Ostatnio na Wilczym Stadzie rozgorzał dziki spór o „moją metodę” i o to jak ona wygląda. Dowiedziałam się tam niestworzonych rzeczy; między innymi, że traktuję człowieka jak maszynę– że wystarczy dać mu odpowiednią ilość kalorii, a on już się z bulimii wyciągnie i że w tym „musi być coś więcej”, bo „ludzie nie niszczą się z przyzwyczajenia” (owszem, niszczą) oraz generalnie, że ignoruję aspekt duszy człowieczej i człowieczeństwa w ogóle.

Jak już pozbierałam opadłą z podłogi szczękę, zastanowiłam się skąd takie poglądy mogą wynikać, oprócz nieznajomości mojego bloga lub powtarzania zasłyszanych opinii i stwierdziłam, że powód jest jeszcze jeden: ja nigdy nie sprecyzowałam i nie opisałam mojej metody jako takiej.

Dlaczego? Bo bardzo długo broniłam się przed tym słowem. „Ależ nie, to żadna metoda, to po prostu czysta logika i działanie Matki Natury” – tak zbywałam wszystkie pytania w tym temacie.

No ale mija już pięć lat, odkąd prowadzę bloga i mentoruję dziewczynom i chyba czas spojrzeć prawdzie w oczy – ja mam swoją metodę. To nie jest tak, że każdemu mówię co innego i czekam, co z tego wyniknie. Po tylu latach wyłoniły się konkretne założenia, według których działam. Teraz nadszedł czas, by je zdefiniować i opisać. Także nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i gorąca dyskusja skłoniła mnie do poukładania sobie pewnych spraw.
Pierwsze co się wyłoniło, to to, że mam do zaburzeń odżywiania

Podejście nieterapeutyczne

Gdy to słowo pojawiło się w moim umyśle, od razu wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę! Będzie to nowy slogan mojego bloga i jeżeli kiedykolwiek wydrukuję sobie wizytówki, on się na nich znajdzie.

Ale co to znaczy? Ano to, iż nie uważam, że bulimia jest symbolicznym objawem głębszych problemów w naszym życiu. Całkiem możliwe, że właśnie tak się zaczęła (o czym za chwilę), ale w momencie, kiedy nawyk objadania zakorzenił się na dobre, pierwotne przyczyny stały się nieistotne. I to jest największa różnica między moim ujęciem sprawy, a podejściem terapeutycznym, które właśnie te przyczyny uważa za najistotniejsze i w dużej mierze zajmuje się właśnie nimi. Pisałam o tym dawno temu w poście Objawy.

Ola

Podam przykład, który zilustruje co mam na myśli: Miałam kiedyś podopieczną, która była molestowana w dzieciństwie. Całą nienawiść i ból, którego doznała, skierowała na swoje ciało. Tak zaczął się jej nawyk głodzenia się, cięcia, katowania i wymiotowania. Intensywność tych zachowań przyprawiała o zawrót głowy.

Ola leczyła się wielokrotnie w szpitalu, latami pracowała z największymi autorytetami w dziedzinie ED (w tym ze znaną panią profesor) i próbowała uporządkować swoją przeszłość, tak aby przestała ona w końcu wpływać na jej teraźniejszość. Terapia w dużej mierze opierała się na przepracowaniu złości na sprawcę molestowania, po to, aby dziewczyna nie wyrzucała jej z siebie wymiotami (jej terapeuci tak je postrzegali).

Ola zaś twierdziła, że wybaczyła już swojemu oprawcy (między innymi dzięki terapii właśnie), ale to wcale nie powstrzymywało ją przed dalszym angażowaniem się w autodestrukcję.
I to było dla niej absolutnie druzgocące. Dlaczego wciąż to robi? Czy ona jest jednak zepsuta na zawsze? Czy już do końca życia będzie skazana na symboliczne odgrywanie swojego dzieciństwa, które niszczy jej życie?
W takim stanie rozpoczęła ze mną współpracę.

Ja jednak podeszłam do tego inaczej; Olu, to co robisz nie ma już związku z Twoją przeszłością. To dawno stało się po prostu Twoim nawykiem. Ty w młodości nauczyłaś swój mózg takiego postępowania i on to tylko podtrzymuje, bo takie jest jego zadanie.
Do tego ciągle jesz o wiele za mało i uprawiasz o wiele za dużo sportu. (Ola notorycznie mdlała z głodu w pracy. Łamały jej się kości od osteoporozy i przeciążenia.) A to na pewno nie pomaga powstrzymywaniu się przed atakami. Trzeba najpierw zająć się twoim talerzem; first things first.

