Czy to prawda? Czy alkoholikiem, narkomanem lub bulimikiem zostaje się raz na zawsze i do końca życia? Jak to jest w rzeczywistości?

Kiedy ja, wiele lat temu szukałam dla siebie pomocy w Internecie, ciągle napotykałam właśnie takie pocieszające stwierdzenia; z zaburzeń odżywiania się nie wychodzi. Można je ewentualnie zaleczyć – z pomocą sztabu lekarzy, dietetyków i wieloletniej terapii (najlepiej w szpitalu) – ale już do końca życia BĘDZIESZ bulimiczką, anorektyczką czym kim tam jeszcze. Sorry bejbe. Do tej pory słyszę i czytam takie rzeczy, napisane ręką tak zwanych specjalistów, ale i samych zainteresowanych.

I pewnie wiesz co Ci powiem, prawda? Że to nieprawda. I powiem to z całą mocą i odpowiedzialnością.
Ten pogląd jest z gruntu błędny i zaraz udowodnię Ci, dlaczego.

To może od początku. Skąd on się w ogóle wziął?
Wszystko zaczęło się w latach 30stych ubiegłego wieku, kiedy to niejaki Bill W. „cudownie” uwolniony ze szponów alkoholizmu (wobec dzisiejszej wiedzy jest to jak najbardziej wytłumaczalne, ale w tamtych czasach wyglądało to jak cud), założył wspólnotę Anonimowych Alkoholików. Jest to tak zwana wspólnota dwunastokrokowa, która zrzesza ludzi postanawiających trwać w abstynencji od swojej używki.

Twierdzenie na którym opiera się cała ich filozofia zakłada, że alkoholizm to CHOROBA. Właśnie tak po raz pierwszy określił go wspomniany Bill W. A skoro to choroba, to jesteś wobec alkoholu tak samo bezsilny jak wobec powiedzmy raka (to też nie do końca prawda, ale tak załóżmy na potrzeby tego artykułu). Trzeba więc z tą bezsilnością żyć, ale jeżeli prosi się o wstawiennictwo Siły Wyższej, możliwe, że uzyska się łaskę abstynencji.

AA bardzo szybko zyskała popularność i rozprzestrzeniła się na cały świat. Za jej przykładem zaczęły powstawać także inne wspólnoty – narkomanów, seksoholików, hazardzistów itd. No i oczywiście żarłoków (obecnie zwanych jedzenioholikami). Wraz z rozwojem tych grup, naturalnie rozprzestrzenił się i pogląd, że nałóg to choroba właśnie. I to choroba nieuleczalna – do końca życia.

To przekonanie zostało zintegrowane przez środowisko medyczne na całym świecie. Czy wiesz, że na przykład w USA, ludzi, którzy popełnili wykroczenie po pijaku, skazuje się na przymusowe uczestnictwo w grupach AA. Wysyła Cię tam też Twój domowy lekarz czy psychiatra, jeżeli zwrócisz się do niego z takim problemem.
Jest to oficjalna metoda leczenia nie tylko w USA. Ten model powszechnie przyjęty jest na całym świecie.

Oglądałam nawet niedawno film „Narodziny gwiazdy”, gdzie główna bohaterka Ally, mówi o swoim mężu, który jest alkoholikiem, że on jest przecież chory.
Tak głęboko zakorzenione jest to w naszych głowach.

nałóg

*

A skoro alkoholizm to choroba, to inne uzależnienia także. Chociaż dziwnym trafem nie wszystkie. Nie ma czegoś takiego jak papiersoholizm czy obgryzopaznokcizm. Taka na przykład bulimia jednak załapała się na pokład.

Ale do rzeczy; od lar 30stych ubiegłego wieku minęło prawie 100 lat, prawda? I co się przez ten czas działo?
Ano dział się bardzo intensywny postęp nauki. Rozwinęła się genetyka, psychologia, psychiatria, neurologia, kognitywistyka i inne dziedziny badające zależność między – nazwijmy to – biologią człowieka, a jego zachowaniem.

Oczywiście zaczęto badać także mechanizm powstawania i trwania nałogów. I co odkryto? To, że to zawsze będzie słaba strona ludzkości. Nasz mózg STWORZONY jest do „produkcji” nawyków. To jego wrodzona funkcja, strategia przetrwania i wręcz jedno z najważniejszych zadań do jakiego został powołany!
Nałogi zaś to nic innego jak nawyki, które nam SZKODZĄ.

Nawyk picia wódki i nawyk biegania to dla naszego mózgu jedno i to samo pod względem strukturalnym – powstaje tak samo, trwa w ten sam sposób i tak samo można go zakończyć.
Różnica jest tylko taka, że wódka nam szkodzi, a bieganie nie. Aczkolwiek bieganiem też sobie można zrobić niezłą krzywdę, ale to już temat na inny wpis.
No i taka – a to ważne – że wódce nadajemy magiczną moc kontrolowania naszego życia (o Jezu, jestem alkoholiczką jestem chora!), a bieganiu raczej nie.

