno nie wyklucza drugiego…
Nie wiem… co ma zrobić facet, jak ma się zachować w sytuacji, w której żyje, w której kocha bulimiczkę… Nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi na to pytanie…

Z całą pewnością – dziewczyny, z którymi prowadzisz korespondencje, z którymi rozmawiasz czy spotykasz się mają podobny problem… Chcą być szczęśliwe u boku tego jedynego faceta, jednocześnie nie chcą rezygnować z nawyku ale też chcą by mężczyzna był spełniony w tym związku…
Czy to realne? Czy to możliwe do spełnienia?

Magda

tabsy

*

Anna Gruszczynska <wilczoglodna@gmail.com>
20 Sep 2018, 18:59
to Magda

Kochana,

A wiesz, nie jesteś pierwszą osobą, która pisze do mnie o tym, że nie chce wyjść z bulimii.
Tylko jak podrążę temat, zazwyczaj okazuje się że to po prostu strach,
Syndrom Sztokholmski: „Nie wiem, jak to zmienić, boję się, no to przekonam siebie i jego, że wcale nie chcę.”

Bo pomyśl, czy naprawdę kochana jesteś taka szczęśliwa żrąc i srając non stop – za przeproszeniem?
Przecież jesteś mądra babka, mogłabyś robić o wiele więcej fajnych rzeczy. Przecież nie po to się urodziłaś by siedzieć w kiblu, nie?

A może masz poczucie, że jakbyś przyznała przed sobą, że to rujnuje Ci życie, związki itd, to musiałabyś spojrzeć prawdzie w oczy – że zmarnowałaś pół życia?
To straszne, prawda? Ale… no właśnie „ale”. Lepsza nawet najgorsza prawda niż pięknie zbudowane kłamstwo.

Oczywiście jestem w stanie to zrozumieć. Mi też tak było „dobrze” przez dłuższy czas, ale ja także nie widziałam z tego wyjścia (jeszcze wtedy nie było Wilczo Głodnej). Myślałam, że żeby z tym skończyć, to trzeba jeść normalnie, czyli 1200 kcal – tak mi się wtedy wydawało, że to norma dla kobiety. A że nie byłam w stanie tego zrobić, wolałam mieć bulimię.
Gdybym wiedziała, że to jest takie proste, to bym się w ogóle nie zastanawiała.

Ja myślę, że stać Cię na więcej i możesz z tym skończyć raz dwa. Tylko musisz się odważyć.

Jeżeli jednak zdecydujesz się do końca życia siedzieć w strefie komfortu (a nie będzie to długie życie, tak jak mogło by być), to myślę, że chyba lepiej uwolnić tę drugą osobę.

Ja jednak w Ciebie wierzę. Każdy może to zrobić.

Z całą miłością,
Ania

*

Cześć Ania,

Dziękuję Tobie za odpowiedź.

Tak jak masz to w naturze – tak i tu zebrałaś wszystkie „klucze” w jednym krótkim mailu.
Napisanie do Ciebie – trochę uspokoiło, trochę uporządkowało relację…
Mam czyste sumienie, że powiedziałam o tym również Tobie, że coś z tym zrobiłam – może to krok, a może kroczek… a może tak naprawdę stoję w miejscu?

Na pytanie – czy jestem szczęśliwa – żrąc i przeczyszczając się…? hmmm… jestem spokojniejsza, jeśli po zjedzeniu – mniejszym/większym zjem tic-taci. Tak określiłabym swój stan.

Jestem natomiast mniej szczęśliwa w sytuacji, w której miałabym jeść normalnie i nie robić z tym nic… Potrzeba kontroli? Zamiłowanie do sprawdzonego schematu? Bo co to jest jeść normalnie – sama o tym piszesz – dobrze wiesz, że to element, którego się należy nauczyć… i tu zgodzę się z Tobą… osoby z zaburzeniami nie wiedzą co to jest normalnie – albo za mało, albo za dużo, albo same śmieci nie dające energii.

Moje życie to nie jest wieczne stanie przy otwartej lodówce. Jestem aktywna zawodowo, dużo ćwiczę i biorę udział w zawodach biegowych. Przychodzą momenty, w których jestem jak studnia bez dna – można ładować jedzenie jak do worka i nie ma końca… Więc zgodzę się z Tobą ponownie, że nie urodziłam się po to by siedzieć na kiblu. Ale jestem częstym gościem… Są dni – a może bywały częściej… kiedy nie jadłam praktycznie wcale i też dobrze mi z tym było…

Wczoraj na zajęciach w fitness clubie pojawiła się była anorektyczka… wyszła z tego… z wagi „półpiókowej” jest już w wadze… w mojej ocenie – „nadprogramowej” – nogi szczupłe, jednak góra napompowana jak balonik… nie piszę jak balon – ale balonik…
Całe zajęcia zastanawiałam się nad tym jak się czuje? Bo różnica w tym jak wyglądała, a jak wygląda jest ogromna. Nie do końca jestem przekonana, czy czuje się OK z tym jak obecnie wygląda… odpowiem tak jak mi się wydaje – myślę, że „zrywa jej beret” jak widzi siebie taką „opuchniętą”… Mi by zryło… Kiedyś odważę się i z nią porozmawiam…

Co do kwestii, o której piszesz w ostatniej części – z tyłu głowy mam i zawsze będę miała to, że moja druga połówka pewnego dnia może spotkać osobę bez zaburzeń… z którą będzie chciała związać swoje życie… wówczas bez walki pozwolę mu odejść… nie będę sztucznie uszczęśliwiać… każdy zasługuje na normalność… każdy też w inny sposób ją interpretuje…

