Oj temat kontrowersyjny. Jednak tym razem nie będę wkładać kija w mrowisko.

Jeżeli czytasz regularnie mojego bloga, to wiesz, że na temat bulimii i ED mam pogląd zupełnie odwrotny niż cały mainstream. Uważam, że bulimia to uzależnienie powstałe w wyniku długotrwałej diety, a nie choroba psychiczna. Tak jak każdy inny nałóg (alkohol, seks, narkotyki) przekształca się ono w końcu w emocjonalną protezę i pomaga radzić sobie z innymi trudnymi sytuacjami, jakie nas spotykają. Jednak jest to jego funkcja wtórna, a powstała tak, jak opisuję tu. Nikt przecież nie pomyślał sobie któregoś dnia: „Tak mi źle, że zwymiotuję”. Na początku zawsze jest kombinowanie z jedzeniem.

Jeżeli kiedykolwiek spróbowałaś „mojego” podejścia (podejścia Matki Natury i zdrowego rozsądku), wiesz że daje ono szybkie efekty. W skrócie: przestajesz się głodzić = przestajesz się objadać. Wtedy można zając się naprawianiem wszystkich innych chorych schematów, którymi kierujesz się w życiu. Robi się na to przestrzeń i czas.
No dobrze, ale co z terapią, na którą tradycyjnie, od lat wysyła się osoby cierpiące na ED? Co z lekami? Przecież niektóre z was mówią, że to działa.

Pod moim ostatnim postem pojawiły się dwa komentarze, gdzie dziewczyny opisują jak terapia pomogła im w uporządkowaniu spraw w życiu, a w efekcie w pozbyciu się Wilka. No i co ja na to?
Ja na to, że NIE PRZECZĘ. Absolutnie jestem zdania, że mądry, empatyczny terapeuta może tutaj dużo pomóc; może Cię zmotywować do zmiany, pokazać palcem jak bardzo czarno-biało myślisz, uświadomić Ci, że odchudzając się, niczego w życiu nie ugrasz, ani nie poczujesz się w żaden sposób lepiej.
W wyniku tej współpracy może nastąpić w Tobie potężna zmiana, która przekona Cię do jedzenia i….teraz czas na to co głosi, Brain over Binge, Bulimia Help Method, Eat Like a Normaln Person i także Wilczo Głodna; czyli TRZEBA JEŚĆ.
Bo bez tego nic z terapii nie wyniknie. Nic a nic.

Zgadzam się w 100% ze zdaniem Robin Noorwood, terapeutki uzależnień, autorki bestsellerowej książki o nałogu toksycznych relacji „Kobiety, które kochają za bardzo”:

„Kolejnym niepowodzeniem tradycyjnej terapii jest pogląd, że uzależnienie od substancji lub zachowania to tylko symptom, a nie podstawowy problem. To on musi być zaadresowany w pierwszej kolejności, jeżeli jakkolwiek praca nad sobą ma przynieść rezultaty. Często jest tak, że pacjent może dalej praktykować swój nałóg, podczas gdy terapia skupia się na odkryciu powodów takiego zachowania. To podejście jest absolutnie na opak i totalnie nieefektywne. Jeżeli alkoholik jest uzależniony od alkoholu, jego podstawowym problemem jest uzależnienie od alkoholu i na tym trzeba się skupić. Picie musi się skończyć, zanim inne aspekty życia zaczną się poprawiać. Szukanie podświadomych powodów picia, w nadziei że znalezienie ich sprawi, że alkoholizm ustanie, nie działa.”

Nic dodać, nic ująć.
Pamiętam, jak ja chodziłam na wszelkie terapie, na których ani słowem nie było wspominane jedzenie. Siedziałam tam i burczało mi w brzuchu z głodu, a jak tylko wracałam do domu, rzucałam się na lodówkę. Mało tego; czułam się usprawiedliwiona, bo przecież chodzę na terapię, leczę się, robię coś. Wiadomo, że to mus potrwać i nie przestanę objadać się z dnia na dzień. No to co? No to siup!

Nie rozumiałam jednej rzeczy: nawet najbardziej szczegółowa analiza życia, schematów postępowania, lęków i traum nie nałoży nikomu śniadania na talerz. Musisz to zrobić SAMA. A aby to zrobić, musisz wiedzieć, że właśnie w tym tkwi problem. A jak masz to wiedzieć, skoro nikt o tym nie wspomina?
Tego właśnie, moim zdaniem, brakuje w „klasycznej” terapii. Skupia się ona tylko na pierwszym kroku: gotowość do zmiany, ale nie mówi nic o tym JAK tę zmianę wprowadzić.
Takie są moje personalne doświadczenia oraz doświadczenia dziewczyn z którymi koresponduję, a są ich tysiące (11 000 maili na samym wilczoglodna@gmail.com).
I to właśnie od nich słyszę takie historie: Od roku, dwóch, trzech, trzynastu (moja rekordzistka) kopię wraz z terapeutą w swojej psychice. Dużo zrozumiałam, poradziłam sobie z wieloma nieprzyjemnymi rzeczami w moim życiu, stałam się lepszym człowiekiem, ale dalej nie mam zielonego pojęcia jak jeść.