I oczywiście przytaczam to wszystko w ogromnym uproszczeniu. Jak dokładnie działa mechanizm nałogu opisywałam na tym blog u i omawiałam do znudzenia na moim kanale YouTube. Odsyłam Cię więc do moich starszych materiałów.

Teraz jednak chcę zwrócić uwagę na coś innego. Mimo ogromnego postępu nauki i wniosków z tego płynących (prace chociażby Jacka Timpeya, Charlesa Duhigga, Kelly McGonigal, Mai Szalavitz, Roberta Rutkowskiego i wielu wielu innych), pogląd sprzed wieku, że nałóg to nieuleczalna choroba nadal ma się znakomicie.

A to produkuje strach, poczucie niemocy i faktyczną niemoc. No bo jak niby mam walczyć z czymś tak potężnym jak choroba bulimii, skoro nawet mój dziesiąty psycholog i piąty psychiatra rozkładają ręce?
Ostatnio pod którymś z postów pojawił się komentarz od byłej Wilczycy, która zwierza się, że nie wymiotuje już od 6 lat, ale dalej codziennie żyje w strachu, że „ta choroba wróci”. No ludzie no!

*

Zrozummy prostą rzecz; jeżeli bulimia wynika z wytrenowania mózgu w określony sposób (pomijając czy zaczęła się ona jako próba wołania o miłość czy próba zrzucenia kilku kilo), a więc jeżeli jest ona nawykiem, to dlaczego ma być niby nawykiem do końca życia?
Czyli co; nawyk dłubania w nosie czy obgryzania paznokci możesz porzucić, a nawyku obżerania się, wymiotowania (pozbawiania swojego organizmu i tak znikomych substancji odżywczych) a potem rzucania się na jedzenie (z głodu) – już nie?
I tu wcale się nie śmieję z tych paznokci. Są ludzie, który korzystają z pomocy terapeuty behawioralnego, bo obgryzają je do żywego mięsa. No im jakoś się nie mówi, że są chorzy na ten obgryoholizm, czy jak to tam nazwać.

Wracając do tematu: według teorii nieuleczalnej choroby, nawet jak się już odżywisz, przestaniesz wymiotować, przestaniesz się głodzić, przestaniesz – na boga- świrować z jedzeniem, to gdzieś w głębi Ciebie będzie i tak siedział uśpiony żarłok, który nagle obudzi się z okazji nawrotu i rzuci na czekoladę.
Przecież to absolutnie niedorzeczne!

Owszem, może tak się stać, ale tylko wtedy, jeżeli znowu zaczniesz się głodzić czy kombinować z jedzeniem. Ale skoro już rozumiesz działanie tego mechanizmu, to dlaczego miałabyś to robić?

*

Wyobraź sobie, że powszechną praktyką naszego społeczeństwa jest picie trutki na szczuty (dieta). Ona ma zapewnić piękny wygląd i szczupłą sylwetkę. Pijesz ją więc wraz ze wszystkimi i dziwisz się, że wyglądasz i czujesz się i co raz gorzej. Jesteś zdesperowana brakiem efektów, więc idziesz do lekarza lub innego specjalisty i dostajesz… więcej tej samej trutki (dieta), po której czujesz się i wyglądasz jeszcze gorzej. Naprawdę nie wiesz już co robić.

Aż nagle przychodzi ktoś i mówi: „Słuchaj, to jest trutka na szczury! Nie pij tego!”
A Ty uświadamiasz sobie w tym momencie, że to prawda! Od lat chodzisz STRUTA i nie masz za grosz efektów, o które Ci chodziło (dobre samopoczucie i szczupła sylwetka).
Czy więc mając tę świadomość dalej będziesz ją pić?

Czy wtedy będziesz potrzebowała też ciągłego antidotum w postaci terapii czy leków psychotropowych, by objawy ustąpiły? No nie. Po prostu odstawisz to gówno i tyle. Przejrzysz to całe parszywe kłamstwo na wylot i NIGDY więcej nie sięgniesz po nie.

I tak samo jest w kwestii picia alkoholu czy palenia papierosów. Jeżeli zobaczysz czystą prawdę o swoim uzależnieniu – zaprzestaniesz kontynuowania go tu i teraz.
I nie mówię tu o tej banalnej prawdzie, że to niszczy Twoje ciało, życie, finanse czy rodzinę. To widzi i wie KAŻDY uzależniony.
Ja tu mówię o innej prawdzie, takiej, że TY masz tutaj kontrolę, że żadna substancja Tobą nie rządzi i rządzić nie może, a Ty masz moc zmienia tego tak jak stoisz.
Myślę, że właśnie to stało się z Billem W i każdym, kto raz na zawsze rzucił swój nałóg w cholerę. To na pewno stało się też ze mną.
Bo wtedy widzi się jedno – człowiek był, jest i będzie na zawsze wolnym. Tacy się urodziliśmy i tacy umrzemy. Cała reszta to iluzja – kajdany z piasku i mgły.

A więc proszę Cię, nie kupuj tego smutnego, przestarzałego poglądu, że zaburzenia odżywiania to choroba, która może wrócić. Po pierwsze, żadna „choroba”, po drugie żadne „wrócić”.
To my to „wracamy” sięgając po trutkę, po którą sięgać wcale nie musimy.