Tak sobie studiuję z pasją tę naszą ludzką naturę i widzę, ile w niej dość irracjonalnych strachów.
Jest jednak coś, co zawsze szczególnie mnie rozczula – przesądna wiara w to, że jak się coś powie na głos; że coś dobrego się dzieje, że idzie po naszemu i wszystko się świetnie układa – to się to zapeszy.
Odpukać w niemalowane, splunąć przez lewe ramię, na dwoje babka wróżyła i a kysz, a kysz!

Tak oczywiście jest też i w naszym temacie zaburzeń odżywiania. Ileż to razy słyszałam Twoje wyznania, że stosujesz się do tego, o czym ciągle piszę i jest już naprawdę dobrze. Jednak, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, nie będziesz jeszcze ogłaszać triumfów.
Ale dlaczego? Czy każdy dzień, każda sekunda, którą przeżyło się w świętym spokoju, nie jest właśnie triumfem? Dlaczego odkładamy cieszenie się ze swoich sukcesów, na jakieś nieokreślone „później” – czyli zazwyczaj nigdy. Czy nie warto docenić tego co mamy już dziś?

Myślę, że to wynika z dwóch powodów.

Pierwszy to powód kulturowy. Jesteśmy tego uczeni od kołyski. Czy Tobie w domu nie mówiono właśnie takich rzeczy? Mi mówiono: nie dziękuj, żeby nie zapeszyć, bo licho nie śpi.
Tak jakby nasze przekonanie, że coś nam się fajnie udało, umiało obudzić demony, które wszystko zaraz zepsują. Tak jakby stan, kiedy coś nie wychodzi, był stanem naturalnym dla człowieka, a każdy sukces tylko ślepym trafem i niczym więcej.

Drażni mnie to okropnie. Myślę, że ten zabobon odbiera nam moc i sprawczość. Jeżeli punktem wyjściowym ma być porażka, a sukces to coś tak delikatnego, że nawet słowo może go zniweczyć – to ja dziękuję za takie przekonanie. Nie chcę go mieć w swoim asortymencie.

No i jest jeszcze drugi powód. Nie wierzymy w mądrość swojego ciała i – uwaga – umysłu. Nie wiemy, że te dwie istoty (no bo jak to nazwać?) mają w sobie samoregulujący się mechanizm.

Jeżeli skaleczymy ciało, rana zabliźni się niechybnie i to bez naszego udziału. No bo przecież nie musimy angażować się w tworzenie strupka i nowej tkanki pod nim. Wystarczy, że opatrzymy ranę, a cała resztę zostawimy naszemu organizmowi.
Tak samo działa nasz umysł – aczkolwiek „umysł” to może niefortunne słowo. Chodzi mi raczej o naszą esencję człowieczeństwa – duszę, która zawiera w sobie i umysł i psychikę.
Dusza to takie niemodne słowo w dzisiejszym świecie, jednak ja je bardzo lubię.

No więc ta dusza także oczyszcza się sama. Jeżeli została zraniona, to także zagoi się bez naszego udziału. Wystarczy tylko przestać dłubać w tej ranie, a czas zrobi swoje. Tak zostaliśmy zbudowani – aby nie wykrwawić się na śmierć przy pierwszej potyczce z losem. Jesteśmy odporni, silni, dobrze przystosowani. Możemy bardzo dużo znieść.

I tak samo jest też w przypadku zaburzeń odżywiania, które są jak rana na ciele i na umyśle. I ona też się zagoi, a ciało wróci do normy.
Wcale nie musisz mu wyliczać i wymierzać kalorii, nie musisz pomagać mu aptecznymi specyfikami w procesie trawienia. Nawet jeżeli nie wiesz, jak działa organizm, to zaufaj, że on działa i wie co robi. I to milion razy lepiej, niż wydaje się Twojemu małemu, ludzkiemu rozumowi.

I uwierz, niebawem znikną także Twoje psychiczne rany; strach przed głodem, przed niezaplanowanymi posiłkami, wyjściami do restauracji, lęk przed oceną, przed przytyciem czy schudnięciem, przed kaloriami. To wszystko minie, jeżeli tylko przestaniesz w tym grzebać.

A więc takich rzeczy – działań samej wielkiej Matki Natury – nie da się „zapeszyć”. Nie można nieuważnym słowem, zniszczyć funkcjonowania naszej fizjologi. Jeżeli robisz wszystko właściwie – jesz tyle ile potrzebujesz, nie głodzisz się i ignorujesz myśli popychające Cię do Twojego nawyku – to wyjdziesz z zaburzeń odżywiania. W tym nie ma nic magicznego, żadnego uśmiechu fortuny, który można niechcący zgasić.

Na tym można polegać.