Ostatnio ktoś zostawił mi komentarz pod postem, że może napisałabym coś o medytacji. Zastanowiłam się nad tym przez chwilę, ale stwierdziłam, że raczej nie mam tu za wiele do powiedzenia.
Kiedyś medytowałam regularnie, ale odkąd w zeszłym roku przeczytałam pewną książkę (polecałam ją na blogu tyle razy, że aż mi głupio się powtarzać), przestałam widzieć w tej praktyce tak wielki sens, jaki kiedyś.

Zamiast o medytacji, napiszę więc o „stanie medytatywnym” (właśnie wymyśliłam to słowo), czyli o byciu w „tu i teraz” bez siadania po turecku i zamykania oczu.
Dlaczego to ważne? Bo w świetle obecności w „teraz”, nawyki nie mają żadnej szansy. Wszak one są właśnie konsekwencją życia we własnej głowie, a nie w „tu”.

Już wyjaśniam o co mi chodzi.
Jak wiadomo, my ludzie myślimy. Jest to nasza super moc. Dzięki myśleniu zbudowaliśmy cywilizację – wspaniałe idee, latające i jeżdżące maszyny, cuda architektury i techniki.
Mamy także dzieła intelektualne – muzykę, literaturę, sztukę, poezję.
Dzięki myśleniu jesteśmy w stanie kochać, wspominać, planować, uczyć się na błędach i wpadać na wspaniałe pomysły.

Istnieje jednak ciemna strona tej naszej mocy; bo przez nią także cierpimy. Potrafimy zamęczać się faktami z przeszłości lub zamartwiać przyszłością. Tworzymy w naszej głowie fantastyczne wprost konstrukcje przekonań, po czym wierzymy w nie i żyjemy jakby one były jakąś obiektywną prawdą. Z myślenia biorą się też wszelkie lęki, fobie neurozy. No i nałogi.

Słowem, płacimy za ten dar ogromną cenę. Każdy z nas ją zapłacił; niektórzy mniejszą, inni większą. Jeżeli jednak czytasz tego bloga, to także zaliczasz się do jego ofiar – masz zaburzenia odżywiania, które są problemem typowo WY-myślonym. Czyli stworzonym z kreatywnego potencjału myśli.
I piszę to właśnie w ten sposób, abyś nie zrozumiała, że mam tu na myśli „ubzduranym”.

Jak to się wszystko odbywa?
Aby trwać w zaburzeniach odżywiania, czy w każdym innym uzależnieniu, trzeba regularnie wymiksowywać się z chwili obecnej – do tego stopnia, żeby w ogóle nigdy w niej nie przebywać.
Za to należy dużo siedzieć w innych miejscach.

Na przykład w przeszłości

Trzeba rozpamiętywać każde krzywe spojrzenie i każdą uwagę, jaką dostało się od otoczenia na temat swojego wyglądu.
Nigdy nie można wybaczyć sobie zjedzenia za dużo, a ataku na lodówkę, to już zupełnie. Następnego dnia należy mieć wyrzuty sumienia i natychmiast wyciągnąć wniosek, że skoro przeszłość taka była, przyszłość będzie identyczna.
Należy jak najwięcej rozmyślać o swoim całym życiu i szukać winnych swojej sytuacji lub momentów, kiedy wszystko poszło nie tak. Przeszłość należy traktować SERIO i próbować ją „rozwiązać” – na przykład na terapii.

Słowem, trzeba zamknąć oczy na fakt, że przeszłości JUŻ NIE MA, że jest ona tylko myślą w naszej głowie i traktować ją jako rzecz jak najbardziej realną. Jak na przykład nóż, który w każdej chwili może wbić Ci się w plecy.