I tu wystartowałyśmy. Co się okazało? Ola bardzo szybko zaczęła wychodzić na prostą; jadła o wiele więcej, więc jej ciało nie domagało się tysięcy kalorii NA RAZ, a umysł zaczął się uspokajać.
Nie powiem, że było łatwo, ale ostatniego dnia mentroingu pożegnałam zupełnie inną osobę niż ta, która na niego przyszła. Jej przypadek opisuję w poście „Cud”, który jest – uwaga – szokujący.

Z tego co wiem, Ola miała jeszcze potem małe załamanie, bo stary nawyk wylazł jednak na wierzch (co jest normalne), ale już WIEDZIAŁA CO Z TYM FANTEM ZROBIĆ. Szybko pozbierała się i teraz jest szczęśliwą mamą małego szkraba. Przed mentoringiem bezskutecznie próbowała zajść w ciążę metodą In Vitro, potem zaszła w nią naturalnie.

Do tego osiągnęłyśmy cele, które Ola próbowała osiągnąć na terapii przez lata – wyższe poczucie własnej wartości (jak masz je mieć, jak nie panujesz nad najprostszą rzeczą, jaką jest jedzenie?) i akceptacja swojego ciała (przysięgam – to dzieje się SAMO, kiedy człowiek zaczyna normalnie jeść, o czym także napiszę też post).
Jeżeli przeczytasz jej świadectwo, zobaczysz też, że Ola stała się wdzięczna za każdy dzień, za życie i za to ciało, którego tak wcześniej nienawidziła.

A więc czy potraktowałam Olę jak tucznik, któremu trzeba wpakować odpowiednią ilość kalorii i będzie ok? Jak maszynę, która jest błędnie zaprogramowana i trzeba ją odprogramować? Nic z tych rzeczy. Niemniej jednak zaczęłam właśnie od nawyku. Ciężko jest budować dom bez fundamentów lub piąć się po piramidzie Maslowa, bez spełnienia podstawowych potrzeb.

Podam jeszcze jeden przykład:

Dominika

Dominika przyszła do mnie w 2016 roku, wykończona swoją wieloletnią bulimią. Do tego dręczyła ją chorobliwa wręcz nieśmiałość i brak poczucia własnej wartości.

Gdybym nie miała podejścia nieterapeutycznego (od tej pory to moje ulubione sformułowanie!), za to dyplom psychologa na ścianie, domyślam się, że zaczęłabym najpierw drążyć temat jej postrzegania siebie. Dlaczego tak jest? Jak wyglądała Twoja przeszłość? Kto Cię skrzywdził?

No chyba że działałabym w nurcie poznawczo – behawioralnym, wtedy zapytałabym jakie korzyści daje jej nawyk i próbowała nauczyć ją zaspokajać te potrzeby w inny sposób. (Podczas gdy taki nawyk nie zaspokaja żadnych potrzeb, ale o tym też za chwilę.)

Uznałabym zapewne, że jej objadanie się jest próbą zagłuszenia trudnych emocji i jeżeli ich przyczyny zostaną zniesione, bulimia nie będzie Dominice do niczego potrzebna, a nawyk zniknie sam.
Czy właśnie to wymyśliłam? Nie, tak wyglądały wcześniejsze terapie, w których Dominika uczestniczyła. Nie muszę chyba dodawać, że nie przyniosło to pożądanego efektu.

Ja zaś podeszłam do tego od drugiej strony: najpierw rozwiążemy problem jedzenia i na tym zaczniemy budować całą resztę.
Okazało się, że Dominika – w przeciwieństwie do Oli chociażby, jest klasycznym przypadkiem ofiary diety. Jej porcje były za małe, jadła nieregularnie, ograniczała spożywane kalorie i była przekonana, że dorosła kobieta powinna jeść maksymalnie 1600 kcal. Jaki był tego efekt? Oczywiście napady.