Często też słyszę, że terapeuci odmawiają wręcz rozmowy o jedzeniu, twierdząc że to tylko przykrywka prawdziwego problemu (tak jak to było u Ani). Wynika to ze wspomnianego wyżej przekonania, że jak tylko znajdziesz przyczynę bulimii (na przykład przed czym uciekasz w jedzenie), to problem rozwiąże się sam.
I ja, tak samo jak Robin Norwood, buntuję się przeciwko temu podejściu. No bo JAK to się niby ma stać, skoro jesteś przekonana, że 1600 kcal to odpowiednia dawka dla dorosłej osoby?
A przecież taki komunikat jest wszechobecny. Dziewczyny są autentycznie zdziwione tym, że powinny jeść minimum 2000 kcal! Że w ogóle mogą jeść jak normalny człowiek i nie przytyć.
Ok, pewnie bywają też terapeuci, którzy zdają sobie z tego sprawę i mówią to swoim pacjentkom. Chwała im za to i oby było ich jak najwięcej!
Często jednak niestety słyszę historię, że ktoś latami szukał traumy, której nie było, albo dowiedział się na koniec, że „symbolicznie rzyga na całe zło tego świata”. No dobrze, ale co dalej?

Po raz kolejny proszę; nie zrozum mnie źle. Nie potępiam w czambuł wszystkich terapeutów jak leci. Potępiam niedorzeczne metody – bez względu na to, kto je poleca. Jak dla mnie mogą one pochodzić od samego papieża, ale jeżeli są bez sensu to nic tego nie zmieni.
Leków jako takich także nie potępiam. Kilka moich podopiecznych osobiście wysłałam do psychiatry, bo podejrzewałam u nich depresję, albo inne poważne problemy. Sama miałam kilka przypadków depresji w rodzinie i wiem jakie to niebezpieczne.
Ale znowu: leki pomogą Ci podnieść nastrój, czy pozbyć się lęków, ale nie włożą Ci magicznie kolacji do buzi.

Ja także, jak wiele z was, byłam na lekach. Dostałam je w 2000 roku, pod koniec dziesięciominutowej wizyty u psychiatry. To była totalna pomyłka, już nie wspominając o tym, że leki były na obniżenie apetytu! Efekt był taki, że nie chciało mi się jeść do 16stej, a potem włączał się instynkt samozachowawczy, który mnie do tego jedzenia zmuszał i zaczynał się atak żarcia.
Poza tym dostałam radę: Jeżeli chce Ci się jeść, zamiast tego wypij szklankę wody z cytryną. Miałam wtedy zaledwie 16 lat, a słysząc to, nabrałam przerażającej pewności, że w takim razie nikt mi nigdy nie pomoże.
Niestety czytam tę historię codziennie na nowo; dziewczyny na lekach tak silnych, że przesypiają pół dnia, a przez drugie pół… są na Dukanie, Dąbrowskiej czy innym dietetycznym wynalazku. (Nie mam nic przeciwko Dąbrowskiej jako takiej, ale to nie jest dieta odchudzająca, a już na pewno nie rozwiązanie dla ludzi z ED).

Chcę tutaj zapewnić, raz i na zawsze, że NIE JESTEM przeciwnikiem terapii. Dowód? Sama niedawno odbyłam takową – od sierpnia do października 2017.
Miałam bardzo ciężką sytuację rodzinną i nagle straciłam kilka punktów oparcia w moim życiu. Poczułam, że muszę pilnie udać się po pomoc.
Zgłosiłam się do terapeutki online. Nasze cotygodniowe sesje były dość intensywne. Pomiędzy nimi miałam różne zadania domowe, które chętnie wykonywałam.
Bardzo dużo mi to dało. Poza rozwiązaniem podstawowego problemu, z jakim się zgłosiłam, zrozumiałam także jak wiele duchów z przeszłości niepotrzebnie ciągnę za sobą.
Zrobiłam porządek z moim stosunkiem do rodziców, z moimi napadami złości, które miałam od zawsze (tak, tak) i wieloma innymi ważnymi sprawami. Przekonałam się, że na wiele rzeczy mogę wpłynąć, a nie że „tak mam” i koniec. Przewartościowałam także kilka niezmiernie istotnych spraw.
Jakość mojego życia bardzo się poprawiła i z całą mocą mogę powiedzieć, że stałam się bardziej świadomym siebie i zadowolonym człowiekiem. Jestem za to bardzo wdzięczna mojej mądrej terapeutce.
Po tych, nareszcie pozytywnych doświadczeniach, polecam terapię KAŻDEMU. Zawsze znajdzie się coś, nad czym można popracować i uczynić życie łatwiejszym.

Niemniej jednak podkreślam, że jeżeli chcesz wyciągnąć się z bulimii czy kompulsywnego objadania, sama terapia, bez idących za nią zmian w jedzeniu, niczego nie załatwi. Zgadasz się ze mną?

Napisz mi proszę co sądzisz i jakie są Twoje doświadczenia. Uczmy się od siebie nawzajem.