Albo w przyszłości

Stwórz sobie realistyczną wizję przyszłości, w której jesteś GRUBA. Aby jej zaradzić, natychmiast przejdź na restrykcyjną dietę. Jednak zanim na nią przejdziesz, jeszcze dzisiaj wylewnie pożegnaj się z jedzeniem.
Bój się także, że sobie nie poradzisz. Zadręczaj się tym.
Wymyśl czarny scenariusz, najlepiej ze szczegółami i żyj tak, jakby Twoja kreacja była prawdą. Staraj się uniknąć tego scenariusza poprzez myślenie o nim w łóżku przed zaśnięciem. Powołuj go do życia siłą swojej wyobraźni tak intensywnie, aż zaczniesz odczuwać zupełnie realne stresowe reakcje organizmu. Powtarzaj to codziennie, po czym idź do psychiatry po leki na uspokojenie.

Albo w swojej głowie, tak w ogóle

Jeżeli Twoje ciało wysyła Ci sygnały „jeść” albo „jestem zmęczone”, absolutnie ignoruj to po całości. Ciśnij wtedy plan od dietetyka i trenera. Inni ludzie wiedzą przecież lepiej co potrzebne jest Twojemu organizmowi w danym momencie.
Zamartwiaj się dużo i chętnie każdym milimetrem ciała, porównuj je do innych ciał i nawet jeżeli uda Ci się dobić do „ideału”, pamiętaj, że zawsze może być lepiej.
W każdej chwili zastanawiaj się, co pomyślą o Tobie inni. Wierz święcie w to, że oni o Tobie w ogóle myślą.

Takich przykładów mogę mnożyć w nieskończoność, ale chyba już łapiesz o co chodzi?
Tkwimy w niekorzystnych dla nas schematach, a podtrzymują je tylko nasze myśli – ulotne twory, które zmieszane z naszą atencją, zamieniają się w twardy beton.

A co to znaczy żyć w tu i teraz?

To reagowanie na to, co jest tu, przed Tobą.
To jedzenie posiłku, który masz teraz na talerzu, a nie martwienie się o posiłek, który będziesz miała na talerzu jutro, albo wspominanie tego wczorajszego.
To mierzenie się z danym wyzwaniem, które właśnie jest, a nie zamartwianiem się wyzwaniem wyimaginowanym.
To słuchanie swojego ciała i serca i niemartwienie się, co z tego wyjdzie.

Dlaczego tak? Bo my ludzie, jesteśmy doskonali w reagowaniu na realne sytuacje, które właśnie odbywają się na naszych oczach, za to beznadziejni w reagowaniu na sytuacje, które są wyobrażone i dzieją się tylko w naszej głowie. Przecież skoro nie możesz działać ani w przyszłości, ani w przeszłości – to możesz działać tylko tu. Jeżeli zaś próbujemy „działać” gdzie indziej – cierpimy.

Podam Ci przykład. Przypomnij sobie kilka najbardziej wymagających chwil swojego życia; strata, trudny egzamin życiowy, wypadek, poród(?). I co? Poradziłaś sobie. Zdobyłaś się wtedy na wyżyny kreatywności, która przyszła nie wiadomo skąd. Poprowadziła Cię jakaś głębsza intuicja i wiedziałaś, co robić. Ten moment wymagał pełnego bycia tu i teraz i reakcji na to co przed Tobą. Nie siedziałaś wtedy w swojej głowie, płynęłaś ze strumieniem życia. I wszystko było tak, jak ma być. I nawet teraz, po czasie, nie możesz ogarnąć, jak ty dałaś radę!
A potem powróciłaś do swojego nawykowego myślenia i znowu wszystko stało się takie trudne.

I nie zrozum mnie źle; ja nie obwiniam tutaj Ciebie. Każdy człowiek tak ma, ja też. Jednak, jeżeli zdajesz sobie z tego sprawę, o wiele łatwiej jest żyć. I łatwiej jest znaleźć rozwiązanie na wiele „problemów”, w tym na „problem” jedzenia. Te rozwiązania są zawsze są w tu i teraz.

*Słowo problem piszę w cudzysłowie, bo wiem, że nie ma czegoś takiego.To my robimy z zaistniałych sytuacji „problem”, oceniając ją, nadając jej znaczenie i moc nad sobą.

*

A Ty co sądzisz na ten temat? Żyjesz raczej w „tu”, czy w swojej głowie?