Zaczęłyśmy więc od gaszenia pożaru, czyli od pracy nad sferą jedzenia, a nie w sferą emocji.
Kiedy jedzenie zaczęło się normować, zaczęłyśmy dużo rozmawiać o wdzięczności, o szansach jakie mamy w życiu, o poczuciu zasługiwania na nie. Ale przez ten cały czas niestrudzenie uczyłyśmy jej mózg innego postępowania z jedzeniem. I co? Może oddam głos Dominice:

Hej! Tyle razy już myślałam, żeby do ciebie napisać i jeszcze raz podziękować za to, co dla mnie zrobiłaś. U mnie wszystko dobrze. To jak się zmieniłam to jakiś kosmos! Z dziewczyny co wstydziła się odezwać słowem, zostałam managerem w największym sklepie optycznym w Londynie!!!! Jedzenie to dla mnie przyjemność, a nie katorga. Ćwiczenia to już rutyna i wypracowałaś u mnie nawyk bycia wdzięczną za najmniejsze rzeczy. Mam nadzieje, że będę mogła Cię kiedyś spotkać i wyściskać za to wszystko. Jasne, że możesz wrzucić moje zdjęcie. Mam nadzieje, że komuś to pomoże.

No to wrzucam:

metoda

Przed i trzy miesiące po mentoringu

 

No dobrze, dosyć tych przykładów.

Teraz o tym jak wyglądają założenia mojej metody, bo chyba jakieś muszą być, prawda? Po namyśle stwierdziłam, że założeń jest AŻ dwa. Wiem wiem, szaleństwo.
I teraz uwaga, bo zdziwisz się – zwłaszcza pierwszym.

 

1. Jesteś w pełni zdrowa, taka jaka jesteś, już teraz. Nic nie jest z Tobą nie tak, nie jesteś zepsuta.

Jedynym „problemem” jest to, że masz bardzo dużo chorego myślenia na temat jedzenia i siebie w ogóle. To ono „zakrywa” Twoje zdrowie – tak jak chmury czasami zakrywają słońce. Ale przecież nawet jak jest tyle chmur, że robi się ciemno, nie oznacza to, że słońca nie ma, prawda?
Ciężko pojąć te filozofie? Już wyjaśniam.

Kiedy jesteśmy mali, po prostu… jesteśmy. Trwamy zanurzeni w strumieniu życia i płyniemy wraz z nim. Nie mamy żadnych oczekiwań wobec siebie, a więc nie oceniamy naszego zachowania. Na przykład niechęci do posprzątania zabawek (nie myślisz: ale jestem bałaganiara), braku ochoty bawienia się klockami z Jacusiem (Ojej, co on sobie pomyśli? Jestem taka nietowarzyska!), ataków histerii w sklepie z zabawkami czy faktu, że zlaliśmy się w pieluchę. To po prostu JEST. Nic z tych rzeczy nie jest dla nas PROBLEMEM.

Kiedy jednak dorastamy, to co odbywa się w naszej głowie, staje się ważniejsze niż to, co JEST. Zaczynamy żyć w wyimaginowanej przyszłości, minionej przeszłości lub martwimy się rzeczami, których w tej chwili nie ma.

I to jest piękne środowisko, w którym tworzą się niechciane nawyki. I zaczyna się – w dużej mierze nieświadome – kombinowanie. Taka Kasia myśli na przykład: Skoro wczoraj było mi źle i napiłam się wina (próba ZROBIENIA czegoś ze swoimi emocjami, zamiast przeżyć je, tak jak to robiliśmy za dzieciaka), to dzisiaj też będzie dobrze się go napić. A po latach powtarzania tego cyklu zostaje jej jedno żałosne: „MUSZĘ się napić” z którego ona nie może się wyzwolić.

Bo skoro wczoraj czekolada (czy wino) „ukoiła” nasze nerwy, to mózg to zapamięta i dzisiaj usłużnie nam o tym przypomni. A jeżeli powtórzymy to kilkanaście razy, to obudzimy się z nawykiem jedzenia czekolady. I czasami dzieje się to bez uprzednich diet.
I ok, nawyk jedzenia czekolady może nie jest tragiczny, ale tu zaraz pojawia się kolejna warstwa MYŚLENIA: przecież muszę wbić się w bikini! I kolejna: muszę się tego pozbyć! I idą środki przeczyszczające. Znowu powtarzamy to kilka razy i mamy bulimię. Tak nauczyłyśmy swój mózg, podczas gdy na przykład Kasia, nauczyła go pić alkohol.

