Kochana Aniu,

Piszę do Ciebie po raz kolejny, żeby bardzo podziękować.
Pod koniec października 2018 podjęłam decyzję o zażegnaniu problemu, który do mnie (w jakiejś mierze) wrócił.
Anoreksję i komplusy oficjalnie pogoniłam jakoś w połowie 2015 roku. To było świetne. Niestety właśnie w 2018 znowu nie było najlepiej. Niemniej jednak mojej sytuacji było daleko do tego szaleństwa z lat 2013-4, kiedy to ważyłam 37 kg przy 156 cm wzrostu, co, jak można się domyślić, wyzwoliło napady obżarstwa, a potem wymioty.

W telegraficznym skrócie: mój związek nie był najlepszy (w jakiejś mierze toksyczny, można tak powiedzieć). Partner – na szczęście już były – wskutek sobie tylko znanych przyczyn uwielbia(Ł) komentować wygląd kobiet.
Uważam, że nie ma nic złego w patrzeniu na pięknych ludzi, ba, sama, oglądając jakiś film, potrafię np. stwierdzić, że jakaś aktorka jest bardzo ładna, ale jakieś takie poczucie zagrożenia się pojawiło.

Poza tym co wieczór padała uwaga o tym ,że mam „wielki” brzuch. No rzeczywiście, był tak ogromny, jak tylko potrafi być u osoby, która waży 43-44 kg przy wyżej wspomnianym wzroście! Fenomenem wartym skomentowania byłoby to, gdybym po całym dniu jedzenia i porządnym napiciu się po wieczornym treningu miała ten brzuch wklęsły…

Było jeszcze wiele uwag, których tu nie chcę cytować, pojawiła się u mnie niechęć, obrzydzenie do własnego ciała. Próbując wyładować złość jeździłam na tym nieszczęsnym rowerku stacjonarnym nie „zwyczajowe” 30-40 km, ale tak 60… Jedzenia nie zwiększałam, i pojawiły się napady na słodycze. Nie wymiotowałam, a 200 gr czekolady to może nie jest coś strasznego, ale ja byłam obolała i psychicznie, i fizycznie. Aha, i jeszcze uwierzyłam, że z racji niskiego wzrostu muszę szczególnie mało jeść!

Jakoś w sierpniu 2018 stwierdziłam, że jeżeli choćby raz mi się coś takiego zdarzy, to kupuję kurs. No i musiałam kupić. To była dobra decyzja. Zmniejszyłam szaleńczą ilość ćwiczeń. Zrobiłam się nieco spokojniejsza. Poprawiła mi się skóra – myślę, że zarówno nadprogramowe słodycze, jak i stres, który generował nadmierny wysiłek mogły wpływać na uprzednie pogorszenie się jej stanu.

Była jedna wpadka, ale dzięki temu pojęłam błąd,który wciąż popełniałam. Oduczyłam się nadmiernego żucia gumy. Tamten okres to także test mojego związku – szczęśliwie parę miesięcy później go zakończyłam.

Nie mam facebooka, ale bardzo pomocne w zmaganiach z problemem były interakcje z innymi czytelniczkami Twojego bloga. W lecie jednak przestałam go śledzić z taką regularnością – pożegnałam się z tymi osobami po części też dlatego, że w komentarzach, niejednokrotnie wartościowych i przydatnych, zaczęłam zauważać ten smutny aspekt nadmiernej koncentracji na jedzeniu i wyglądzie.

Nie zrozum mnie źle, sama byłam w identycznej sytuacji i zapewne zachowywałam się podobnie, ale jakieś takie dołujące było czytanie dyskusji o tym, że żółty ser jest zły, bo jest serem i jest żółty, czy fakt, iż więcej będzie poruszenia i reakcji na post zachęcający do poczęstowania się produktem X na imprezie, niż np. na świadectwo eks wilczycy, która po wyjściu z bulimii została mamą.
Mam jednak nadzieję, że coraz więcej osób się przebudzi i również dostrzeże ten nonsens.

A jak jest teraz? No cóż, cieszę się, że zamiast na posiłek oczekuję z niecierpliwością np. na premierę książki. Pojęcie „uczty” nadal znajduje się w moim słowniku, oznacza jednak pójście do ulubionej restauracji z okazji jakiejś ważnej dla mnie rocznicy, a nie wpychanie w siebie paczki ciastek.

Jeśli się przetrenuję, to najwyżej powiem sobie, że jestem głupia i następny dzień będzie spokojniejszy, a nie będę ćwiczyła na siłę, żeby rytuał się zgadzał.
Poszłam na kurs czwartego już w mojej karierze języka żywego. Sport jest w moim życiu, nadal lubię gotować, ale cieszę się, że inne zainteresowania wyszły teraz na pierwszy plan. Uważam, iż bycie świadomym konsumentem to istotna rzecz – ale ileż można studiować składy? I ostatnia rzecz – autorytety dietetyczne. Jedzenie 1700 kcal bo pani w internecie tak mówi jest bezdyskusyjnie słabe, jak to mawia młodzież.

Podsumowując – jeszcze raz dziękuję. Podziwiam także rozwój Twojej działalności. I cieszę się, że dzięki niej zarówno ja, jak i inne dziewczyny, żegnamy wszelkie diety, czy to bzdetogeniczne, czy to oświęcimskie, czy to “Doktora Tukana”, i zaczynamy wreszcie żyć.

Pozdrawiam ciepło i słonecznie z pochmurnego i zimnego Krakowa,
Asia