„Proces leczenia bulimii jest przeważnie skomplikowany, a ponad to zagrożony dużym ryzykiem niepowodzenia, co może zniechęcać do dalszej walki o zdrowie. Aby leczenie było skuteczne musi zaistnieć złożona kombinacja wielu czynników, gdzie zmotywowany pacjent i doświadczony personel są najważniejszymi.”

„Leczenie bulimii polega głównie na psychoterapii, jest trudne i długotrwałe.”

„Bulimia jest poważna i niełatwa w leczeniu. Zalecana jest współpraca całego sztabu medycznego, od lekarza domowego, przez psychoterapeutę po dietetyka. Dużą rolę w leczeniu odgrywa także wsparcie rodziny i osób najbliższych. Najważniejszym leczeniem bulimii jest psychoterapia. W zależności od rodzaju i formy psychoterapia może trwać od 2 – 3 miesięcy do dwóch lat.”

(informacje ze stron pojawiające się jako pierwsze w google)

Takie rzeczy czytałam, gdy raz na kilka lat, w przypływie desperacji postanawiałam szukać pomocy.
No to pięknie! – myślałam – Geny, szpital, leki, długotrwałe leczenie, psychoterapia, sztab specjalistów, zaangażowanie rodziny, dziesiątki tysięcy złotych za turnus terapeutyczny… Wychodzi na to, że bez kupy kasy i dwóch lat urlopu nawet nie ma co zaczynać! No to ja nie mam ani tej kasy, ani tego czasu.
I nie robiłam nic. Do następnego zrywu.
Wiem, że znasz to doskonale.

A potem, po wielu wielu latach wyszłam z tego.
Z dnia na dzień. Bez jakiejś wielkiej pompy, bez przygotowań, obietnic i wyznaczonej daty.
Przestałam i już. I od pierwszych chwil wiedziałam, że to jest na zawsze.
Zero wątpliwości.
Dlaczego? Ponieważ nagle, w momencie zupełnej jasności, zrozumiałam czym jest bulimia.
Nie chorobą genetyczną czy psychiczną i nie emocjonalnym brakiem i nawet nie jest chorobą, jako taką.
Bulimia to nałóg (ze wszystkimi jego korzyściami , mechanizmami „zniewolenia”, zależnością emocjonalną itd) zapoczątkowany dietą.

Postawiłam sobie – po raz pierwszy w życiu – właściwą diagnozę.
A właściwa diagnoza zawiera w sobie właściwe lekarstwo.
Dlatego przestałam.

Zaczęłam robić coś zupełnie innego niż do tej pory. I już od pierwszego dnia ciągoty by się objeść, z potworów zmieniły się w …nooo, jakby to powiedzieć… w muszki? Takie muszki owocówki, co latają i wkurzają, ale generalnie nie robią krzywdy i można je odgonić machnięciem ręki.
Po około roku czasu zaś, zaczęłam uważać siebie za zupełnie normalną osobę. Taką jaką byłam przed ED. No dobra, może bez tylu włosów i z połową dawnego uzębienia, ale na powrót normalną.
Nie boję się, że „wilk wróci” w trudnej sytuacji życiowej, czy w ogóle kiedykolwiek.
Nie czuję się „trzeźwą” czy zaleczoną, na zasadzie: „do końca życia będę musiała uważać”
Nie. Jestem WYLECZONA.
Po prostu kiedyś miałam bulimię, tak samo jak grypę czy anginę. Teraz jej nie mam.

Dlaczego Ci o tym mówię? Bo wiem także, że to czego dokonał jeden człowiek, inny może powtórzyć.
A przecież podobno dokonałam niemożliwego! No bo gdzie mój sztab specjalistów? Gdzie moje leki i miejsce w ośrodku?
I od pierwszych chwil Wilczo Głodnej, właśnie ta misja jej przyświeca: Powiedzieć innym dziewczynom, że wyjście z objadania się jest proste i że też są w stanie to zrobić.
(Zanim prychniesz na słowo „proste” zwróć uwagę, że nie oznacza ono tego samego co „łatwe”.)

