Pamiętasz mój wpis o ekstremalnym głodzie? Domyślam się, że tak. Przypomnijmy jednak w skrócie, co to takiego. Zanim jednak powiemy o głodzie, zróbmy mały wstęp.

Każdy organizm ma swoją genetycznie zapisaną, optymalną wagę. Z nią jest trochę tak, jak ze wzrostem; urosłaś na tyle centymetrów i koniec. Nic z tym nie zrobisz. Tak samo jest właśnie z wagą. Jeżeli masz na przykład 164 cm wzrostu, tak jak ja, będziesz naturalnie ważyć coś w okolicach 52-65 kg. Szansa jest niewielka, że będzie to wyższa lub niższa wartość. No chyba że jesteś w niewielkim procencie ludzi znajdujących się poza spektrum – bardzo umięśnionych lub bardzo bardzo drobnych.

No i powiedzmy, że któregoś dnia, przykombinowałaś z jedzeniem, bo nie podobała Ci się ta Twoja waga i chciałaś ją zmienić. Ja na przykład w liceum ważyłam dokładnie tyle co teraz (co za ironia), ale uważałam się za grubą pokrakę. Odchudziłam się więc do, o kilka kilogramów, niższej wagi, co poskutkowało zanikiem okresu i utratą połowy włosów (niestety na stałe).
A przecież nie ważyłam nie wiadomo jak mało. Po prostu zeszłam z optymalnej dla mnie masy ciała. Oczywiście wtedy dalej uważałam, że jestem tłusta, ale to już historia na inny post.

Wyobrażam sobie teraz, że skoro to czytasz, przeszłaś podobną drogę. Wpadłaś w zaburzenia odżywiania i szukając pomocy trafiłaś w końcu tutaj. Czytając Wilczą, uświadomiłaś sobie, że jesteś w niedowadze i żeby rozwiązać swój problem, musisz z niej wyjść.
A jak to zrobić? Tylko w jeden sposób: jedząc.

Zaczynasz więc jeść więcej i…nagle orientujesz się, że nie możesz przestać. Dziennie pochłaniasz po 5,10, 15 tysięcy kalorii, brzuch pęka Ci z przejedzenia, a Ty ciągle jesteś głodna. I to jest właśnie ten ekstremalny głód.

Jest to naturalna i zupełnie normalna odpowiedź organizmu na długotrwałe głodzenie i w efekcie zejście poniżej jego naturalnej, genetycznie zapisanej wagi.
Może on się także pojawić, kiedy jeszcze nie zeszłaś poniżej niej, ale tak szybko zrzuciłaś zbędne kilogramy, że organizm wpadł w panikę. Nie raz słyszę historię kobiet, które pozbyły się 20 kg w 3 miesiące i mimo, że nie miał niedowagi, przestał miesiączkować, a potem dopadł je EH (extreme hunger)

W moim poprzednim wpisie na ten temat, mówiłam o tym, jak on dokładnie przebiega i co z tym począć.
Ale pozostaje jeszcze jedno pytanie? Kiedy to się skończy?
A raczej – dlaczego się to NIE kończy?

Bo często jest tak:
Powiedzmy, że osiągnęłaś już swoją prawidłową wagę – tę sprzed odchudzania, lub taką, w której wyglądasz naprawdę ok. Rodzina odetchnęła z ulga, nikt już nie pyta, czy jesteś chora, nikt się na Ciebie nie gapi i nie zwraca uwagi, że może mogłabyś przytyć. Słowem; jest dobrze.
Czekasz więc cierpliwie na ten sławetny moment, kiedy w końcu poczujesz sytość w połowie trzeciego schabowego, wstaniesz od stołu i cały proces skończy się jak zły sen.
Czekasz i czekasz i czekasz, a tu nic. Jak jadłaś, tak jesz.

Zaczynasz się denerwować i martwić, że coś z Tobą jest nie tak. Przecież masz już normalną wagę i nie chcesz jej przekraczać!
Powoli zaczyna Cię przerażać, coś co jeszcze niedawno akceptowałaś jako nieuniknioną konieczność; to że po śniadaniu od razu masz ochotę na drugie śniadanie, a po drugim wciągasz jeszcze dwie czekolady.
A skoro przestajesz coś akceptować, to zaczynasz to kontrolować.

Dochodzisz do wniosku, że trzeba ograniczyć słodycze i poprzestać TYLKO na pięciu posiłkach, a nie na dziesięciu. Do tego może by ograniczyć porcje i nie jeść tyle węgli. Hmmm i tłuszczy też. Mówiąc krótko, trzeba przestać ŻREĆ.

