Dzisiaj dalszy ciąg bardzo ważnego posta, odpowiadającego na kilka pytań:
– Ile jeść, żeby schudnąć?
– Co to w ogóle znaczy „schudnąć”?
– Ile je normalny człowiek i jak stać się nim na powrót?
– Dlaczego diety tuczą i co wie nasze ciało, czego my nie wiemy.

Upewnij się że go przeczytasz do końca.

Tak jak pisałam w poprzednim poście, każde ciało ma swoją idealną, zaprogramowaną genetycznie wagę. My – ludzie o mądrych mózgach – uważamy, że wiemy lepiej niż natura i próbujemy nią maipulować. Dlatego też jako jedyny gatunek na Ziemi wpadamy w zaburzenia odżywiania.
Codziennie dostaję na przykład takie maile:

Zawsze ważyłam x kg, teraz ważę o 7 kg mniej i w końcu siebie akceptuję! Chciałabym to utrzymać, ale teraz ciągle mam ataki objadania się, ciągoty na słodkie  Boję się, że przytyję. Co robię nie tak?

No WAŻYSZ nie tak. Nie tyle ile ZAWSZE ważyłaś i powinnaś ważyć!
Bo przecież skoro ta waga była taka, a nie inna, to znaczy, że było dobrze! Teraz Twój organizm w każdej sekundzie kombinuje jak to nadrobić straconą masę i nie przestanie, póki jej nie nadrobi.
Pomyśl, gdybyś żyła w innej epoce, po prostu tyle byś ważyła i żyła szczęśliwym życiem.
Niestety urodziłaś się w czasach, gdzie społeczeństwu pierze się mózgi, że tylko uzyskując ekstremalny wygląd (wychudzenie lub wystające mięśnie) uzyskasz szczęście.
(Swoją drogą to całkiem dobra strategia, żeby wyciągnąć od ludzi kasę i upewnić się, że nie zaczną zajmować się ważniejszymi sprawami, jak np. zanieczyszczenie naszej planety czy bezsensowne wojny – ale to tak na marginesie)

To jeszcze raz: Ile mam ważyć? Pewnie właśnie tyle co przed odchudzaniem.

Czy to dobra wiadomość, czy zła?

Dla mnie była to wiadomość dobra, bo w wyniku diet przytyłam do 59 – 62+ kg (zależy w którym stadium jojo właśnie byłam). Do tego miałam zawsze chomiczą twarz, wzdęcia, zaparcia i wyglądałam jak pączek – bynajmniej nie róży.
Mówiłam już, że dieta tuczy i oszpeca? Milion razy, ale powtórzę jeszcze raz: dieta tuczy i oszpeca.
Kiedy jej zaprzestałam, schudłam i co najważniejsze, wypiękniałam.

Chcę tu jeszcze nadmienić, że wróciłam do swojej wagi sprzed odchudzania, ale to nie znaczy, że tak musi być i u Ciebie. Może wtedy na prawdę miałaś nadwagę? A może odwrotnie, byłaś bardzo młoda, jeszcze rosłaś? Nie sugeruj się w w stu procentach moimi doświadczeniami.
Ja po prostu już w wieku lat dwunastu miałam obecny wzrost i bardzo szybko nabrałam kobiecych kształtów. Twoja sytuacja mogła być inna.

Kolejna sprawa (bo już pojawił się taki komentarz) – nie wkręć sobie teraz błagam, że będziesz ważyć tyle samo co ważysz, ale zrobisz z siebie chodzący atlas anatomiczny – zero tłuszczu i mięśnie na wierzchu. To NIE o to chodzi.
W ostatnim poście opublikowałam zdjęcie sylwetki kobiet, które POPRAWIŁA swój wygląd. Zwróć uwagę, że nie zamieniła się w spieczoną na skwarek Miss Bikini Precel i nie jest wskazane byś ty się w takową przeistaczała.
Ok?

No właśnie, a co jeżeli przed odchudzaniem miałam nadwagę?

