Zastanawiałam ostatnio, się jaki jest najważniejszy czynnik, potrzebny do tego, żeby skutecznie wyjść z bulimii czy innych zaburzeń odżywiania. Na przykład większość kobiet, które zgłaszają się do mnie na mentoring, potrafi stanąć na nogi w przeciągu kilku dni. Nasza praca trwa miesiąc, ale właściwie ostatni tydzień, a nawet dwa, to już tylko utrwalanie nowego, normalnego sposobu życia i jedzenia.
Co więc jest w nich takiego, że przy odrobinie pokierowania, szybko rzucają nałóg, który niszczył im życie przez wiele lat lub nawet dekad?

Myślę, że tym niezbędnym, najważniejszym elementem całej tej układanki jest gotowość do zmiany. To przesądza o wszystkim.

Mówi się, że żeby wyjść z nałogu, trzeba sięgnąć dna. Ja się z tym osobiście nie zgadzam. Widziałam już kobiety, które:

– Zachorowały – od „niewinnej” insulinooporności, przez wycięte fragmenty układu pokarmowego, do arytmii serca i totalnego kalectwa.

– Straciły wygląd – włosy, starte do kości zęby, paraliż nerwu twarzowego, słoniowacizna i inne przyjemności.

– Zostały porzucone przez męża z powodu bulimii. (Może ciśnie Ci się na usta „no tak, facet to świnia”, ale uwierz, że mieszkanie z bulimikiem może czasami wyglądać jak mieszkanie z czynnym alkoholikiem; wynoszenie sprzętów domowych na sprzedaż, robienie długów, awantury, przemoc).

– Zostały wyrzucone z pracy.

– Stoczyły się moralnie i społecznie (na przykład w prostytucję).

– Naraziły swoje dzieci na niebezpieczeństwo; czy to wymiotując w ciąży, czy przez niedopilnowanie. Raz napisała do mnie kobieta, której dziecko napiło się płynu do mycia naczyń (na szczęście nie wybielacza czy innego środka!) podczas gdy ona wymiotowała.

Te wszystkie dziewczyny na pewno sięgnęły dna, a nawet roztrzaskały o nie rodzinę, zdrowie, karierę – ale i tak to nie pomogło. Dalej w tym tkwią, dalej kupują tony jedzenia po to by nim wymiotować. Czy ktokolwiek ma prawo je potępiać? Absolutnie nie.
Po prostu motywacja do zmiany nigdy nie przyjdzie z zewnątrz, z zaistniałych okoliczności – chociaż nie wiadomo co by się działo. Ona musi przyjść ze środka – jako jedna, prosta decyzja: „Kończę z tym, jestem gotowa do zmian”. Oczywiście, to może stać się pod wpływem jakiejś tragedii, ale wcale nie musi.

I co się wtedy dzieje, kiedy zapadnie to postanowienie? Cała konstrukcja mentalna, która trzymała nałóg, pada w jednej chwili. Tak jak pisałam w niedawnym poście o myślach; to nie jest tak, że mamy gdzieś jakiegoś bulimicznego raka i trzeba go „wyleczyć”. Problemy z jedzeniem trzyma przy życiu tylko i wyłącznie nasz sposób postępowania, a on z kolei wypływa ze sposobu myślenia.
Kiedy to się stanie, wystarczy jedynie na nowo nauczyć się jeść (co wcale nie jest takie trudne, kiedy nie ma już strachu), a potem ciało z radością przejmie na powrót regulowanie naszych porcji poprzez mechanizm głodu i sytości. Nie będziemy już musiały robić tego umysłem. Uwolnimy więc i umysł i ciało.

Jak więc dojrzeć do tej decyzji?
Po pierwsze i chyba po ostatnie, przewartościuj całą swoją sytuację. Często dostaję takie listy:
„Hej, chciałabym z tego wyjść, ale nie chcę stracić figury, na którą tak ciężko pracowałam”, Albo:
„Czy masz dla mnie jakieś rady? Co sądzisz o poście Dąbrowskiej”.
Wtedy wiem, że nawet jak odpiszę coś mądrego, to prawdopodobnie nie trafi jeszcze na podatny grunt. Dlaczego? Bo ten grunt to nadal piasek na plaży. Ona tam siedzi i rozpaczliwie próbuje zbudować zamek w zasięgu fal. Ona jeszcze nie jest gotowa.

Przewartościowanie to zobaczenie tego, że budujesz taki zamek – czasami od wielu lat, w nadziei że tym razem się uda; że zmieścisz się w XS, że w końcu magicznie przeżyjesz na 1700 kcal, że osiągniesz inny rezultat stosując te same metody.

Ale wiesz co jest w tym wszystkim piękne? To może stać się w sekundę. Każda decyzja zapada przecież w sekundę.
Kiedy to zrozumiesz, droga powrotna do zdrowia otworzy się przed Tobą w całej okazałości. Zobaczysz na własne oczy, że jest ona krótka i prosta.
Potwierdzają to wszystkie osoby, które już są po drugiej stronie. Może nie było łatwo, ale no właśnie… prosto.

Nie ważne więc, ile masz lat i jaki jest twój „staż”. Moja najmłodsza mentee miała 13 lat i była tak zmęczona ED w którym trwała od roku, że przy moim niewielkim nakierowaniu, wyszła z tego raz dwa. Moja najstarsza mentee była po 70tce i dalej najważniejszą rzeczą było dla niej schudnięcie.
Naprawdę nie ma reguły.

Szkoda by było jednak stracić całe życie na budowaniu takiego zamku na brzegu morza głodu, prawda?

*

A Ty jesteś gotowa? Jesteś w stanie porzucić wszystkie swoje strachy, nadzieje, przekonania i przyzwyczajenia związane z zaburzeniami odżywiania?