A czy dzieci mają nałogi? Nie, bo one po prostu płyną z życiem i nie szukają „rozwiązania” na swoje myśli czy emocje. Cieszą się, płaczą i zapominają o sprawie za 5 minut. Po ich niebie PRZEPŁYWAJĄ chmury myśli i nie gromadzą się na nim, tak jak u nas. Dzieci żyją w tu i teraz, my żyjemy we własnej głowie. (No chyba, że jesteśmy podczas medytacji, albo doznałyśmy oświecenia. A w to ostatnie raczej wątpię.)

No ale czy fakt, że żyjemy w naszej głowie jakkolwiek wpływa na nasze zdrowie psychiczne? Nie! My dalej jesteś w pełni zdrowi. Widzimy to jasno w rzadkich momentach flow – kiedy nie ma żadnych nałogów, zmartwień i problemów. Zapominamy o całym świecie i jesteśmy w pełni tu. Ja doświadczam ich kiedy piszę, moja podopieczna, kiedy wykonuje tatuaż, ktoś inny podczas biegania, jeszcze inny, gdy patrzy w oczy swojemu malutkiemu dziecku.

Naszego zdrowia i spokoju po prostu nie można „zepsuć”. One są naszym trzonem, naszą naturą. To, że ich w tym momencie nie widzimy, nie znaczy wcale, że ich tam nie ma. I to jest pierwsze, o czym mówię moim podopiecznym.

Popatrz jakże to inne podejście niż podejście terapeutyczne, gdzie zakładane jest – oczywiście w dobrej wierze – że jest coś z Tobą fundamentalnie nie tak i trzeba to znaleźć i wyleczyć.

Pewnie podskórnie wyczuwasz Prawdę, w tym co mówię. Domyślam się, że daje Ci to także nadzieję. Ale zapewne zastanawiasz się, skąd ja to wzięłam. No to teraz zaskoczę Cię jeszcze raz; to jest podejście PSYCHOLOGICZNE i wywodzi się z nurtu zwanego 3 principles lub health realisation (błagam, nie każ mi tego tłumaczyć). Więc jeżeli ktoś chce się przyczepić, że ignoruję zdobycze psychologii – nie ma już do czego.

No dobrze, ale co z tego wynika dla Ciebie?
I teraz uwaga, bo to mega ważne: To, że Ty potrafisz jeść. Jedzenie absolutnie nie jest tu problemem. Twoje myślenie o jedzeniu nim jest. Jeżeli zabierze się z drogi to chore myślenie, normalne jedzenie będzie tym, co wyłoni się naturalnie.

Dlaczego? Ponieważ każdy organizm żywy WIE, jak jeść, łącznie z Twoim. Jesteś przecież częścią natury i to jest zapisane w twoim DNA. Nie można o tym zapomnieć, czy się tego oduczyć. Można tylko zawalić się myślami na ten temat i nie widzieć lasu spośród drzew.

I oczywiście, na początku pilnujemy z dziewczynami ich posiłków. Jako że ich pokrzywione myślenie ma się jeszcze dobrze, a strach bije się wciąż ze zdrowym rozsądkiem, musimy upewnić się, że to nie są mikroskopijne racje. Poza tym wiele moich podopiecznych nie ma pojęcia, ile to jest porcja i ile je normalny człowiek. Ale jak już to załapiemy, organizm sam przejmuje stery (w okolicach drugiego tygodnia) i potem jest z górki. Jedzenie zaczyna pilnować się „samo” i nie trzeba tyle o tym myśleć.

 

2. Objadasz się, bo tak nauczyłaś swój mózg – to stało się twoim nawykiem. Nie objadasz się by radzić sobie z przeszłością, emocjami czy poczuciem pustki. Objadasz się, by radzić sobie z dręczącymi myślami o objadaniu się.

Tak jak przekonanie o tym, że w swojej esencji nie jesteś zniszczona czy złamana, a zdrowie jest Twoją naturą – było prawą nogą mojej metody. Tak przekonanie, że objadanie się jest Twoim nawykiem, a nie strategią radzenia sobie z życiem czy symbolem czegoś tam – jest jej nogą lewą. Na tym to wszystko stoi.

Ten pogląd bierze się z moich dogłębnych studiów nad funkcjonowaniem mózgu człowieka. Wszystko zaczęło się od książki „Brain over binge”, gdzie autorka wyjaśnia bardzo prostym językiem, jak powstaje nałóg objadania się (a także każdy inny) z neurologicznego punku widzenia.
By dowiedzieć się o tym więcej, koniecznie przeczytaj moje posty o gadzim mózgu oraz – najlepiej – wspomnianą książkę. Teraz nie będę tu tego powtarzać.

