Dlaczego się objadam?
Pytanie które przewija się i na Wilczej i w dyskusjach na stadzie i non stop w Twojej głowie.
Dlaczego Ciągle to robię?

Idziesz więc po pomoc, bo to dawno już przekroczyło granice tego co możesz znieść.
I czego się dowiadujesz?

Że objadasz się, bo uciekasz od rzeczywistości.
Że zajadasz emocje.
Że to jest twój sposób na odreagowanie.
Że chcesz siebie zniszczyć.
Że nikt Cię nie kochał.
Że trauma, że matka, że ojciec i że prababka, której los odtwarzasz (Jak Ania)

Aha, spoko.
Tylko co zrobić z taką informacją?

A czy ktoś zapytał Cię kiedyś co Ty jesz i ile? Czy ktoś spojrzał na Twoją dietę?
Na Twoje przekonania na temat jedzenia?
Że gluten, insulina, laktoza, ketoza, redukcja, śniadania białkowotłuszczowowęglowodanowe (zależy czego akurat zakazują jeść), okno anaboliczne i okno żywienia.
Czy ktoś Ci kiedyś powiedział, że to wszystko bzdura na resorach, którą utrudniasz sobie życie?
Że sobie nią to życie uniemożliwiasz!
Czy ktokolwiek zainteresował się, że jesz 1200 kcal, zamiast 2400?
Czy ktoś nauczył Cię, że głos nałogu, który każe Ci lecieć o północy po wafelki, nie jest Twoim głosem i MOŻESZ go zignorować?
Czy raczej zajmowałaś się czym zupełnie bez związku z powyższym?

Przyczepiłam się?
A tak.
Znowu załączył mi się tryb „Bezczelna blogerka bez tytułów naukowych, poucza profesjonalistów”.
Ale teraz to wściekłam się na maksa.

Znowu trafiła do mnie siedemnastolatka struta psychotropami tak, że nie wiedziała jak się nazywa.           Wróciła właśnie z długiej tułaczki po szpitalach i z zawalonym rokiem w liceum.
I co?
Wystarczyło powiedzieć jej kilka banalnych prawd: Jedz śniadania, nie utuczą Cię, bo to co zjesz rano i tak się spali. Jeżeli tak zrobisz, chęć objedzenia się na wieczór zmaleje do niegroźnych rozmiarów.
Wystarczyło dać jej kilka narzędzi i oduczyć kilku głupot, które gdzieś wyczytała. Cud!

Tak proste, że aż niemożliwe?
No cóż, nie ma powodu by proste sprawy komplikować.

Albo tak jak wczoraj: Znowu pisze do mnie młoda matka, że daje zły przykład dzieciom.
Za co się obwinia? Za to że nie potrafi wybaczyć swoim rodzicom ich wiecznej nieobecności, a to sprawia, że się objada (substytuuje miłość).
Próbowała już na stu terapiach i nic.
Drążymy temat i okazuje się, że jest na diecie już dziesiąty rok (co roku innej, przerywanej na przemian napadami obżarstwa i harcorowymi treningami z wynajętym trenerem).
No to ciekawe co jest przyczyną jej bulimii? hmm…

*

Znowu ktoś wdepnął głębiej w bagno, tracąc czas na rysowanie uczuć, podczas gdy nałóg rozwijał się w najlepsze, a błędne koło przybierało swój ostateczny kształt.
Tak jak ja kiedyś:
Mój pamiętnik z liceum pełen jest rozważań jakie emocjonalne braki kompensuję rzyganiem (zadanie od lekarza ), podczas gdy obok wyliczone skrupulatnie kalorie które zjadłam: 234, 312, 507 (tu notatka: Ty gruba świnio!!!)

A ja po prostu chciałam TYLKO schudnąć… w bardzo nieumiejętny sposób.
Tak, wiem, zaraz będzie, że chciałam schudnąć, by zrekompensować owe braki emocjonalne.
A guzik!
Robiłam to, bo moja ostatnia dieta cud (wycięta z gazety przez mamę) zakończyła się gigantycznym jojem i spowolnieniem metabolizmu.
I myślałam, że jedząc 300 kcal, naprawię to.
Bo dla kogoś kto nie ma pojęcia jak działa metabolizm, logiczne jest, że jak się mniej je, to się chudnie, tak?

