O fit modzie pisałam nie raz, ale dobrego nigdy nie za dużo.

Ostatnio nasza wilczyca wrzuciła na Wilczym Stadzie wiadomość od swojego kolegi. Pozwolę ją sobie zacytować:

Sebastian:
Czy uszczęśliwiała by Cię wolność podejmowania decyzji typu: „Ok wyglądam jak wyglądam, nie ma znaczenia czy trzy kilo mniej czy trzy kilo więcej, potrafię wciąż żyć i wcale mnie to nie ogranicza. Kupię sobie ubrania trochę większe i tyle???
Myślę, że zdajesz sobie sprawę, że to inni ludzie wymyślili fit modę – że trzeba wyglądać tak a nie inaczej mieć umięśnione ciało – i tylko osoby uległe się na to nabiorą. Wszystko by mieć zysk i narzucać jakąś tam modę. Jesteś tego świadoma??

No właśnie. Mogę przyznać koledze 100% racji. Chciałabym tę myśl rozwinąć.

Moda fit to coś stosunkowo nowego.
W Polsce pojawiła się wraz z osobą Ewy Chodakowskiej i od tej pory na dobre zagościła w naszych głowach, talerzach i siłowniach.
Co dobrego przyniosła? Na pewno popularyzację ćwiczeń i zdrowego odżywiania.
Jeszcze moje równolatki w liceum i na studiach robiły wszystko, by być chude.
Jedne starały się o to mniej, inne bardziej, niektóre udawały, że ich to nie obchodzi, niektóre naprawdę miały to w nosie, inne nie po prostu chude były i już. Jednak każdy dobrze wiedział jaki jest ideał piękna. Nie jesteś chuda – spadaj.

Ale żeby ćwiczenia? Co za obciach! Każdy kombinował jak mógł, by zerwać się z WFu i nikt, poza blokowymi osiłkami nie chodził wtedy na siłownię. To byłoby nie do pomyślenia, żeby panienka z liceum się tam wybrała!

Z radością zaobserwowałam, że to się zmieniło – całe szczęście kolejne pokolenie Polek przestanie się głodzić, a zacznie ruszać!
Ale szybko mój entuzjazm opadł.
Otworzyłam szerzej oczy i zrozumiałam, że od dziewczyn wcale nie wymaga się silnej i szczupłej sylwetki, ale sylwetki wyrzeźbionej – mięśnie na wierzchu, zero tłuszczu – czyli czegoś zupełnie NIERALNEGO i NIEPOTRZEBNEGO!

Dlaczego nierealnego? Bo kobieta nie jest stworzona do tego by tak wyglądać. To nie leży w jej „biologicznym” interesie! Przecież przy tak niskiej zawartości tłuszczu w ciele, nie będzie ani miesiączkować, a co za tym idzie, nie zajdzie w ciąże!
Myślisz że Chodakowska miesiączkuje? Bardzo wątpię.
Zresztą pomyśl sama; czy widziałaś kiedyś przykłady fit kobiet w malarstwie, czy starej rzeźbie? Albo na starszych fotografiach? Kobiety NIGDY tak nie wyglądały same z siebie. Nawet niegdysiejsze atletki.

Stało się to możliwe dopiero w dzisiejszych czasach, gdzie mamy dostęp do wszelkiego jedzenia, suplementów i odżywek, a przede wszystkim posiadamy gruntowną wiedzę o tym, jak tymi elementami manipulować, by stworzyć dowolny typ sylwetki.

To biznes wart miliardy dolarów!
Najpierw z pomocą tej „inżynierii matabolicznej” zaczęto produkować supersportowców. To jest dopiero zysk! Biegacze biegają szybciej, piłkarze wyglądają jak góra mięśni.
Chcesz zobaczyć różnicę między obecną sytuacją, a tym co było chociażby 20 lat temu? Włącz sobie film ze starej olimpiady, albo archiwalny mecz piłki nożnej, a przekonasz się o czym mówię.

Potem, jak to zwykle bywa, trend przeniósł się do mainstreamu.
Dlaczego by nie zachęcić kolesia z podwórka, do tego by wyglądał jak Pudzian, albo co najmniej Ronaldo? Ok, to proste.
Hmm, a dlaczego by nie przekonać teraz jego laski, że też może wyglądać jak… Jak kto? Ojej, nie ma żadnych przykładów?
To się znajdą!
O proszę, jak ta gwiazda Instagrama i tamta i jeszcze tamta!
Widzicie dziewczyny? Jak macie sześciopak to macie milion lajków. Cały świat was kocha. Nie chcecie tak? No pewnie, że chcecie! Kto by nie chciał?
Jeżeli pragniecie być najładniejsze i najlepsze to tak macie się od dzisiaj prezentować, zrozumiano?
Mięśnie na wierzchu, powtarzam mięśnie na wierzchu! Wszystkie!
Nie możecie? Zapłaćcie trenerowi, kupcie odżywkę, wybulcie na dietę i suplement. A jak przy tym znikną cycki, to zrobi się implanty.
No pain, no gain, bejbe.