Pod pierwszym postem, pojawił się taki oto komentarz od Kamki:
Aniu, a co w przypadku, gdy od dziecka, od najmłodszych lat, byłam przekarmiana, i nie mam pojęcia, jaka jest ta moja ,,naturalna waga”? Odkąd skończyłam 4 latka regularnie miałam napady obżerania się. Obecnie mam 21 lat i cały czas jest tak samo. Nigdy nie jadłam normalnie, więc nawet nie wiem, od czego zacząć. Mam dużą nadwagę, źle się z tym czuję i nie wiem, co robić. Jak wypracować sobie jedzenie jak u ,,normalnego” człowieka?

Bardzo dobre pytanie, bo właśnie o tym miałam pisać.

Zawsze zapytana jaką dietę polecam, powtarzam, że zdroworozsądkową.
Ile razy jeść? Jakie śniadania? Jakie obiady? Co i jak? – odpowiedź mam jedną – po początkowym ustabilizowaniu jedzenia (regularne, pełnowartościowe posiłki, unikanie zapalników), kiedy odzyskasz już w pełni kontakt z własnym ciałem i sygnałami, które Ci wysyła (6-12 miesięcy) – przestrzegaj tylko jednej zasady:
Jedz w większości jedzenie nieprzetworzone.
(Od razu podkreślę słowo w większości , bo jak tego nie zrobię, wpadniesz mi w tu w ortoreksję. Co to znaczy? Ja staram się jeść tak w 90%. Czy 9 na 10 posiłków.)

Tak radzi zdrowy rozsądek właśnie, prawda? Skoro epidemia otyłości wybuchła na dobre po wynalezieniu przetworzonego jedzenia, to coś jest na rzeczy.
Zawsze też przytaczałam słowa Einsteina:

Tylko człowiek jest na tyle inteligentny, że potrafi wyprodukować własne jedzenie i na tyle głupi, by je jeść.

Jednak dopiero niedawno znalazłam cudownie proste i szczegółowe wytłumaczenie DLACZEGO nie jedzenie syfu jest aż tak ważne.
Wpadł mi w oko genialny blog „Eat like normal person” o uzależnieniu od śmieciowego jedzenia. Jego autorka zrobiła kompletny reaserach tematu.
Wspomogłam jej blog, pokochałam i polecam. Teraz, dla tych które wolą czytać po polsku, przytoczę najważniejsze fakty tam znalezione oraz dodam sporo od siebie.

Jedzenie przetworzone, to niby-jedzenie.

Co znaczy przetworzone? Strawione lub częściowo strawione w trakcie procesów chemicznych, czyli pozbawione ważnych elementów odżywczych.
Błonnik – odpadł, witaminy – won, makroelementy – zostawmy tylko cukier prosty i tłuszcz, dodajmy sól, żeby smakowało ( i uzależniało), kolor, zapach i gotowe.
Wygląda, pachnie i smakuje jak prawdziwe jedzenie (a nawet lepiej), ale jedzeniem NIE JEST.


Zainteresowanym tematem polecam książkę „Salt, Sugar, Fat” – Michaela Moss’a, w której opisane jest dokładnie jak koncerny spożywcze odzierają jedzenie z wszelkich wartości odżywczych oraz manipulują naszymi zmysłami – wszystko dla swoich zysków.


Dlaczego?
Żeby coś nazwane zostało jedzeniem, musi spełniać dwie funkcje:
– Dostarczać odpowiedniej ilości energii, czyli kalorii.
– Dostarczać odpowiedniej ilości składników odżywczych – makro, mikro itd.

Jedzenie przetworzone dostarcza bardzo dużo kalorii  przy minimalnej wartości odżywczej.
A na samych kaloriach nie da się żyć!

Gdzie jest problem?
Ano tu, że nasze ciało nie jest głupie.
Nasze ciało jest tak mądre, że w pałce nie mieści!
Ono WIE OD RAZU, że dostało właśnie produkt jedzeniopodobny, a nie jedzenie;  że tam nie ma tych składników, które ono MUSI mieć do przeżycia.

