Ostatnio słuchałam podcastu (zabij mnie, a nie powiem Ci jakiego, bo nie pamiętam) o tak zwanym efekcie „What a hell” czyli tłumacząc na polski „A co mi tam”.
Wywód tak naprawdę był krytyką idei abstynencji, tak szeroko rozpowszechnionej w leczeniu uzależnień.

O co chodzi?
Abstynencja to – jak sama nazwa wskazuje – całkowite powstrzymanie się od używania substancji, którą się odurzaliśmy – narkotyki, alkohol, jedzenie, seks itd. Ostatecznym celem jest zachowanie jej na zawsze. Wtedy nasz problem siłą rzeczy zniknie.
Niemniej jednak, nawet po jej wieloletnim okresie, dalej jesteśmy narkomanami, alkoholikami, żarłokami i seksoholikami. Do końca życia.

To podejście zostało sformułowane we wspólnotach dwunastokrokowych; najpierw w Anonimowych Alkoholikach, a potem innych wspólnotach, które postały na jej modłę – żarłokach, seksoholikach itd.
Abstynencja to – oprócz przerabiania programów kroków i opieki sponsora – ich „podstawa programowa”.

Kiedyś pisałam szerszy post na temat wpływu jaki wywarło AA na całe stulecie leczenia uzależnień i jak przestarzałe są niektóre założenia. Nie będę się tutaj więc powtarzać. Chciałam za to skupić się na aspekcie CAŁKOWITEGO i dozgonnego odstawienia swojej używki.

Jak to wygląda w praktyce? Wyobraź sobie, że kiedyś miałaś problem z alkoholem. Nie tykasz go jednak od 20stu lat i nawet o nim nie myślisz. Czy to znaczy, że nie jesteś już alkoholiczką? Ależ oczywiście, że nie. Jesteś nią do końca życia, tylko że teraz możesz nazwać siebie „zdrowiejącą” alkoholiczką. Twoje zdrowienie trwa tak długo, jak długo trwa Twoja abstynencja.  (Wyzdrowienie następuje, zdaje się, w momencie śmierci.)
I nagle przychodzi dzień ślubu Twojej córki, na którym wznosisz toast i z emocji wypijasz dwa łyki szampana. W tym jednym momencie z biernego alkoholika stajesz się czynnym i możesz wszystko zaczynać od nowa.

Albo jesteś tak zwanym „jedzenioholikiem” i raz zjesz coś spoza listy ustalonej ze sponsorem (jak odmówić pięcioletniej siostrzenicy zjedzenia cukiereczka?). No i do widzenia, jesteś w punkcie wyjścia.
Miałam kiedyś podopieczną, która była przez dobrych kilka lat w AJ i sprawowała się tam wzorowo. Raz jednak oblizała łyżkę w trakcie gotowania i skruszona wyznała to sponsorce. Dowiedziała się wtedy, że w takim razie nie jest gotowa na pracę na krokach. Amen.

Ok, wjeżdżam tutaj na wszelkie AA i AJ, ale fakt jest taki, że tym właśnie mitem, od stu lat przesiąknięte jest całe podejście do tematu uzależnień.  Polityka ZERO tolerancji ma się tutaj doskonale.

A to bardzo niebezpieczne podejście. Dlaczego?
Bo powoduje ono efekt „A co mi tam!”. Skoro już złamałam swoją świętą abstynencję, skoro już i tak napiłam się tego szampana, albo zjadłam tego cukierka, to równie dobrze mogę się nachlać lub obeżreć w trzy dupy. I tak już wszystko przepadło.
I leci.

Ile razy czytałam na Wilczym Stadzie, że ktoś się trzymał i trzymał i nie jadł słodyczy i nagle zjadł – o rany, rany – loda i wszystko szlag trafił na wiele tygodni. No bo co mi tam, skoro i tak już zawaliłam?
Przykro mi na to patrzeć, bo wiem, że nawet coś zjedzone, tak jak dawniej, z czystego „łakomstwa’, można wciąż potraktować jak wpadkę, a nie porażkę, po której nie ma sensu się starać.

Musimy zrozumieć też, że stuprocentowa abstynencja to niepotrzebne zawieszanie poprzeczki wysoko w chmurach. Przeskoczą przez nią tylko nieliczni. Cała reszta utonie zaś w swoim nałogu na wieki wieków.
W najnowszym nurcie leczenia uzależnień (śledzę ten temat namiętnie) stawia się poprzeczkę o wiele niżej. Jeżeli – mając problem z alkoholem – napijesz się jednego piwa na grillu, nie biczuj się. To nie znaczy, że możesz się teraz nabombić, bo nie wytrzymałaś. Po prostu napiłaś się jednego piwa i na tym poprzestań.

Jeżeli zjadłaś dodatkowe ciastko, czy nawet dodatkowe dziesięć ciastek, nie oznacza to, że jesteś beznadziejna i że wcale nie wyszłaś z zaburzeń odżywiania. Znaczy to tylko tyle, że zjadłaś dziesięć ciastek i teraz trochę boli Cię brzuch. To wydarzenie nie definiuje Cię jako osobę słabą lub na wieki uzależnioną.
Po prostu jesteś człowiekiem, a człowiek ma prawo do błędu.
Możesz  z tego błędu wyciągnąć wnioski i kontynuować drogę do góry, zamiast spadać na samo dno rozpaczy.