A na siłowi jak się pokażesz? W starym dresie? A na Fejsie?
Marsz do sklepu po najnowszą kolekcję sportową Nike, Adidasa, H&M, Bershki. Tylko żeby pod kolor było!
Bo przecież tu nie chodzi o ćwiczenia, tylko o tę fotę! Fota się tu liczy i nie udawaj, że nie wiesz.
Nie masz Insta, to równie dobrze możesz sobie dać spokój z pakowaniem. I tak nikt tego brzucha nie zobaczy pod toną listopadowych swetrów.
Aha, robisz to dla siebie?
Nikt nie robi tego dla siebie, oszalałaś!? Robimy to dla poklasku, dla lajka, dla serduszka. Flaki sobie wypruwamy dla kciuka w górę.
Ale o tym nie waż się mówić głośno. Nawet lepiej o tym nie myśl. Tak będzie lepiej.

*

I my w to wszystko uwierzyłyśmy…
Ja sama uwierzyłam, bo jak pisałam, łatwo się wkręcam (cecha ludzi ze skłonnością do nałogów).
Planowałam jaki to będę miała umięśniony brzuch, wystający tyłek i talię osy. Codziennie zapierdzielałam na cross fit, biegałam, jadłam białko z ogromnej plastikowej beczki.
Aż do dnia, kiedy strzeliło mi w plecach i unieruchomiło na kilka tygodni.

Leżałam tak płacząc z bólu i zaczęłam się zastanawiać KOMU ja pokażę ten wyrzeźbiony brzuch i PO CO? Gdzie ja z nim pójdę? Będę chodzić w topie przed pępek jak głupia?
Po co robię cały ten wysiłek? Bo tak powiedziała pani z internetu?
I na serio trzeba sobie złamać z tego powodu kręgosłup?

A wiesz ile takich fit missek do mnie przychodzi z prośbą o radę? Uwieczniona na zdjęciu zajada pyszny omlet z masłem orzechowym, a potem jeszcze cały słoik z zakrętką.  Tylko że na takie okoliczności fotografa już się nie woła.
Tyle sfrustrowanych dziewczyn, co chciały być fit, ale nie mają całego dnia na siedzenie na siłowni, ani czasu i siły by rozliczać się z każdego grama białka. Albo takie co czas mają, lecz potem w domu napadają na lodówkę.
I to już nawet nie chodzi o tragedie wilczyc, ale o to, że kolejne pokolenie wyrasta w przeświadczeniu: „Nie jestem wystarczająco dobra”.
Dlaczego? Co w nas takiego jest? Dlaczego na przykład młode Belgijki (mieszkam tu od 6 lat) nie mają absolutnie takiego ciśnienia? Fit sylwetka? Nie znam, nie słyszałam.

Wiesz co to jest? Ta wieczna ocena siebie nawzajem. Zauważyłaś to? Gdy idziesz ulicą, młode kobiety obcinają Cię od góry do dołu. Faceci zresztą też. To ciągłe skanowanie czy się nadajesz.
Uderza mnie to za każdym razem, jak przyjeżdżam do Polski i znowu gdy wracam do Belgii – to że tu nikt na mnie nie patrzy. Co za ulga.
Ale to temat na innego posta.

Wracając do rzeczy, nie chcę narzekać na nasze szalone czasy. To nie o to chodzi.
Przecież to nie jest pierwsza moda jaka dopadła kobiety.
Od tysięcy lat byłyśmy podatne na różne trendy. Zawsze obowiązywał niedościgniony kanon piękna, do którego się przyrównywano – w starożytnym Rzymie dziewczyny farbowały włosy na blond, w średniowieczu na topie było nienaturalnie wysokie (wygolone) czoło, opadające ramiona i ciążowy brzuch, w renesansie spłaszczona i poszerzona klatka piersiowa (w Hiszpanii noszono żelazne płyty na biuście), w XVII wieku ogromna tusza, w XIX talia osy (kobiet łamały sobie żebra w gorsetach, mdlały), potem chorobliwa chudość, a teraz fit. Przeżyłyśmy tyle, to przeżyjemy i to.

Tylko jakoś w czasach prehistorii kobieta mogła sobie wyglądać jak chciała. Ale wtedy panował matriarchat i nie trzeba było do nikogo się mizdrzyć.

No i tak sobie myślę, że teraz też już chyba wystarczy. W przeciwieństwie do naszych przodkiń, mamy za sobą edukację, wiedzę i świadomość.
Jesteśmy czwartym/piątym wolnym pokoleniem (za rok będzie sto lat, jak mamy prawa wyborcze). Nasze prababcie nie miały jeszcze z kogo brać przykładu – nie było wpływowych pisarek, badaczek, kobiet zajmujących się polityką, nauką.
Teraz to się zmieniło. Jest tyle wartościowych kobiet, którymi możemy się inspirować. Dlaczego więc wybieramy dziewczynę, która pokazuje na zmianę brzuch i tyłek?
Z całym szacunkiem dla niej, ale czy na to chcemy poświęcić nasz czas i energię? Na brzuch i tyłek?
Nie ma nic lepszego do roboty? Nie wystarczy po prostu zadbać o swoje zdrowie, a potem zająć się czym innym?

Proponuję kolektywnie puknąć się w głowę i opamiętać. Jedyne co tak naprawdę mamy w tym życiu to nasz czas i ciało.
Na końcu każdy z nas i tak się rozliczy przed sobą, z tego co z nimi zrobił. Trochę głupio będzie zorientować się, że wsadziło się to pierwsze (czas) w to drugie (ciało) i właściwie nic więcej nie zostało.