Nienawiść do ciała

Temat ten jest tak obszerny i tak ciężki, że nawet nie wiem czy dotknę tylko jego powierzchni, ale postaram się.
Czuje to każda z nas; każda obecna tu osoba, która kiedykolwiek wpisała w Google „Jak przestać się obżerać”, „Jak szybko schudnąć”. „Jak (nie) wymiotować” i cyfrowym zbiegiem okoliczności trafiła na mojego bloga.

Nienawiść

Hodujemy i starannie pielęgnujemy ją od dawna, może nawet od kilku pokoleń? Już nasza babcia krytycznie oglądała się w lustrze, a mama bezskutecznie walczyła z kilogramami. Ty zaś dostałaś lalkę Barbie, byś od dziecka wiedziała jak wyglądać, by zdobyć Kena, różowego Corvettę i status uwielbianej ikony. Dopiero później okazało się, że to nie jest wszystko takie proste.
Próbowałaś z całych sił wtłoczyć swoje ciało w za ciasne dla niego kanony, aż przyszło rozczarowanie, złość, frustracja i na koniec nienawiść.
Teraz nosisz ją jak drugą skórę, jak czapkę niewidkę, spod której nie widzisz swojego prawdziwego piękna. I w ogóle świata nie widzisz.
Jesteś tylko Ty i ono – Twój wróg. Czas zaś wypełnia walka.

Kto winien?

Oczywiście palec wyciąga się od razu w stronę mediów, które bezwzględnie promują wyśrubowany, wizerunek idealnego ciała. Niedawno była to rachityczna chudzina na przepustce z Auschwitz, teraz zaś umięśniona amatorka fitnessu na przepustce z obozu rekrutów.
Jeden i drugi obraz jest odklejony od realnego życia jak tylko się da. Ale my w niego wierzymy; udajemy że to pestka połączyć codzienność z wymagającymi treningami, odpowiednią dietą i suplementacją. Jeszcze do tego dom, dziecko, kariera – phi, dam radę.
Ale nie dajesz rady. Twoje ciało nie daje.
A więc rozczarowanie, złość, frustracja i na koniec ona. Jak cień.

Niestety do niej się nie przyznamy – jak do wstydliwej choroby. Cześć, jestem chora z nienawiści do siebie.
Moje objawy to: jo-jo, spuchnięta buzia, wypadające włosy, zżarte mięśnie, rozwalona tarczyca, osteoporoza, brak chęci do życia, depresja, brak iskry w oku…
O nie! Za to zrobimy dobrą minę do złej gry i zaniesiemy do pracy nowinę o kolejnej diecie. Same sobie podtrzymujemy ten mit. Kobiety – kobietom.
Jesteś gruba i jest Ci dobrze? Jak śmiesz, ty pasztecie! Won na dietę!

Ale wiesz gdzie to się wszystko zaczyna? Ten rak, który potrafi zeżreć nam całe życie?
W nas samym. Jego źródło bije w jednym słowie:

Oddzielenie

Oddzieliłyśmy swój rozum od ciała, swoją głowę od szyi, tułowia, rąk i nóg.
Oddzieliłyśmy ducha od materii, a pomiędzy nimi postawiłyśmy mur i zasieki.
No i mamy problem.

Kiedyś, dawno dawno temu, żyłaś zintegrowana ze swoim ciałem. Nie oceniałaś go, nie próbowałaś zmienić.
Wręcz przeciwnie; ono było źródłem radości i poznania. Wszystkiego trzeba było dotknąć, powąchać, wpakować do buzi.
Przez ciało uczyłaś się świata, ludzi, emocji.
Twój mózg (także część ciała) rejestrował to co dzieje się na zewnątrz i mógł się rozwijać.

W tych idyllicznych niepojętych czasach, to głód informował że trzeba zjeść, a sytość że już wystarczy.
Potem postanowiłaś ignorować te naturalne sygnały. Posłuchałaś internetu i jego ekspertów.
Opuściłaś ciało, a zamieszkałaś w głowie. Wyniosłaś się z pałacu do szopy.