Taka sytuacja:
Zjadłaś zestaw w McDonaldzie. To 1320 kcal. Teoretycznie powinnaś być najedzona przez pół dnia, a zamiast tego czujesz głód już po dwóch godzinach.
Dlaczego? Bo w tym jedzeniu nic nie było. Równie dobrze mogłaś zjeść sobie papierowe zdjęcie tego posiłku, a efekt byłby podobny (całkiem możliwe, że zdjęcie okazałoby się zdrowsze).
Czy wyobrażasz sobie obiadową porcję kaszy, mięsa i surówek na 1320? Chybabyś pękła!
Taki zestaw zaś możesz wciągnąć bez problemu i poprawić lodem.
Możesz okłamać wszystkich w koło – mamę, tatę, partnera, lekarza, dietetyka, siebie… ale organizmu nie nabierzesz.
On wie, że nie zjadłaś posiłku, zjadłaś iluzję. Kalorie są, ale gdzie cała reszta?

Zaczynasz już widzieć to co ja?
Z jednej strony niezawodne, perfekcyjnie skalibrowane arcydzieło natury – ciało człowieka, z drugiej pseudojedzenie, fałszywe paliwo, szwindel stulecia.

Teraz o efektach:

Co się stanie po zjedzeniu tego nieszczęsnego zestawu (albo dietetycznego batonika, miski płatków kukurydzianych reklamowanych jako fit, opakowaniu kolorowego jogurtu o zapachu truskawki)? Ciało powie: Aha, dzięki, ale teraz posiłek poproszę.
– Ależ ja zjadłam posiłek – odpowiesz.
– Ale ja się nie najadłem – i będzie dalej domagać się niezbędnych składników – do skutku.
Jeżeli kolejny posiłek też będzie śmieciowy, sytuacja się pogorszy. I jeszcze i jeszcze i jeszcze. Skonsumowane kalorie będą rosły, a wraz z nimi twój głód. Więc będziesz jeść jeszcze więcej, a potem przytyjesz, a potem zaczniesz się przeczyszczać, a potem…
Potem jest wilczy głód, depresja, cięcie się, izolacja, szpital, psychotropy, zdiagnozowana na papierze choroba.
A Ty po prostu… jesteś bardzo bardzo chcesz jeść.
Tak, że wariujesz od tego.
(Ludzie z głodu wariują, o czym jeszcze będzie)

Znasz przecież to uczucie: cały czas coś jesz i podgryzasz, a ciągle jesteś głodna. Może nawet masz je w tej chwili?


Tutaj uprzedzę pytanie: Sytuacja będzie dokładnie ta sama, jeżeli będziesz podgryzać cały dzień zdrową marchew i jabłuszka – tam też nie ma wszystkich składników odżywczych.
Organizmowi chodzi o ich pełen KOMPLET. Wtedy się uspokoi.


Dlatego właśnie mówi się, że otyli ludzie są niedożywieni i dlatego są niedożywieni, bo są otyli (dokonują złych wyborów żywieniowych).
Tak samo jest z bulimią – jesteś niedożywiona i do tego koszmarnie odwodniona. Nic dziwnego, że to upierdliwe, nieustające uczucie „zjadłabym coś” towarzyszy Ci od rana do nocy – non stop, latami.
Mi towarzyszyło.
Nigdy, przenigdy nie byłam usatysfakcjonowana.
Jadłam za mało i jadłam shit.

Króliczy głód.

Badacz rdzennych Amerykanów, Vilhjalmur Stefansson opisał w swoich pracach fenomen nazwany przez niego rabbit starvation – króliczy głód.

W okresach ostrej zimy, gdy nie ma nic innego do jedzenia, mieszkańcy rezerwatów muszą polegać na króliczym mięsie. Jest to mięso bardzo chude, praktycznie pozbawione tłuszczu.
Żywiący się nimi w ciągu tygodnia dostają biegunki, bólu głowy, czują znużenie i apatię.
Jeżeli królików jest dużo, ludzie będą się nimi obżerać do bólu, ale nie ważne ile ich zjedzą, ich głód (tłuszczu) nigdy nie zostanie zaspokojony.