Przez ostatnie 2.5 roku pchana tym wewnętrznym przekonaniem, pracowałam bez wytchnienia nad blogiem – od rana do nocy. Dosłownie.
Rzuciłam dla niego moją dobrą pracę (z przerażeniem, ale i wiarą), zupełnie wyeliminowałam pożeracze czasu: przestałam oglądać TV, czytać książki fabularne (na rzecz naukowych), przestałam pić alkohol (szkoda mi czasu na kaca) i słuchać muzyki(!) Od lat nie mam czegoś takiego jak „weekend” czy „urlop”. Wszystko, co nie jest związane z blogiem (pisanie, nagrywanie, robienie researchu, odpisywanie na maile) poszło w kąt.
Aż tak jestem zdeterminowana.
Ponad Wilczą są tylko ludzie, których kocham i moje zdrowie (dobre jedzenie, siłownia, bieganie).

Kiedy pojawiały się wątpliwości, kiedy padał serwer, kiedy Ministerstwo Zdrowia czy prasa nie odpowiadały na setny list, kiedy wyzywano mnie od idiotek, statystyki bloga oscylowały w okolicy zera, a oszczędności się kończyły, myślałam sobie:
Właśnie w tej chwili jakaś zdesperowana dziewczyna czyta w necie, że nie wyjdzie z tego za żadne skarby. Za chwile zamknie komputer i nie wróci do szukania pomocy przez kolejne 10 lat, tak jak ty kiedyś. Zmień to!
I szłam dalej.

Teraz czuję, że moja misja się wypełnia. Dostaję setki wiadomości i komentarzy, że mój przekaz pomaga, że jest lepiej, co raz lepiej, normalnie, że ktoś odzyskał swoje życie, a ktoś inny znalazł bloga jak miał już sznur i żyletki (wcale nie przesadzam).
Przy moim kompie zawsze leży sterta mokrych chusteczek higienicznych. Zwłaszcza po ostatnich postach ich zużycie wzrosło.
Chcę wam za to mocno podziękować.

Żeby nie być gołosłowna, przedstawię Ci kolejne świadectwa moich dziewczyn, które już w większości poradziły sobie z tym problemem, albo są na ostatniej prostej. Po miesiącu. Są to prawdziwe opinie, prawdziwych osób, które znajdziesz na Wilczym Stadzie.
To pierwsze absolwentki mojego kursu – ogromnego projektu, który pochłonął pół roku mojego czasu i energii i w który włożyłam 100% serca i wiedzy.
Tylko teraz nie myśl, że robię kryptoreklamę kursu. Absolutnie. Zapraszam Cię na niego zupełnie otwarcie.
Dlaczego?

Bo to działa.

*

Cześć Kochane.

Pomyślałam, że także podzielę się moim podsumowaniem z Wilczego Kursu. Ukończyłam go dwa tygodnie temu, mam się świetnie, ale trochę się ociągałam z opublikowaniem tego tekstu -nadal wywołuje we mnie wiele emocji, bo jest bardzo osobisty.
Jednak jeżeli ma to przekonać choćby jedną osobę do podjęcia próby odzyskania własnego życia i wolności, to myślę, że warto. Zwłaszcza, jeżeli jedyne, co Was powstrzymuje, to aspekt finansowy.
Spuściłam w toalecie kilkadziesiąt tysięcy złotych, nigdy nie byłam w stanie nic oszczędzić i nagle jestem w szoku, ile pieniędzy zostaje na koncie, kiedy się ich nie przelewa do kanalizy.