I to odłączenie to nasza największa tragedia. Zaczęliśmy traktować swoją fizyczną powłokę jak coś obcego, jak wroga, który robi nam na złość i nie chce kooperować. A przecież prosimy tylko o te kilka kilo! Czy to tak dużo?
Kiedy je odchudzamy, specjalnie tyje! Kiedy je ćwiczymy, odmawia pokazania kraty na brzuchu.
Im więcej wysiłku i determinacji w to wkładamy, im mniej jemy, tym ono bardziej robi coś totalnie odwrotnego!
No żesz kurwa mać.

A ja Ci powiem kochana, że jest zupełnie odwrotnie; to nie ciało robi Ci na złość. To Ty robisz na złość jemu.

Przecież ciało – patrząc zupełnie bez sentymentów – to odziedziczony po przodkach mechanizm do przenoszenia genów. Jego zadaniem numer jeden jest przetrwać i przekazać je dalej.
I tą misję będzie wypełniać z absolutną bezwzględnością. Nie możesz go ani przekupić, ani przekonać, że 14% tkanki tłuszczowej to spoko sprawa.
Ono wie że to za mało i nie ustąpi. Prędzej je zabijesz, niż złamiesz.

A więc jeżeli nie dasz mu odpowiedniej ilości energii, ono zacznie tę energię oszczędzać oraz szukać dodatkowych jej źródeł. (Czy Ty nie zrobiłabyś dokładnie tak samo, gdyby Twoje dochody spadły nagle o połowę?) Metabolizm zwolni do minimum, pojawią się ataki obżerania, szaleństwo, obsesja…

Spójrz więc prawdzie w oczy: to Ty zaburzasz jego normalne funkcjonowanie, ty je męczysz i stresujesz, a nie ono Ciebie.
Nienawidzisz go za to że próbuje przeżyć, ochronić Cię przed skutkami twojej własnej głupoty.
A czyż to nie jest miłość? Czy nie tak właśnie postępowałbyś ze swoim małym, jeszcze głupiutkim dzieckiem, które chce się napić Kreta do rur?

Twoje ciało jest teraz może i za ciężkie, słabe, opuchnięte, ale czy ono – przepraszam bardzo – zrobiło to sobie samo? Jaki miałoby w tym cel skoro jego zadaniem jest przeżyć i przekazać SPRAWNE geny kolejnym pokoleniom?
Czy ono urodziło się ciężkie, słabe i opuchnięte? Nie. Twoje akcje pochodzące z „mądrego” ludzkiego mózgu, w stu procentach do tego doprowadziły. Bo czy widziałaś kiedyś dzikie zwierze zmagające się z efektem jo-jo? No nie.
A więc to głowa zawiniła, a ciału się za to codziennie dostaje.
I gdzie tu logika?

*

Po drugie, oprócz nośnika genów, ciało to mieszkanie naszej duszy; jedyna rzecz na tym świecie, którą tak naprawdę mamy, wspaniały, perfekcyjny instrument.
Życie bez miłości i szacunku do niego, to życie na wygnaniu.
Wygnaniu z raju.

To swoje ciało można kochać? Abstrakcja!

Tak, można, ale wszystko po kolei:
Żeby je pokochać, musisz je najpierw polubić. Żeby je polubić musisz je najpierw zaakceptować. Żeby je zaakceptować, musisz je najpierw docenić.
Na przykład za to, że ono przeżyło te wszystkie tortury.
Albo za to, że możesz cieszyć się nienaruszonym zmysłem wzroku, słuchu, dotyku, węchu. Za to, że masz sprawne nogi i możesz pójść gdzie tylko chcesz. Masz władne ręce, którymi możesz pracować, przytulać, tworzyć, drapać się po głowie. Masz język, i wargi, dzięki temu możesz mówić i śpiewać. Masz jasną głowę, a w niej niezmąconą inteligencję.