Jak dla mnie brzmi to znajomo. Pamiętam jak byłam na diecie Duncana, gdzie mogłam jeść WSZYSTKO tylko nie tłuszcz i nie cukier (hahaha). Przeszłam na nią wniebowzięta. W końcu będę mogła jeść bez ograniczeń i będę chudnąć!
A już po trzech dniach chciało mi rzygać tym jogurtem i kurczakiem i dietetycznym sernikiem (twaróg 0%, słodzik, białko jaja). Mogłam go zjeść całą blachę, a nawet dwie, a i tak chciało mi się płakać.

Powtórka była na diecie beztłuszczowej, bezcukrowej czy jakiej tam jeszcze innej.
W momencie odstawienia konkretnego makroskładnika (Boże, widzisz a nie grzmisz), natychmiast zaczynałam myśleć tylko o nim.
Byłam przekonana, że to moja słaba wola żarłoka, podczas gdy to był tylko i wyłącznie geniusz mojego ciała, od razu sygnalizujący, że czegoś jest ZA MAŁO, albo nie ma wcale.

A jak wygląda taka na przykład bulimia?
Rano zaczynasz dietę: super zdrowe śniadanie wielkości guzika, potem dietetycznie soczyste jabłko (w głowie zdjęcie półnagiej fit kobiety wgryzającej się białym zębami w owoc), przy obiedzie już jest gorzej (myśli by wyskoczyć oknem, jakoś nie dają spokoju), ale odmierzamy twardo 40 gram kaszy, z kurą na parze i bez smaku. Palce lizać.
W domu zaś rzucasz się na lodówkę i siatę słodyczy, która nie wiadomo jak znalazła się w twoim posiadaniu.

No bo bądźmy szczere, czym objadają się wilczyce?
Słodyczami i innym syfem. Nie słyszałam jeszcze by ktoś robił sobie ucztę z brokułów.
Nie. Zżeramy wszystko co kaloryczne i smaczne; tylko tak jak w przypadku tych królików, bez żadnej wartości dla nas.
Ok, wiadomo, że i tak to zwrócimy, ale czy wiesz, że na każde zjedzone 2300 kcal, oddajemy średnio tylko 900?
Właśnie znalazłam masę ciekawych badań na ten temat, o których też niedługo napiszę.
Wynika z nich, że każdy jeden średniej wielkości atak to ekwiwalent wypitej szklanki miodu, która zostaje w organizmie – nawet jeżeli natychmiast opróżnimy cały żołądek.
Mądre ciało jest szybsze i zdąży wchłonąć co może przez błony śluzowe w jamie ustnej, przełyku i żołądku. (Nieźle co? Tyle męki a i tak szklanka miodu nasza.)

No dobra, pół biedy byłoby, gdybyśmy w tych wchłoniętych kaloriach zawarły się jakieś substancje odżywcze, ale tak się nie dzieje. Pożarte słodycze nie mają ich wiele.
Nasze notorycznie niedożywione ciało (przypomnij sobie swoje „wypasione” śniadanie), nie dość że zmuszane jest do wymiotów, to jeszcze i tak nie dostaje tego czego tak desperacko potrzebuje!
I tak to się dzieje latami.

Kolejna kwestia: Zastanawiałaś się dlaczego tak bardzo pożądasz słodyczy?

To taki typowy dylemat.
Mi się wydawało, że wszyscy tak mają, tylko że w przeciwieństwie do mnie mają także silną wolę i są w stanie się od nich powstrzymać. A ja nie.
Na serio żyłam w takim przekonaniu i wiem, że Ty też je masz.
Ktoś nawet ostatnio wkleił na Wilczym Stadzie taki rysunek:

jedzenie

Tego mema zrobiła kobieta na diecie. Jestem pewna.
Oczywiście, to są wszystko żarty. Znam się na żartach, ale wiem też, że w zaburzeniach odżywiania tak właśnie się myśli – gdybym tylko miała tę silną wolę, albo gdybym mogła jeść słodycze i nie tyć.
Dzieje się tak z tych samych przyczyn jakie opisuję w tym poście – głód.