Do tego byłam osobą, która NIGDY się nie poddaje (mam tak do dziś), więc porzucenie mojego celu nie wchodziło w grę. Więc pociągnęłam swoją dietę do zaburzeń odżywiania.
No i w efekcie my tam sobie z przemiłą panią pitu pitu raz w tygodniu po godzinie (100 zł), a moje niewinno- głupie odchudzanie zmieniło się tym czasem w potwora.
Ja się zmieniłam w potwora, w Wilka, chodzącą maszynkę do żarcia pieniędzy!
Na tak wiele lat…

*

No dobra, po przydługim wstępie i kilku głębszych oddechach odpowiadam na pytanie.
Dlaczego się objadasz?

Z dwóch powodów:

1. Głodzisz się i dlatego twój instynkt samozachowawczy tak broni Cię przed śmiercią.
2. To już się stało nawykiem, nałogiem – jak wyciąganie papierosa do kawy.

Druga przyczyna może istnieć już niezależnie; bez tej pierwszej.
Tak jak to dzieje się u wielu moich podopiecznych:
Ania, ja się już się nie głodzę, ale jem bo… czuje silne emocje, albo nie czuję nic oprócz nudy, bo się stresuję, albo cieszę, bo jest piątek, bo jest sama w domu, bo dostałam awans, bo co tu robić wieczorem?

Tak jak alkoholik pije, bo dostał złą wiadomość (wyleciał z pracy) i dlatego że dostał dobrą wiadomość (urodził mu się syn)
I jak palacz, który sięga po papierosa, bo się zestresował, ale i dlatego że właśnie miał dobry seks (widziałaś to nie raz na starych filmach).
I absolutnie nie dlatego, że ucieka przed jakimiś tam emocjami, czy obrazem surowego ojca.
Dobra, może tak się to zaczęło – od zagubienia, ale teraz to nie ma już nic do rzeczy.

Ci nałogowcy mają fuksa. Ich nie traktuje się Seronilem, czy innym chemicznym specyfikiem (no dobrze, nie napiszę słowa, które mi się ciśnie na klawiaturę)

Oni uczą się jak radzić sobie z nałogiem i z nałogu wychodzą.
Amen.

*

Czy czepiam się specjalistów, tak zwanych?
Nie.
To są tylko ludzie, których tak nauczono w szkołach.
A Ci, co uczyli w szkołach, też nauczyli się tego w innych szkołach.
Ja wiem, że oni wszyscy chcą DOBRZE.
Ale system „leczenia” jest zły. Opiera się na fałszywych przesłankach.
Czy ktoś to jeszcze widzi??

Zresztą co się dziwić, skoro zaburzenia odżywiania rozpowszechnione na taką skalę to problem nowy. Ile ma lat? 30?
Nie ma jeszcze rzetelnych badań na ten temat.
Za to jest niedosyt bezczelnych dziewuch takich jak Kathryn Hansen i moja skromna osoba, które krzyczą, że nie tędy droga.

I z całym szacunkiem, ale zaburzenia odżywiania są tak niezrozumiałe dla ludzi, którzy w nich nie siedzą, że łatwo przypiąć im łatkę zaburzeń psychicznych.
No bo jak by inaczej? Młoda kobieta symbolicznie odmawiająca sobie pokarmu w akcie rozpaczy.           To takie wdzięczne i tak pięknie się spina.
Pani wymiotuje na zło tego świata (autentyczna diagnoza mojej podopiecznej).

No pięknie ładne, super.
Ale Ty czujesz, że to wszystko nieprawda.
Tylko… że już sama nie wiesz w co wierzyć.

Podejrzewasz, że dom, przeszłość i wychowanie nie mają tu nic do rzeczy.
Za to co jadłaś na śniadanie – owszem.

I ten męczący głos w głowie „Zjedz, zjedz” – też ma coś tutaj do gadania.
A Ty nie wiesz, jak sobie radzić.
I te utarte ścieżki – smutek – jedzenie, radość – jedzenie, nuda – jedzenie
Tyle razy powtarzane, że już sama nie wiesz co mogłabyś innego zrobić.

*

Wiem, że to kolejny teks, po którym posypią się na mnie gromy.
Ale wiem, że mam moralny obowiązek mówić o tym co widzę w codziennej pracy z moimi podopiecznymi.
Nie mogę milczeć, nawet za cenę ewentualnego ostracyzmu.

Ale mam także ogromną nadzieję, że Ty Wilczyco, rozpoznasz prawdę w moich słowach.

No nie jest tak?
Napisz mi choć krótki komentarz, że Ty też ją widzisz.

Bo tylko prawda ma moc, by nas wyzwolić.