Ojessusmaria, znowu będę musiała sobie czegoś odmawiać.

Tak kojarzą się te dwa słowa-  ze wszystkim co niewygodne i trudne.
Samo ich brzmienie uwiera jak za mały but.
No  dobrze, ale na dłuższą metę, bez butów też ciężko jest iść do przodu.
No chyba, że tak lubisz, to sorry.

Jeżeli myślisz poważnie o wykaraskaniu się na przykład z bulimii, kompulsywnego objadania, otyłości czy innych takich wesołych historii, czas się zaprzyjaźnić z tymi dwoma terminami.
Wiesz co  ci powiem?
One tylko brzmią tak nieciekawie, ale tak naprawdę to są całkiem spoko sprawy.

Czym się różni jedno od drugiego?

Samodyscyplina to sztuka robienia tego na co nie mamy ochoty.
Samokontrola to sztuka nierobienia tego na co ochotę mamy.

Wszystko po to, żeby osiągnąć większy cel. Po to, aby zbudować coś w swoim życiu, spełnić marzenia i do czegoś dojść. O tak.

Taki przykład z życia wzięty:
Masz ochotę na tabliczkę czekolady i leżenie przed telewizorem, ale idziesz się poruszać na świeżym powietrzu.
Nie chce ci się, ale to robisz. Pożądasz czegoś innego, ale wiesz, że to nie jest dla ciebie dobre i rezygnujesz z tego świadomie.
Postępujsz wtedy jak człowiek mądry. Wiesz, że na dłuższą metę to właśnie  ruch jest tym co pozwoli ci wyjść kłopotów.
Pomyśl czy kiedykolwiek żałowałaś czasu poświęconego na aktywność fizyczną?
A ile razy żałowałaś ataku Wilczego Głodu? Za każdym, jednym razem.
Zadaj sobie pytanie. Co jest twoim celem?
Pupa krągła a czy O-krągła.
Czekoladowa orgia czy szacunek i zaufanie do siebie?

Wyznaczenie celu i podjęcie dziełania to wyruszenie w rejs. Dyscyplina i samokonrola pozwalają nam utrzymać kurs.Trzeba na bieżąco monitorować i korygować swoje zachowanie, dopóki nasz okręt nie wypłynie na pełne morze i nie złapie wiatru w żagle. Ale nawet wtedy nie wolno schować się pod pokład i zostawić tego morskiego interesu samego sobie.
Jesteś przecież kapitanem, no nie?

Co chcę powiedzieć przez tą metaforę?
Na początku, wprowadzanie nowych nawyków wydaje się ogromną misją. Ciężko jest, powstrzymać się od zakupu tej głupiej czekolady (albo i dziesięciu) i pójść pobiegać.
Ciężko jest pierwszego dnia i drugiego i trzeciego, ale już czwartego, coś jakby mniej. Piątego ręka sama sięga po sportowe buty, a szóstego czujemy dziwne swędzenie w nogach już na pół godziny przed wyznaczonym czasem treningu.
Po trzech tygodniach nie potrafimy sobie przypomnieć, jak to było bez biegania. (Czy innego fikania).
Wtedy to właśnie zaczynam płynąć z pomyślnym wiatrem. Wszystko idzie jak z płatka i bez twojego mentalnego wysiłku.
Serio. Gdyby było inaczej, sport uprawialiby tylko masochiści!

Ale żeby doczekać tego momentu, trzeba przez kilka dni (około 21 dni potrzeba żeby utrwalić dany nawyk) wprowadzić świadomą samodyscyplinę i samokontrolę.
Tylko nie mylić z systemem kar i nagród!
Bez presji- delikatne popchnięcie się do działania( Dawaj mała, potrafisz!) i delkatne przystopowanie (Hej, przecież wcale nie chcesz zjeść tej paki chipsów)

I tak sterując swoim statkiem, z miłością i wyczuciem fali wypływamy na oceany.
A za  linią horyzontu czekają cuda o jakich ci się nie śniło.
Przekonaj się.