Bo Ty jesteś GŁODNA na poziomie tkankowym, komórkowym! Dlatego tak pożądasz słodyczy i jedzenia w ogóle. Każdy milimetr ciała go chce.
Jak się w końcu NAKARMISZ, zamiast nażreć,  z marszu stracisz zainteresowanie ciastkami, tortami, chipsami, lodami, nieskończonymi dokładkami itd, itp.
Nie będziesz (cytat): „musiała unikać słodyczy za wszelką cenę i ze wszystkich sił”. Przestaniesz po prostu o nich myśleć. Piękne? Tak, najlepsze, najcudowniejsze!

Doświadczyłam tego kiedy wyszłam z bulimii i zaczęłam się odżywiać, a nie napychać. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo myślałam, że już zawsze będę musiała się KONTROLOWAĆ w obliczu jedzenia.
Teraz o nim w ogóle nie myślę. Wyobrażasz to sobie? NIE pomyśleć ani razu o jedzeniu przez cztery godziny, aż do momentu gdy brzuch powie: mrrr?
Moje ciało ma wszystko czego potrzebuje, a więc głowa może się zająć czymś innym.

Najlepsza wiadomość jest taka, że to wszystko można naprawić… w kilka dni. Jeżeli zaczniesz jeść odpowiednią ilość, zbilansowanego jedzenia.
Poczekaj, zaakcentuję to bardziej: Potrzebujesz dwóch rzeczy:
ODPOWIEDNIEJ ilości kalorii
ZBILANSOWANEGO jedzenia (wszystkie mikro, makro itd)
I substancje odżywcze i LICZBA KCAL muszą się zgadzać. Nawet jeżeli dostarczysz sobie wszystkiego, ale w zbyt małej ilości, Twoje ciało będzie dalej się domagać więcej.

Przedstawię Ci budujący cytat mojej kursantki, która zaczęła kurs KILKA dni wcześniej:

Nie myślałam, że wyjście z zaburzeń odżywiania może być takie proste! Już od pierwszego dnia myśli o objadaniu się minęły, a patrząc na czekoladę czy ciastka jedyne co czuję to obojętność! Cudowne uczucie być wolnym!!! Od lat chodzę na terapię i ciągle terapeuci mówią tylko o problemach z dzieciństwa, z rodzicami itp. a nikt nie zapytał się o moje jedzenie, (…) a jak chciałam poruszyć ten temat to mnie zbywają 🙁 Cieszę się, że kupiłam ten kurs, dzięki niemu i Tobie oczywiście wierzę, że wyjdę z tego i zajmie to zdecydowanie mniej czasu niż kilka lat. Jedzenie jest dla mnie teraz źródłem energii potrzebnej do życia, a nie sposobem walki ze stresem, problemami, emocjami…Jedzenie przychodzi mi naturalnie, nie myślę o nim cały czas, posiłek jest, był – zapominam o nim i zajmuję się czymś innym.

M.

Tak szybko? Tak. Ponieważ tak samo szybko jak ciało wyłapuje, że nie są mu dostarczone składniki odżywcze, wyłapuje też, że te składniki już się pojawiły. Od razu też widzi różnicę, pomiędzy dietą 1800 kcal, a 2100 na przykład. (O tym w kolejnym poście, będzie bomba).
A kiedy już wszystko dostanie, co robi? Wysyła sygnał: DOSYĆ. I to nie taki, jak znasz do tej pory „Pęka mi brzuch – dosyć” ale „Najadłam się, czas na coś innego „.

Z DNIA NA DZIEŃ przestaje desperacko się domagać „no zjedz coś, no zjedz, no zjedz, no zjedz, no k*** nooo” – ta ciągła gadanina gadziego mózgu ucisza się już od pierwszego dnia o 80 – 90%.
Tak, pojawiają się jeszcze te myśli, ale nie są już one jak olbrzym, który Cię miażdży, ale jak mucha, którą można odgonić.
Jeszcze raz: to dzieje się prawie natychmiast i to nie jest ściema. Spróbuj i przekonaj się na własnej skórze. Co Ci szkodzi, co?