Post jest długi, wybaczcie!
Pominę kwiecistą historię moich zaburzeń, ale siedzę w tym już łącznie z anoreksją od ponad 6 lat.
Przed rozpoczęciem kursu wymiotowałam niemal cały czas. Każdy posiłek był do zwrócenia, objadałam się przy każdej możliwej okazji. W dobre dni zwracałam 4-5 razy, w złe potrafiłam jeść i wymiotować przez bite 6 godzin ciurkiem.
Wszystko ustało właściwie pierwszego dnia, kiedy zaczęłam jeść zgodnie ze swoim zapotrzebowaniem, myśli o objadaniu zaczęły pojawiać się rzadziej i rzadziej.
Nie mogłam uwierzyć, że ja -przypadek beznadziejny w moim własnym mniemaniu – jestem w stanie tego dokonać.
Niejedna z Was pewnie wie, jak niewiarygodnym wydaje się jeden dzień bez kompulsów, kiedy od lat nie możecie przypomnieć sobie nawet jednego dnia nie spędzonego z głową nad kiblem.
I nagle nastąpiło oświecenie, z każdą lekcją wszystko ułożyło mi się w głowie:

Przestałam myśleć, że mi się to „przytrafiło”, bo to zwalnia mnie wówczas z odpowiedzialności za to, co zrobiłam.
To nie życie/los/świat się na mnie uwziął; to ja podjęłam kolejne i kolejne złe decyzje, które doprowadziły mnie tu, gdzie jestem teraz.
Wyrządziłam wiele zła przez wszystkie te lata, nie tylko sobie, i mogłabym je zrzucić na konto nałogu, ale nie chcę tego robić. Przez długi czas zatruwałam rodzicom życie, zmarnowałam dziesiątki tysięcy złotych, w dodatku głównie nie swoich, oszukiwałam, kłamałam, kradłam, wszystko po to, żeby się nażreć.
Myślę, że bardzo dużą robotę zrobiło dla mnie zaprzestanie użalania się nad sobą i po prostu zmierzenie z tym wszystkim jako faktem.
Nie zadziałała żadna magia, nikt nie odczarował mnie z bycia bulimiczką, każdego dnia wykonuję po prostu wielką pracę nad sobą i podejmuję lepsze decyzje. Coś, co mogłabym zrobić wiele lat temu, gdybym miała dość samodyscypliny i samoświadomości, a o żadne z nich się dotąd nie starałam. Jednak nie rozgrzebuję, nie roztrząsam, od teraz po prostu wiem, że ZAWSZE MAM WYBÓR.
Co do kursu, to myślę, że dosłownie „spadł mi z nieba” – dokładnie tydzień przed jego rozpoczęciem postanowiłam, że „ja to zrobię”, ale pewnie zajęłoby mi nieporównywalnie więcej czasu bez codziennych filmików.
Zrozumiałam, co robię źle, dlaczego moje wcześniejsze próby ogarnięcia się były pustymi obietnicami nałogowca.
Przez ten miesiąc poprawiła się jakość mojego życia! Tych rzeczy jest o wiele, wiele więcej, ale wypiszę te, które aktualnie przychodzą mi do głowy:

– uczę się na nowo jeść i odżywiać, mam więcej energii do działania, pierwszy raz myślę o jedzeniu jako paliwie i chcę to paliwo zapewniać sobie jak najlepszej jakości,
– przestałam czuć tę bezbrzeżną pustkę oraz winę za każde swoje działanie, wreszcie nie mam wrażenia, że wszyscy ludzie na ulicy gdy mnie mijają wiedzą, że jestem bulimiczką,
– częściej się uśmiecham,
– poprawiła się kondycja i wygląd mojego ciała, uczę się je lubić i akceptować, pokochałam aktywność fizyczną i czerpię z niej ogromną radość,
– mam o wiele więcej czasu, który mogę poświęcić na to, na czym mi zależy; powoli nadrabiam zaniedbane sprawy,
– tylko w tym miesiącu zaoszczędziłam ponad 1000 zł mimo wielu dużych, nadplanowych wydatków,
– czuję się silna, zaczęłam próbować nowych rzeczy, jak choćby sporty, czego wcześniej się wstydziłam/nie miałam odwagi,
– poprawiły się moje kontakty z ludźmi, bardziej dbam o bliskich, jestem życzliwsza i bardziej wyrozumiała,
– coraz częściej czuję się prawie wolna i jeżeli to przedsmak tego, do czego dążę, to choćby droga była najbardziej kręta i mozolna, podejmę każdy krok, jaki trzeba na niej postawić,
– ODZYSKAŁAM NADZIEJĘ I WIARĘ, że może być inaczej!
Ściskam Was mocno i mam nadzieję, że zawalczycie o siebie!