Potem przeczytałam wszystkie książki Jeffreya Schwartza o jego pracy z pacjentami cierpiącymi na OCD, czyli zachowaniami obsesyjo -kompulsywnymi (na przykład uporczywe mycie rąk), które to także są po prostu nawykami  – tyle że mentalnymi i w swojej strukturze nie różnią się niczym od takiej na przykład bulimii. Tak jak pacjent z OCD czuje przemożną chęć umycia rąk po raz 10ty, tak i Ty odczuwasz uporczywą chęć najedzenia się, mimo że i Ty i on doskonale wiecie, że to głupie i szkodliwe. Jednak ten koszmarny przymus jest silniejszy.

A więc Ty sięgasz po jedzenie nie dlatego, że ono Ci coś kompensuje, ani nawet dlatego, że jest ono takie smaczne. Ty sięgasz po nie, aby ten dręczący głos, który Cię do tego namawia ZAMKNĄŁ SIĘ W KOŃCU i dał Ci spokój! A można inaczej.

Schwartz odkrył, że praca z myślami – rozpoznawanie myśli nałogowych, separowanie się od nich i ignorowanie, sprawia nie tylko, że nawyk ustaje, ale także to, że mózg zmienia się fizycznie! Udowodnił to wykonując skany mózgu swoich pacjentów zrobione przed i po treningu (nie terapii!!) radzenia sobie z myślami. To zjawisko nazywa się neuroplastycznością.
A więc to co myślimy może wpływać na kształt naszego mózgu! Niesamowite, prawda?

Też tak stwierdziłam i ochoczo zakopałam się w innych rewelacyjnych książkach na ten temat. Wiele z nich poruszało go właśnie w kontekście nałogów. Mogę tu polecić z czystym sercem książkę „Unbroken Brain” napisaną przez byłą heroinistkę, a teraz doktor nauk Maię Szalavitz.

Później wjechały prace Jacka Trimpeya, twórcy tak zwanego „rational recovery” jako alternatywy dla AA. To właśnie jedna z jego książek uzdrowiła Kathryn Hansen, a później zainspirowała ją do napisania „Brain over binge”. Tu mamy tę samą udowodnioną tezę: uporczywy nałóg jest wynikiem błędnego zaprogramowania mózgu, nawet jeżeli zaczął się jako „próba poradzenia sobie z rzeczywistością”. Zmiana zachowania zaś, zmienia fizycznie nasz organ pod kopułą.

*

No dobrze: alkoholicy, narkomani, ludzie z obsesyjnymi kompulsjami. A co z nami, Wilczycami? To samo! Widzę to dokładnie u moich podopiecznych. Kiedy one zaczynają rozumieć logiczny system stojący za ich nawykiem, przestają czuć się jego bezbronnymi ofiarami. To już nie jest jakaś magiczna siła, która rządzi ich życiem, a której zasady są nieznane i nieprzewidywalne. To coś, co można prosto wytłumaczyć i ZMIENIĆ. A zmiany będą widoczne nawet na skanach mózgu! Czy to nie wspaniałe?

No dobra, jeszcze nikogo nie skanowałam, ale wierzę, że pozbycie się nawyku objadania, zmienia mózg tak samo jak pozbycie się nawyku mycia rąk po sto razy.

Podsumowując: niechcący stałaś się „ofiarą” swojej własnej neurologii, której to mechanizm obróciłaś przeciwko sobie. Nauczyłaś swój niższy mózg (gadzi), by wysyłał Ci takie, a nie inne sygnały i on posłusznie to robił, nie bacząc na twoje (wypływające z kory przedczołowej) preferencje. A więc niszczysz siebie… z przyzwyczajenia właśnie. Nieźle, co?

No i teraz, aby to zmienić, musisz stanąć przed jednym jedynym zadaniem: oduczyć się tego.  A przyznasz  chyba, że jedno takie zadanie jest o wiele lepsze niż sto herkulesowych zadań typu: uporządkowanie przeszłości, naprostowanie relacji, nauczenie się innych „strategii radzenia” z emocjami i tego typu rzeczy, których zwykły śmiertelnik nie zdoła pewnie opanować aż do śmierci. Przynajmniej ja ich jeszcze nie opanowałam. Jeżeli Tobie się udało, powiedz mi proszę, jak to zrobiłaś.