A przecież to wcale nie takie oczywiste. Mogłaś mieć każdą jedną chorobę jaka tylko istnieje.
I nawet teraz, w zaburzeniach odżywiania, Twoje ciało mogło się już dawno poddać; mogło Ci wysiąść serce, jak śp. Dominice. Wszystko się mogło zdarzyć, ale Ty miałaś szczęście, bo ono jest silne i wytrwałe.
I to nie jest sobie takie „nic”, co się po prostu należy. O nie, kochana. To jest coś, za co powinnyśmy codziennie dziękować na kolanach i błagać o wybaczenie.  Bo to nie ono było wrogiem. To Ty nim byłaś.

Czy to znaczy, że mam teraz na siłę je polubić? Nie.
Po prostu bądź mu wdzięczna i zobacz co się stanie. A staną się cuda. Proces integracji ciała i ducha rozpocznie się sam. (Oczywiście jeżeli za tym pójdzie także normalne jedzenie, bo nie można z jednej strony się doceniać, a z drugiej głodzić.)
I tak, efektem końcowym będzie miłość. A ją z kolei będzie widać na zewnątrz – i to zupełnie realnie.
Waga zatrzyma się na odpowiednim poziomie, cera stanie się gładka, opuchlizna zejdzie, włosy odrosną. Ciało chce być szczupłe, jędrne, mocne. Jednak nie osiągnie się tego terrorem. Analogicznie; bite, głodzone i upokarzane dziecko, nie wyrośnie dzięki temu na pewnego siebie, dumnego człowieka, prawda?

*

A więc co zrobić? Podziękować. Od tego zacznij.

Przeczytaj post „Cud” o tym jak moja podopieczna Ola zmieniła stosunek do swojego ciała. Zaczynała nienawidząc go tak zacięcie, że aż mnie to przerażało (a myślałam, że już nic mnie nie zaszokuje). To uczucie kultywowała w sobie przez ponad 20 lat. Dopiero gdy zrozumiała, że ono nie jest jej wrogiem i że NIC złego jej nie zrobiło – zmieniła do niego stosunek i wyszła z bulimii.

Ćwiczenia jakie polecam:

1. Za każdym razem, gdy patrzysz w lustro, powiedz sobie coś miłego. Nawet jeżeli możesz się zdobyć tylko na „fajna fryzura” albo „spoko kolor oczu”.
Jeżeli to jest za ciężkie, zrób to ćwiczenie z przyjaciółką lub partnerem– na zmianę mówcie sobie (szczere) komplementy.

2. Dotknij każdej części swojego ciała i podziękuj jej za coś. Jeżeli jesteś w stanie dotknąć się tylko końcem palca, to także jest ok. Jeżeli nie, popatrz na tę część i zwróć się do niej.

3. Pytaj swojego organizmu czego potrzebuje: Jesteś zmęczony, głodny, śpiący? Chcesz jeszcze dokładkę? Chcesz to dojeść czy zostawić? Chcesz pospacerować czy się przebiec?
Uważnie słuchaj odpowiedzi, bo one będą się pojawiały.

4. Smaruj się, balsamu i masuj. Jeżeli sprawia Ci to trudność, zrób to z przyjaciółką lub partnerem. Poczuj, zupełnie realnie swoją fizyczność.

5. I jeszcze raz: dziękuj, dziękuj, dziękuj.

Dobiegniesz do autobusu – dziękuję. Pogryziesz własnymi zębami kanapkę (znam tak wiele dziewczyn, którym zęby po prostu wypadły) – dziękuję.
Twoje usta pocałują ukochanego – dziękuję.

Rano, wieczór, we dnie, w nocy i kiedy tylko Ci się przypomni.

Kochana, wierzę, że potrzebujesz wsparcia i zasługujesz na zdrowie. Zapraszam Cię więc na mój program mentoringowy, gdzie pracujemy indywidualnie, 1 na 1. Więcej informacji tutaj: MENTORING.

Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina.