Joanna S.

*

Dziewczyny!!!
Muszę się pochwalić, bo nie mogę wytrzymać ze szczęścia:
TYDZIEŃ BEZ WILKA, CZYSTOŚĆ, WOLNOŚĆ!! NAJLEPSZE UCZUCIE NA ŚWIECIE! Szczerze? W ogóle nie ciągnie mnie do jedzenia, jedzenie jest dla mnie po prostu jedzeniem i niczym więcej i to jest w tym wszystkim najlepsze, że o nim nie myślę 24 h/dobę.
Ponadto zaczynam powoli akceptować swoje ciało i teraz leżąc w wannie patrzę na nie i mówię sobie: „Za co Ty je tak naprawdę nienawidzisz? Za te głupie rozstępy i blizny? Jakie to ma znaczenie teraz?”
Przecież towarzyszyło mi przez całe moje życie, przetrwało dosłownie wszystko: diety, głodówki, przeczyszczanie na wszelkie możliwe sposoby i katowanie ćwiczeniami”
Nie ćwiczę też na złamanie karku, lecz dla swojego dobra, słucham swojego ciała, co do mnie mówi i czego potrzebuje i mu to daje.
To się tyczy również jedzenia: w końcu zaczęłam jeść według swojego zapotrzebowania kalorycznego i głód minął. Myśli obsesyjnie również. Nie liczę kalorii i innych makro i mikro, mam to gdzieś!
Pierwszy raz od kilku dobrych lat czuję się jak nowo narodzona!!! Wilczo Głodna i Wilcze Stado to najlepsze co mogło mnie spotkać w życiu – dziękuję Wam z całego serca!!! Dostałam tutaj więcej wsparcia i zrozumienia niż przez całe moje życie w jakiegokolwiek lekarza czy terapeuty. To dopiero początek mojej drogi, ale czuję, że to ta właściwa. Wam również życzę dużo wiary w siebie!! Laski, jesteśmy piękne i silne, damy radę z tego wyjść 😊

Michalina na początku kursu.

Nie myślałam, że wyjście z zaburzeń odżywiania może być takie proste!
Już od pierwszego dnia myśli o objadaniu się minęły, a patrząc na czekoladę czy ciastka jedyne co czuję to obojętność! Cudowne uczucie być wolnym!!!
Od lat chodzę na terapię i ciągle terapeuci mówią tylko o problemach z dzieciństwa, z rodzicami itp. a nikt nie zapytał się o moje jedzenie (…) Cieszę się, że znalazłam ten kurs, dzięki niemu i Tobie oczywiście wierzę, że wyjdę z tego i zajmie to zdecydowanie mniej czasu niż kilka lat.
Nagle jedzenie jest dla mnie źródłem energii potrzebnej do życia, a nie sposobem walki ze stresem, problemami, emocjami…
Jedzenie przychodzi mi naturalnie, nie myślę o nim cały czas, posiłek jest, był – zapominam o nim i zajmuję się czymś innym.

Michalina pod koniec kursu.