Pozostanę w kontakcie – jeśli zdecyduję się na wyrwanie ze strefy komfortu – wiem, że Cię o tym poinformuję…

Magda

*

Anna Gruszczynska <wilczoglodna@gmail.com>
Mon, 24 Sep 2018, 16:14
to Magda

Kochana,

Cieszę się, że dotarłam gdzieś do prawdy.
Bo właśnie prawda to coś czego tu brakuje; nawet w „nazewnictwie”. To nie są tik- taki, kochana. To są mocne środki przeczyszające, które za każdym jednym razem niszczą twoje ciało.
TO jest prawda, a nie żadne tik- taki.
Czytałaś to? http://wilczoglodna.pl/czy-warto-sie-przeczyszczac/

Ani jedna kaloria nie jest wyrzucana w ten sposób. To tylko woda- wyrzut sumienia.
Jeżeli zjesz, to nie musisz ‚”nic z tym robić”, organizm coś z tym zrobi – wykorzysta do życia. To jest cel jedzenia, o którym każda osoba w ED gdzieś zapomniała niestety.

Jeżeli jesteś aktywna MIMO zaburzeń, wyobraź sobie kim mogłabyś być i co osiągnąć bez tego? Ile książek przeczytać, ile pieniędzy zaoszczędzić i co z nimi zrobić – pojechać gdzieś, coś kupić, odłożyć? Ile dobrego mogłabyś z tym czasem zrobić; dla siebie, dla innych, dla – nie wiem- bezdomnych zwierząt, jeżeli np obchodzi Cię szczególnie ich los. Tak dla przykładu.

Co do anorektyczki, to tak, tak się z tego wychodzi – tyje na początku tułów, ale to tylko etap przejściowy i chwała jej za to, że ma jaja, aby przez niego przejść.
Bierz z niej przykład słońce, zamiast zastanawiać się, jak się czuje. Bo ja myślę, że czuje się w końcu jak ktoś, kto odzyskuje kontrole nad swoim życiem, jak ktoś kto wygrywa ze słabością i nałogiem.
Naprawdę spuchnięty tułów nie jest najgorszą rzeczą jaka może się przydarzyć człowiekowi.

Co do faceta, to nie jest tak, że on „spotka osobę bez zaburzeń” i sobie do niej pójdzie. Bo bycie z kimś to nie to samo co np. nabycie nowego odkurzacza, który można wymienić ewentualnie na model bez usterek. Miłość to coś więcej, a ten facet kocha Cię mimo zaburzeń.
Więc wyobraź sobie, co by było bez nich.

Ania

*

Cześć Ania,

Prowadziłyśmy korespondencję jakiś czas temu…
Nie wierzyłam, że będę kiedykolwiek w tym miejscu, w którym jestem obecnie.
Mój partner, który zmotywował mnie do działania stał się kilka dni temu moim mężem. Szok.

Opracował plan „schodzenia” z tabletek. Zaczynaliśmy od dwudziestu kilku dulcobisów – co tydzień zmniejszając dawki o dwie a następnie o jedną tabletkę. Kryzysowy moment – to ten, w którym widziałam 6,5,4 tabletki… przy 2 na dzień włączało mi się myślenie jak jeść i kiedy zjeść tabsy szczęścia.

Schodzenie do dwóch, jednej sprawiło, że czasem zapominałam, że przez cały dzień nie szukałam z obłędem w oczach „zbawiennego” środka.
Otóż mamy 29.05.2019, a wczoraj był pierwszy dzień bez wsparcia dulcobisowego. Zaczynaliśmy schodzenie chyba w listopadzie.
Fakt, spożywamy – razem więcej produktów zawierających błonnik – siemię lniane praktycznie jest we wszystkim.

Jeśli zdarzy się przegiąć z jedzeniem informuję Huberta – chociaż taki dzień był tylko jeden zaraz po ślubie – zmęczenie materiału i kręcenie się wokół spadów, które czekały na szarpnięcie z lodówki.

Piję herbatę od jakiegoś czasu – to, że mam w termosie zieloną, owocową i piję w trakcie dnia coś ciepłego pozwala mi nie myśleć o jedzeniu.
Żarełko postrzegam je jako energię, a nie wyrzut.

Jem śniadanie a podczas dnia pracy zabieram ze sobą zbawienne pudełko – marchewka/jabłko/seler/inne. Dobrze mi.

Oczywiście sport mi towarzyszy; rowery – spinning, bieganie w weekendy z psem… bo i drugi pies się pojawił, po to między innymi bym miała zajęcie.
Pamiętam dobrze swoją pierwszą przebieżkę w terenie, gdy nie musiałam schodzić ze ścieżki by „ten-tego”.

Szok! Miałaś rację – można z tego wyjść jak się tylko chce. Dziękuję Tobie za „opiernicz” w mailu, dziękuję za „wstrząs”.

Dziękuję Hubertowi za to, że mnie wspierał, za to, że zawalczył, że był stanowczy i konsekwentny w działaniu.

Nauczyłam się o bulimii mówić – przyznałam się rodzicom – fakt po przyjęciu weselnym. Otwarcie opowiedziałam o problemie „szczęśliwej Magdy” w pracy podczas jednego ze spotkań służbowych. Fajnie, że odnalazłam zrozumienie i akceptację…
Opowiedziałam o problemie swojej dobrej kumpeli Gosi – pamiętam jaki przeżyła szok.

Mam wspaniałe życie i nie zmarnuję go! Jesteś wielka!!!!
Jeśli pojawi się słabość wiem, że mogę o niej powiedzieć i wspólnie znaleźć wyjście a nie ucieczka w tabsy.

Magda