Wracając do pytania: Co jeżeli przed odchudzaniem miałam nadwagę? Co jeżeli NAPRAWDĘ potrzebowałam schudnąć? Co jeżeli nie wiem ile mam ważyć?

Odpowiedź: Twój organizm zna od urodzenia najlepszą wagę dla Ciebie, nawet jeśli nigdy jej nie miałaś, tak jak Kamka, autorka komentarza z początku tekstu.
Skąd się biorą takie osoby?
Podejrzewam, że było tak: Rodzice chcieli dobrze – okazywali miłość jedzeniem; może nie koniecznie śmieciowym, ale ciastka i czekoladki na pewno wchodziły tam w grę. Potem w okresie dojrzewania, jakaś nieśmiała próba kontroli wagi (śniadanie wielkości, guzika, jabłko, 40 gr kaszy) i poooooszło.

A organizm zawsze tą wagę znał znać będzie. I w każdej chwili tylko czeka na to by właśnie tak wyglądać. Niestety nie ma szans, jeżeli musi się bić o każdą witaminę w fit i nie fit batonach.

Jeżeli przestaniesz jeść pseudojedzenie, które dostarcza tylko pustych kalorii, a zaczniesz jeść prawdziwe jedzenie, twój organizm przestanie się ciągle czegoś domagać – otrzyma wszelkie składniki odżywcze i się uspokoi. Jemu chodzi tylko o to!
On nie chce Ci zrobić na złość, nie chce mieć na sobie sadła. Chce być sprawny i zdrowy. Gracie przecież do jednej bramki! Ale do tego potrzebne mu białko, cukry, tłuszcze, witaminy itd.
Daj mu to, a zaczniesz chudnąć, jeżeli naprawdę masz nadwagę.

Tak jak moja podopieczna Natalia. Niestety nie mogę opublikować jej zdjęć, bo się na to nie odważyła (szanuję jej decyzję), ale dziewczyna schudła już prawie 30 kg, od czasu naszego mentoringu pół roku temu. Uwierzyła mi na słowo, zrezygnowała z diety i zaczęła jeść więcej – znacznie więcej – ale tylko prawdziwego jedzenia! Jej waga natychmiast ruszyła z kopyta w dół, a napady obżerania się ustały.
Jej organizm od lat na to czekał – daj mi jeść!!!
Doczekał się, a Natalia w końcu jest szczupła. Do tego uwierzyła w siebie, została dostrzeżona w pracy, realizuje powoli swoje marzenia i takie tam „detale”.

No dobra, to czy coś może jeszcze pójść nie tak?

Wiesz jak bardzo kreatywne jesteśmy w doprowadzaniu wszystkiego do ekstremum, prawda?

Przeczytaj komentarz Weroniki. To wprowadzenie do tego, co chcę powiedzieć w kolejnym poście:

Od dziecka byłam otyła. Moje jedzenie w ciągu dnia to było kilka hot dogów wciągniętych na raz, mnóstwo chleba z majonezem i kupa słodyczy.. No jak tu nie tyć, prawda? Teraz wiem, że chociaż moi rodzice nie należą do drobnych ludzi to moja nadwaga nie była winą genów (gdyby tak było, moja siostra też byłaby gruba, a nie jest) tylko złego odżywiania. Mniej więcej w drugiej klasie liceum obudziło się we mnie marzenie żeby na swoją studniówkę iść w sukience. Pierwszy raz w życiu miałabym ją założyć, odpuściłam nawet bal gimnazjalny ze wstydu przed koleżankami! I tak zaczęłam po prostu jeść normalnie. Nie odchudzałam się.. Od czasu do czasu zjadłam coś słodkiego czy niezdrowego, ale po prostu więcej się ruszałam, na co dzień zrezygnowałam z przetworzonego jedzenia i- wcale nie jadłam mało. Jadłam bardzo dużo, nawet więcej niż wcześniej, ale były to takie rzeczy, jak kasze, owoce, warzywa, orzechy (jadłam je garściami, więc na pewno pochłaniałam ogromne ilości kalorii) a mimo to, traciłam na wadze. Jadłam wtedy, kiedy byłam głodna i do momentu, w którym się najadłam. W ciągu roku straciłam około 50 kg, bez wiszącej skóry, bez żadnych zdrowotnych problemów – wręcz przeciwnie. Ważyłam wtedy około 65-70kg przy 180 cm wzrostu i wyglądam bardzo zdrowo i promiennie. Problem zaczął się wtedy, kiedy waga stanęła w miejscu. Zaczęłam kombinować na wszelkie sposoby- trzy treningi dziennie, liczenie kalorii, ograniczenie do 500 kcal dziennie i tak wytrwałam jakieś pół roku. Chcecie wiedzieć jak to się skończyło? Anoreksją, szpitalem, rozwaloną tarczycą, brakiem znajomych (no bo przecież, jak się widzieliśmy to oni zawsze jedli, no nie?). Postanowiłam wtedy o siebie zawalczyć i pójść do dietetyczki. Wspaniała kobieta, bardzo zaangażowała się w to, aby mi pomóc. Stopniowo podnosiła mi ilość kalorii i przez jakiś czas było dobrze. Jak długo? Aż zauważyłam, że przytyłam pół kilo i poziom mojej tkanki tłuszczowej wzrósł aż do 5%! Zaczęła się panika i wielkie wyparcie. Rzuciłam jadłospisy w bok, a mamie powiedziałam, że to dlatego, że jestem zmęczona i chce zacząć jeść normalnie, jak wszyscy. Ona potraktowała to jako dobry objaw, ale co ja zrobiłam? Zaczęłam się odchudzać. Znowu. Tylko, że mój mądry organizm tym razem nie chciał mi na to pozwolić.. Tak zaczęły się moje problemy z kompulsywnym objadaniem się. Doprowadziło to do uzależnienia od jedzenia, z którego bardzo trudno jest mi wyjść. Boję sie, ze sobie nie poradzę, że znowu będę wyglądać, jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem.

Bo pomyślisz tak: dobra, to teraz jem tylko prawdziwe, nieprzetworzone jedzenie, ale będę jeść go na 1800 kcal. To taka rozsądna dieta, by schudnąć. Będzie git.

Myślisz, że dieta 1800 kcal to całkiem rozsądny wybór?

Też do niedawna tak myślałam. Ba! Nawet na taką dietę przeszłam przy wegańskim jadłospisie!
Wytrzymałam 3 dni…
Czułam się KOSZMARNIE, mimo że jadłam super zdrowo. Nie mogłam podnieść lekkiej sztangi na zajęciach, mimo że zawsze bez problemu wywijałam cięższą, było mi słabo i źle. A jak zorientowałam się, że nie jestem w stanie zebrać myśli, by odpisać komuś na maila, natychmiast zwiększyłam kcal o kolejne 300!
Oczywiście kilka lat temu stwierdziłabym, że jestem słaba i się do niczego nie nadaję i pewnie poszłabym się objadać.
Teraz wyciągnęłam logiczny wniosek, że pewnie jestem trochę bardziej aktywna niż te 1800. Spoko.

Wniosek był PRAWIE poprawny, a jak wiemy prawie robi w tym przypadku ogromna różnicę.
Kilka tygodni temu zrozumiałam jak bardzo się myliłam.
Jak wszyscy się mylimy…

Co odkryłam?

Tu muszę potrzymać Cię w napięciu jeszcze do wtorku. Miałam napisać o tym w tym poście, ale tak się rozpisałam, o tym śmieciowym jedzeniu, że przerzucę to na kolejny post. Wytrzymasz?

Post już jest: Kliknij tu

Daj mi tymczasem znać w komentarzu, czy to co piszę jest zrozumiałe.

Najważniejsze źródła:
„Eat like a normal person” – blog o tym jak pozbyć się uzależnienia od śmieciowego jedzenia
„Never Binge Again” – Glenn Livingstone
„The Bulimia Help Method” – Richard Kerr, Ali Kerr
„Unbroken Brain” – Maia Szalavitz
” The Addictive Brain” – prof. Thad A. Polk
Minnesota Starvation experiment – różne materiały

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

Zawsze możesz też do mnie napisać: wilczoglodna@gmail.com