*

Kochane,
Ja oraz moje starsze koleżanki chcemy wam powiedzieć, że możecie żyć inaczej. Teraz macie lepiej niż kiedy my byłyśmy młode; kiedy była ciemnota, kiedy dieta 1000 kalorii była na porządku dziennym. Wiem, zachwalam kurs Ani, ale to cudowne narzędzie. Gdyby taki kurs pojawił się kiedy miałam naście lat to teraz moje życie wyglądałoby inaczej. Nie zmarnowałabym swojej młodości. Nie czekajcie, czas goni, nie bawcie się w gdybanie …Pieniądze, które przeznaczacie na obżarstwo zbierajcie na kurs.
Mam 37 lat, choruje od 15 roku życia – ciężki przypadek – a teraz zdrowieję, bo Ania pojawiła się w moim życiu. Anioł zesłany od Boga.
Joanna L.

*

Hej dziewczyny!

Skończyłam kurs w niedzielę i postanowiłam sobie, że go tutaj podsumuję. Trochę mi zajęło, żeby się za to zabrać, ale lepiej późno niż wcale.
Kochane moje, nie będę opisywać historii mojego życia, bo pewnie większość z Was przeszła to samo. W skrócie: dieta + intensywne ćwiczenia -> anoreksja -> „leczenie” -> bulimia.
Przed rozpoczęciem kursu napady zdarzały się raz na 1-2 tygodnie. W czasie kursu nie miałam ani jednego(!). Zdarzały się wpadki, tu trochę za dużo, tu trochę za mało, ale to nie był wilczy głód. To dla mnie ogromy sukces, bo od pierwszych dni kursu poczułam się wolna i wiedziałam, że z tego wychodzę.
To co chciałam Wam napisać, to rzeczy, z których zdałam sobie sprawę. Może komuś to też pomoże.

1) Na początku moje napady były spowodowane ciągłym głodzeniem/kompensowaniem, ale od prawie pół roku jadłam już zgodnie z zapotrzebowaniem, a one nie ustępowały… Myślałam długo dlaczego, bałam się, że czeka mnie to do końca życia, że nic z tym nie zrobię… A kurs uświadomił mi co było nie tak -> ABSURDY (dzień10 kursu).

Trochę dałam się wrobić w tą całą modę na dietę wysokotłuszczową, a to totalnie nie dla mnie. Mój organizm wołał węglowodanów… Nic dziwnego, że rzucałam się na słodycze.. Potem jeszcze kilka absurdów o odpowiednim łączeniu posiłków, że mleko ble, że gluten ble, że AIP itd (studiuję dietetykę, więc jestem w temacie).
2) Kolejna rzecz to brak regeneracji – treningi 7 razy w tygodniu po minimum 1h od… kurde już prawie 7 lat(!) Moje nadnercza były wykończone, organizm domagał się odpoczynku.

3) I jeszcze jedna rzecz – perfekcjonizm… Znacie to doskonale. Staram się panować nad tą cechą, ale to dopiero początek.
To co najbardziej mnie cieszy – jestem studentką dietetyki i jestem z tego dumna. Bałam się, że moja pasja jest związana z Wilkiem, a teraz widzę, że nie. Interesuje się dietetyką – tak po prostu, od zawsze. Kocham gotować, uwielbiam siedzieć pół dnia w moim programie i układać dietki. To była moja największa obawa, ale teraz widzę, że bezpodstawna. Mogę gotować i nawet oblizać łyżkę bez wpadania w napad, wyskoczyć na miasto ze znajomymi bez wyrzutów sumienia itd
Co się sprawdziło w moim przypadku? Dobrze zbilansowana dieta + odpoczynek + wrzucenie na luz + pozbycie się absurdów.:)
Jestem wolna, wiem to. I bardzo szczęśliwa. Dużo się zmieniło, szczególnie w mojej głowie. Dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście. :)Szczególnie Anula Gruszczynska Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Natalia

*

Właśnie po to robię to co robię.
Ty też daj sobie tę szansę, kochana.

Więcej info: wilczoglodna.pl/skoncz-z-objadaniem-sie-w-4-tygodnie-kurs-online/

zapytaj mnie: wilczoglodna@gmail.com