Niedawno wypuściłam też kompleksowy kurs internetowy dla osób cierpiących na bulimię i kompulsywne objadanie się. Zobacz pierwszą lekcję kursu, zupełnie za darmo: LEKCJA PRÓBNA.

Nie musisz być w tym sama. Napisz do mnie, a razem znajdziemy rozwiązanie dla Ciebie.

2018-05-15T09:16:33+00:00 15 Maj, 2018|Kategoria: Psychologiczna rozkminka|Tagi: , , , |

17 komentarzy

  1. Monika Maj 15, 2018 w 10:05 am - Odpowiedz

    Anula, a Ty też stosowałaś te zasady? Tak samo zanim wyszłaś z bulimii najpierw musiałaś siebie zaakceptować? Na jakim etapie jesteś?

    • Wilczo Glodna Maj 16, 2018 w 7:36 pm - Odpowiedz

      Część tak, część wymyśliłam dla moich podopiecznych i zadziałało.
      Na początku po prostu postanowiłam, że przestanę wymiotować. Reszta wyszła w praniu, a już na pewno akceptacja siebie.
      Teraz się kochamy, ale jak to w każdym związku są lekkie nieporozumienia 🙂

  2. Karolina Maj 15, 2018 w 10:46 am - Odpowiedz

    Dziękuje Ci za ten post ! Aż łzy poleciały podczas czytania .. ostatnio dowiedziałam się ze moich kilka zebow nadaje się do wyrwania .. przepłakałam kilka dni ale to dlatego ze wiem jedynie ze to moja wina i Saną siebie do tego doprowadziłam ale z drugiej strony uświadomiłam sobie ze jeśli nie skończę z tym na dobre może być tylko gorzej .. jestem na dobrej drodze oczywiście z potknięciami ale walczę i cieszy mnie ten sukces . Dziękuje jeszcze raz Aniu ze jesteś tu z nami !

    • Wilczo Glodna Maj 16, 2018 w 7:36 pm - Odpowiedz

      Ściskam mocno kochana, nie płacz piękna moja :*

  3. OLA Maj 15, 2018 w 11:58 am - Odpowiedz

    Cudowny post. Niezmiennie Aniu trafiasz w punkt i niezmiennie dajesz mocno do myślenia

  4. Marii Maj 15, 2018 w 2:36 pm - Odpowiedz

    niby Takie proste i prawdziwe a takie trudne do wykonania. dziękuję

    • Wilczo Glodna Maj 16, 2018 w 7:37 pm - Odpowiedz

      Zawsze mówię że najtrudniej to żyć w tym bagnie. Wszystko inne to pikuś…
      Zrób ten krok kochana.

  5. Karolina Maj 15, 2018 w 3:16 pm - Odpowiedz

    To takie piękne. To wszystko co tutaj napisałaś jest po prostu piękne.
    Mimo, że po ostatnich głodowych dietach minęło u mnie już dwa lata to nadal sporadycznie się objadam, wpadam w ciągi nienawiści i obrzydzenia, a to wszystko dlatego, że pojawia się u mnie myśl „chcę schudnąć, nie lubię siebie, mam za grube nogi, brzuch, ręce” i może to wydawać się głupie, ale to właśnie przez taką nie akceptacje do swojego ciała ,się obżeram. Zamiast dziękować mu za to, że żyje, współpracować z nim, to ja narażam jego mądrość na ciągłe bezsensowne powracanie do tematu odchudzania. Przecież Ono ma już dość! Nie chce wiecznie myśleć o tym jak tu przetrwać, znajdować się w sytuacji stresu. Twoje porównanie Aniu, ciała do dziecka jest bardzo trafne. Musimy nasze ciało obdarzać taką miłością i troską, jaką byśmy miały obdarzać nasze dziecko.
    I mimo, ze faktycznie mam nadprogramowe kilogramy, to uważam, że moje kochane ciało samo wie najlepiej co robić. Trzeba przestać raz na zawsze karmić mózg tymi bezsensownymi artykułami o odchudzaniu, treningach, co raz nowszych dietach, ograniczaniu jedzenia. Myślę, że gdy już zaprzestaniemy takiego zachowania i zapewnimy naszemu kochanemu ciału dożywotnie bezpieczeństwo, miłość i gwarancje nie powracania do starych nawyków, to samo sprawi, że będziemy czuć się i wyglądać na szczęśliwych, takich jak zaplanował nas Bóg.