A więc piękne w tym jest to, że aby wyjść z bulimii (BED itd.), nie trzeba robić nic z tych rzeczy. Oczywiście MOŻNA je robić (na przykład na terapii), ale nie trzeba. Bo tu trzeba (i to koniecznie!) zająć się bulimią, czyli samym problemem w jego esencji. Wszak nie ma sensu leczyć człowieka, który choruje powiedzmy na zatoki, jeżeli ten człowiek właśnie wykrwawia się na śmierć. Trzeba najpierw opatrzyć mu ranę, a potem zająć się całą resztą.

Na koniec tego podpunktu po raz kolejny zacytuję Robin Noorwood, wybitną terapeutkę uzależnień, autorkę min. bestsellerowej książki o nałogu toksycznych relacji „Kobiety, które kochają za bardzo”:

„Kolejnym niepowodzeniem tradycyjnej terapii jest pogląd, że uzależnienie od substancji lub zachowania to tylko symptom, a nie podstawowy problem. To on musi być zaadresowany w pierwszej kolejności, jeżeli jakkolwiek praca nad sobą ma przynieść rezultaty. Często jest tak, że pacjent może dalej praktykować swój nałóg, podczas gdy terapia skupia się na odkryciu powodów takiego zachowania. To podejście jest absolutnie na opak i totalnie nieefektywne. Jeżeli alkoholik jest uzależniony od alkoholu, jego podstawowym problemem jest uzależnienie od alkoholu i na tym trzeba się skupić. Picie musi się skończyć, zanim inne aspekty życia zaczną się poprawiać. Szukanie podświadomych powodów picia, w nadziei że znalezienie ich sprawi, że alkoholizm ustanie, nie działa.”

*

I to by było na tyle: Jesteś zdrowa, tylko że masz nawyk.
Banalne? Potwornie. Stoi za tym jednak potężna wiedza naukowa i doświadczenie milionów (?) pacjentów, lekarzy, couchów itd.

Proste? No tak. Ale czy łatwe? Niekoniecznie. Dlatego pracuję z dziewczynami przez dłuższy czas (od teraz będzie to 6 tygodni!). Inaczej wystarczyłoby przeczytać kilka moich postów czy jedną książkę i już. A tu trzeba to wszystko przetrenować. Najlepiej pod okiem trenera, który w każdej chwili powie Ci czy dobrze Ci idzie i poprawi Twoje ewentualne błędy, czyli na przykład mnie.

Trener ma sportowy strój, gwizdek i stoper – wchodzi z Tobą na salę, na ring, na bieżnię i nie spuszcza Cię z oka. I razem z Tobą się upoci i zmęczy. I razem z Tobą będzie świętował sukcesy.
Więc tak, mogę się tak nazywać – trenerka. Personalna Trenerka Mózgu (to też wyląduje na wizytówce, przysięgam).

Bo ja nie jestem siedzącym w fotelu terapeutą, który pomoże odkryć Ci piękno twojego człowieczeństwa, nie jestem dietetykiem, który powie Ci co jeść, nie jestem też psychiatrą, który zmieni lekami chemię Twojego mózgu.
Ty… zrobisz to sama. Tak, sama.
A ja Ci ewentualnie w tym pomogę.

*
Jeżeli aż nie możesz się doczekać, abym wzięła Cię w obroty, wskocz do mnie na mentoring już dzisiaj. Od teraz przedłużam go o 1/3. Postanowiłam, że chcę mieć Cię dłużej na oku, także wtedy, kiedy pierwsza euforia „To działa!” już opadnie.

*
Jeżeli zaś interesuje Cię duchowy (zupełnie bonusowy) aspekt mojej metody, zapraszam do przeczytania tych postów. Bański Agnieszki, Agata i Pan Mietek
Mówię tutaj „duchowy” z braku lepszego słowa. No bo jak nazwać to piękne przebudzenie się Agaty, Karoliny czy Agnieszki? Czym to wytłumaczyć? Na pewno nie dostarczeniem tych nieszczęsnych kalorii, chociaż… pewnie po części też. Jak sądzisz?

*
Na koniec przeproszę za przydługi tekst, ale pisało mi się go tak przyjemnie!