Tylko że co innego jest to postanowić, a co innego wykonać. Od chwili, kiedy tak właśnie zdecydowałaś, jest… jeszcze gorzej.
Rzuty na słodycze są coraz bardziej niekontrolowane, a z dziesięciu posiłków zrobiło się piętnaście.

Dlaczego? Już tłumaczę.
Pamiętasz mój tekst o eksperymencie w Minnesocie? Opisuje on tak zwany Wielki Eksperyment Głodowy.
Wyglądał on tak, że przez pół roku głodzono kilkudziesięciu ochotników, po czym na różne sposoby doprowadzano ich do stanu wyjściowego. Przebieg i wyniki eksperymentu były szokujące – o czym możesz przeczytać we wspomnianym artykule – teraz jednak skupmy się na jednym jego aspekcie.

Mianowicie po okresie dużego spadku wagi, wszyscy mężczyźni doświadczyli ekstremalnego głodu i w jego efekcie wszyscy PRZEKROCZYLI swoją wyjściową, idealną wagę (do której najpierw zostali doprowadzeni, jeżeli mieli nadwagę lub niedowagę). Potem zaś waga naturalnie spadła z powrotem do stanu idealnego.

Dlaczego tak się stało? Skąd to przytycie „ponad miarę”? Z prostej przyczyny; organizm to szczwana bestia i jak ktoś ją głodził przez wiele miesięcy, nie będzie ryzykować tezy, że duża ilość jedzenia jest nową normą i już się nie ma co martwić. Nie! On potraktuje to jako tymczasowym ewenement i będzie dalej gromadzić zapasy, na wypadek, gdyby sytuacja znowu się powtórzyła. A zapasy to znaczy także tłuszcz.

Pomyśl przez chwilę; czy Ty nie zachowałabyś się dokładnie tak samo, gdybyś bardzo długo żyła bardzo skromnie i nagle dostała sporą podwyżkę? Na bank nakupowałabyś sobie w nadmiarze wszystkiego, na co tak długo nie było Cię stać, po to, by później przyzwyczaić się do nowego komfortu i zaakceptować go jako normę.

Albo inna, mniej abstrakcyjna sytuacja; długo chciało Ci się bardzo pić. Już na serio robiło Ci się słabo. W końcu dorywasz się do wody i żłopiesz jak koń. I co? Opijesz się do bólu brzucha i przestaniesz. A potem wrócisz do nomy i będziesz pić normalnie.
No i dokładnie tak samo jest z fizjologiczną potrzebą jedzenia.

Wiem jednak, że właśnie ten aspekt ekstremalnego głodu przeraża najbardziej – przekroczenie idealnej wagi. Pojawiają się natychmiast pytania; a co, jeżeli ona się nie zatrzyma? A co, jeżeli będę tyć w nieskończoność?
Nic podobnego. Jeżeli nie będziesz z tym walczyć, waga wzrośnie, stanie, a potem spadnie do normalnego poziomu. Nie da się tego przeskoczyć.

Oczywiście wiele z was próbuje to zrobić, ale skutki bywają OPŁAKANE. Organizm zaczyna się stresować, że ZNOWU jest mu narzucana jakaś kontrola i że w takim razie chyba ma rację, chomikując wszystko w tkance tłuszczowej, bo jedzenia powoli zaczyna brakować. I wtedy ciało zamiast się uspokoić domaga się jeszcze więcej, a wy piszecie do mnie przerażone, że popsułyście się na amen i zaraz dobijecie do 100 kg.
Niestety w sytuacji, gdy walczysz i kontrolujesz naprawdę jest to możliwe!

A więc stop, stop i jeszcze raz stop. Nie walcz z tym. Spokojnie. Po prostu teraz musisz naprawdę zacisnąć zęby i dalej dać się prowadzić swojemu organizmowi. Karm swoje ciało tym, co najlepsze i daj wybrzmieć temu procesowi do końca. W ten sposób zapewnisz je, że naprawdę nie ma już żadnego zagrożenia i większa ilość jedzenia nie jest jakąś czasową anomalią, ale nową normą.

Wiem, że to jest trudne, ale zaufaj – Twoje ciało doskonale wie co robi. Tak długo go nie słuchałaś i dlatego tak długo tkwiłaś w swoim problemie. Teraz w końcu pozwól mu wykonać jego robotę od początku do końca. Schowaj w kieszeń wszystkie „powinno”, „nie powinno” i „ja przecież wiem lepiej”, bo właśnie jesteś na ostatniej prostej.

*

A u Ciebie jak to wyglądało? Możesz podzielić się z nami swoimi doświadczeniami? Potrzebujemy tego.