    • Wilczo Glodna Maj 16, 2018 w 7:38 pm - Odpowiedz

      Amen.

  6. Veronika Maj 15, 2018 w 10:11 pm - Odpowiedz

    Dziękuję Aniu. Zawsze jak tu wchodzę dostaję post, którego akurat teraz mi brakuje.. Najbardziej boli mnie to, że kiedy już jest dobrze. Już zaczynam się lubić, jeść (!) I czuć choć trochę pewność siebie.. nadchodzi moment, w którym to wszystko rozpada się jak domek z kart… i nigdy nie potrafię sobie z tym poradzić. Bolą mnie huśtawki między „w sumie to jestem ok” a „nienawidzę siebie bardzo”. Aktualnie jestem na tym drugim etapie.. a sił coraz mniej, żeby wstać po raz kolejny..

    • Wilczo Glodna Maj 16, 2018 w 7:39 pm - Odpowiedz

      Ok kochana. To napisz do niego list. Pogadajcie sobie czemu tak to jest. Zapytaj go o to.

  7. agata.m Maj 17, 2018 w 10:03 am - Odpowiedz

    Hej, Aniu, a co, jeśli ja zawsze kochałam swoje ciało (zarówno przy niedowadze, jak i otyłości)? A odchudzałam się, bo… w sumie sama nie wiem, czemu wpadłam w to bagno. Owszem, narzekałam na (realnie) otłuszczony brzuch albo galaretowate udka (jak byłam szczupła, to nie), ale nigdy nie chciałam siebie krzywdzić. Pięknością nie jestem, ale akceptuję swój wygląd ( z kilkoma nadmiarowymi kilogramami też), jednak jest we mnie chęć zmian, wprowadzania nowych diet. ciągłego… nie wiem, poszukiwania jakiegoś sensu? Nawet jak wyglądam świetnie (według mnie i rodziny i partnerki), to i tak jestem uzależniona od bycia na diecie. Podobno istnieje nawet takie uzaleznienie (?)

  8. Ania Maj 17, 2018 w 11:21 am - Odpowiedz

    Abiu jakie to prawdziwe …jeju tak bardzo nienawidze a pptem dochodzi wstyd ,strach i czlowiek zamyka sie ze swoim jedzeniem…..probuje i …upada bo nienawidzi .

  9. Mama Dominiki Maj 18, 2018 w 9:48 am - Odpowiedz

    Moja kochana cudny post jak zawsze.Zupelnie tak jak moja Zosia zabiła swoje ciało ale nie złamała go . A teraz tak ciężko bo 27 maja zbliża się rocznica jej śmierci..Zastanawiam się tylko nad jednym ..dlaczego jesteśmy podatni na ten oglupisjacy Internet tak bardzo na te wychudzona a teraz masz rację wysportowane sylwetki..ja na przykład nie lubię Chodakowskiej drażni mnie ta kobieta jak mało kto… Tracimy rozum w tym wszystkim ..trudno się może dziwić nastolatkom ..ale starszych to też nie omija ..

  10. Mama Dominiki Maj 18, 2018 w 9:48 am - Odpowiedz

    Miało być Dosia nie Zosia ..glupi telefon

  11. K Maj 18, 2018 w 10:56 am - Odpowiedz

    Dziewczyny, pomocy…nie daje juz rady…bulimia, obsesja na punkcie brzucha, cwiczenia. Teraz mam zakaz siłowni przez zrobiony tatuaz i wpierdzielam takie ilości zarcia ze az mi niedobrze ale czuje ze rosne…nie umiem sie odnaleźć w codziennosci….wszystko mnie denerwuje.

Zostaw komentarz